Graliśmy w Dragon Quest Monsters: The Withered World. Ta gra chce, żebym złapała je wszystkie

Graliśmy w Dragon Quest Monsters: The Withered World. Ta gra chce, żebym złapała je wszystkie

Klaudia Żurawska | Dzisiaj, 15:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Tegoroczny Gamescom dał mi szansę odwiedzenia jednego z ważniejszych dla mnie stoisk. Co prawda nie byłam tam na pokazie jednej z najważniejszych dla mnie gier, ale w kostiumie z wrogiego obozu (znów Capcom, bo ostatnio jestem już starą capcomiarą, a nie squareenixiarą) wpakowałam się na stoisko Square Enix na pokaz gry Dragon Quest Monsters: Withered World. 

Odnoga serii Dragon Quest, czyli Monsters, od lat wykorzystuje swój prosty, ale sprawdzony przepis. Znajdujemy potwory, łapiemy je, rozwijamy, uczymy nowych umiejętności, a w końcu łączymy ze sobą, tworząc coraz potężniejsze stworki. Jak od razu do głowy przyszły wam Pokémony, to jakoś daleko od tego nie jesteście. Po ograniu dema na tegorocznym Gamescomie mam wrażenie, że seria Dragon Quest chce zaoferować więcej niż klasyczne „złap je wszystkie”.

Dalsza część tekstu pod wideo

Tym razem mamy okazję sterować albo Biancą, albo Nerą, czyli bohaterkami znanymi z poprzednich odsłon głównej serii Dragon Quest. Ja, jako rasowa blondyna, oczywiście wybrałam blondynę do grania. Zapytałam panią na stoisku, czy wybranie przeze mnie postaci ma jakiekolwiek znaczenie dla historii. Okazuje się, że niby nie, ale nie do końca, bo jakieś delikatne różnice fabularne mogą być. Chociaż i tak z trailerów wynikało, że można się niby między nimi przełączać.

Dragon Quest to trochę takie Pokemony, ale nie do końca

Dragon Quest_1
resize icon

Zanim poznamy fabułę, gra robi nam taki miniquiz, na podstawie którego dostajemy naszego pierwszego potwora. Nie wiem, jak bardzo źle odpowiadałam, bo dostałam jakąś wkurzoną świeczkę jako mojego pierwszego peta! Ale z tego, co pamięć mi podpowiada, to był Wax Murderer. Koledzy ze stanowisk obok mieli te niebieskie bloby, jakieś urocze pety, a ja łaziłam z wkurzoną świeczką. Fabuła demka na początek prowadzi nas do królestwa Witherwood. Poznajemy tam znaną z poprzednich części bohaterkę o imieniu Debra. Bianca w Witherwood szuka lekarstwa dla schorowanego ojca i właśnie tutaj, w trakcie tej podróży, poznajemy absolutne podstawy rozgrywki.

Po wyjściu w „otwarty świat” zaczyna się nasza przygoda. Naszym zadaniem jest nie tylko przemierzanie kolejnych lokacji i szukanie przeciwników. Nie, po drodze podlewamy kwiatuszki, zbieramy stworzenia i wypatrujemy rozmaitych interaktywnych elementów. Na przykład podlewanie wszelkich krzewów może zapewnić nam dodatkowe przedmioty, zatem świat stworzony przez Square zachęca nas do sprawdzenia absolutnie wszystkiego, co napotkamy.

Scouting, czyli pozyskiwanie nowych potworów, to dość śmieszna mechanika. Trochę mi się kojarzyła z Legend of Mana. W Manie, jak już trafiliśmy na jajo, to musieliśmy je odpowiednio podejść i nakarmić, żeby je złapać, a i szanse na to były różne. Natomiast w Dragon Quest Monsters: Withered World podczas walki wybieramy odpowiednią komendę i mamy 50 procent szans - albo się uda, albo się nie uda. Jak się uda, to git, walka się kończy, my mamy naszego poke… stworka, a jak się nie uda, to potworek się denerwuje i nas mocniej atakuje. Podczas dema miałam okazję przekonać się o tym na własnej skórze. Walka turowa opiera się na drużynie potworów, a my mamy odpowiednio zarządzać ich zdrowiem, umiejętnościami i składem zespołu. Możemy zmieniać członków party podczas walki, co daje nam trochę większe możliwości reagowania na różne sytuacje.

Walka
resize icon

Ale cała magia zaczyna się dopiero tu, przy syntezie. Synthesis to mechanika łączenia ze sobą potworów. Nie jest oczywiście czymś nowym w tej serii, bo była wręcz jednym z fundamentów Dragon Quest Monsters: The Dark Prince. W Withered World twórcy przywrócili tę mechanikę, nieco ją urozmaicając. Jasne, łączymy ze sobą dwa stworki, ale jeśli zrobimy dobrą kombinację, to możemy odblokować specjalne, unikalne umiejętności. Niektóre z nich wymagają nawet odpowiednio wysokiego poziomu naszych petów, co daje nam ogromne pole do eksperymentowania, dlatego nie zalecam przywiązywania się do pierwszego zestawu stworzeń. W ogóle jest też uroczy feature - wspomniałam tu wcześniej o Legend of Mana trochę nieprzypadkowo. W Manie złapany pet za nami podążał, a tutaj, w Dragon Quest, przez cały czas podąża za nami nawet kilka zwierzaków. Turbo urocze, ale wracając do syntezy! W poprzednich częściach raczej skupiano się na hodowaniu potwora idealnego, tutaj mieszamy, żeby mieć idealnego!

Wiadomo, nic w walce nie jest ważniejsze niż punkty HP. Podczas prezentacji zauważyłam, że trzeba im poświęcać sporo uwagi - niby możemy spamować ciągle mocniejszymi atakami i liczyć, że się prześlizgniemy przez walkę, ale często się zdarza, że nieprzemyślane decyzje kończą się śmiercią któregoś ze stworków.

Jak rozbudowany jest cały system walki czy syntezy, ciężko mi powiedzieć po tych 30 minutach z grą. Wiem natomiast, że jak tylko gra wyjdzie w grudniu, to prawdopodobnie bardzo szybko ogram ją na swojej PS5, bo brakowało mi takiego prawie cozy RPG-a. Warto wspomnieć, że oprócz PS5 będzie można ograć Dragon Quest Monsters: Withered World na Nintendo Switch 2. Wersję na tę konsolę niby mogłam przetestować podczas pokazu, ale szczerze mówiąc, z uwagi na playtime ograniczony do 30 minut wolałam wyłapać jak najwięcej informacji, a nie rozdrabniać się zbytnio na 15 minut na PS5, a kolejne 15 na Switchu - za dużo bym nie zobaczyła tak czy siak. Zapinamy pasy i czekamy do 3 grudnia na pełną wersję.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Klaudia Żurawska Strona autora
Wychowana na playstation 1 miłośniczka gier retro, cosplayer :) Bardzo lubię Legend of Legaia i Legend of Mana :)   Nie wiem czemu nie działa odnośnik do fanpaga, zatem -> facebook.com/shinryucosplay :)
cropper