Star Wars dopiero było w kinach, a już ląduje w Disney+
Jeszcze niedawno Grogu był wielki jak pół ekranu IMAX, popcorn kosztował więcej niż obiad, a Disney przypominał, że Star Wars po siedmiu latach wreszcie wraca do kin. Minęły trochę ponad trzy miesiące i można już schować buty do szafy. The Mandalorian and Grogu, które zadebiutowało 22 maja, od 2 września jest dostępne w Disney+. Galaktyka daleko, daleko stąd zrobiła więc wyjątkowo krótki przystanek w multipleksie.
Jest w tym wszystkim zabawna klamra. Disney wziął serialowy hit, wyciągnął go z aplikacji, powiększył do kinowego formatu i przez kilka miesięcy sprzedawał jako wielki powrót Gwiezdnych wojen na duży ekran. Teraz film ląduje obok trzech sezonów The Mandalorian, jakby właśnie wrócił z bardzo drogiej wycieczki. Trudno przy tym nie zadać pytania, które coraz częściej pojawia się przy dużych premierach: jak długo kino może jeszcze przekonywać widza, że naprawdę musi być pierwszy?
Sto dni
Od premiery kinowej do debiutu w Disney+ minęły 103 dni. Dla współczesnego rynku to okres wystarczający, żeby film zaliczył weekend otwarcia, zebrał większość wpływów, trafił do sprzedaży cyfrowej i właściwie zdążył przygotować walizkę do streamingu. Jeszcze kilkanaście lat temu podobne tempo wyglądałoby jak panika po fatalnej premierze.
W przypadku The Mandalorian and Grogu sytuacja jest dodatkowo przewrotna, bo widz został nauczony oglądania tych bohaterów właśnie w domu. Din Djarin i Grogu zdobyli popularność na Disney+, tam rozwijała się ich relacja i tam przez trzy sezony czekało się na kolejne przygody. Kinowy film próbował więc na chwilę odwrócić przyzwyczajenie budowane przez lata.
Do kin film przyciągnął przy tym znacznie mniejszą publiczność, niż kiedyś robiły największe odsłony sagi. Globalne wpływy zatrzymały się na około 345 mln dolarów. Przy zwykłej produkcji byłaby to liczba, której trudno się wstydzić. Logo Star Wars zmienia jednak skalę oczekiwań. Zwłaszcza gdy mówimy o pierwszym kinowym filmie marki od siedmiu lat i bohaterach należących do najpopularniejszych postaci ery Disney+.
Kino sprzedaje pierwszeństwo
Skracające się okna dystrybucyjne mają jeden niewygodny skutek. Bilet coraz częściej kupujemy za możliwość zobaczenia filmu wcześniej, a nie za sam dostęp do niego. Widz dobrze wie, że za kilka miesięcy produkcja pojawi się na platformie, którą być może i tak już opłaca. Przy Avengers, Avatarze czy filmie Nolana wielki ekran sam potrafi wygrać ten pojedynek. Przy przygodzie bohaterów urodzonych w serialu decyzja robi się znacznie mniej oczywista.
Oczywiście trzy miesiące nadal potrafią być bardzo długie, kiedy Internet przez pierwszy weekend zamienia każdą scenę w mem, spoiler i miniaturkę z czerwonym kółkiem. Wielkie franczyzy świetnie korzystają z FOMO. Chcesz uczestniczyć w rozmowie, więc idziesz do kina. Chcesz zobaczyć cameo, zanim ktoś wrzuci je na TikToka, więc kupujesz bilet. Sam film może później spędzić następne dekady w katalogu, ale premierowa gorączka ma datę przydatności.
Streaming jednocześnie staje się czymś w rodzaju drugiego otwarcia. Disney dostaje możliwość ponownego wypchnięcia filmu na pierwszą stronę, przypomnienia o Grogu i przyciągnięcia ludzi, którzy trzy miesiące wcześniej machnęli ręką na kino. Oficjalna premiera w Disney+ została nawet otoczona dodatkowymi materiałami związanymi z The Mandalorian, w tym nowym specjalem LEGO i podcastem.
Najciekawsze będzie obserwowanie, czy widzowie zaczną świadomie kalkulować takie terminy. Jeśli człowiek wie, że produkcje Disneya regularnie trafiają do abonamentu po kilku miesiącach, środek stawki może mieć coraz trudniej. Film, który koniecznie trzeba zobaczyć na ogromnym ekranie, nadal obroni bilet. Ten, który wygląda jak bardzo długi odcinek ulubionego serialu, zaczyna konkurować z myślą: „spokojnie, obejrzę jesienią”.
Grogu wrócił do domu
Nie widzę w szybkim debiucie na Disney+ żadnej katastrofy dla kina. The Mandalorian and Grogu dostało własne okno, zrobiło swoje pieniądze i przez kilka miesięcy można było oglądać je dokładnie w formacie przygotowanym dla dużego ekranu. Teraz zaczyna kolejne życie. Tak wygląda współczesna dystrybucja i raczej nie cofniemy jej do czasów, gdy na domowe wydanie czekało się pół roku z kalendarzem w ręku.
Zostaje jednak drobna ironia, której trudno odmówić uroku. Star Wars przez siedem lat nie miało nowego filmu w kinach. Kiedy już wróciło, bohaterami zostali ludzie - i jeden bardzo mały zielony stwór - znani przede wszystkim z telewizora. Po stu dniach wszyscy są z powrotem na Disney+. Wielka galaktyczna wyprawa zatoczyła koło wyjątkowo szybko. Następnym razem kino będzie musiało jeszcze mocniej przekonać nas, że warto wsiąść do statku od razu.
Przeczytaj również
Komentarze (2)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych