Gamescom 2026: Graliśmy w The Defiant. Armia klonów i strzelanie z kapiszonów
Na Gamescomie 2026 dostałem dokładnie 15 minut z The Defiant. W tym czasie zobaczyłem największy paradoks tej produkcji: twórcy wybrali kapitalny, praktycznie nieobecny w wysokobudżetowych grach front II Wojny Światowej, po czym ubrali go w rozwiązania pamiętające pierwsze Medal of Honor. Pomysł jest fajny, ale sama gra...
The Defiant powstaje w chińskim studiu Hoothanes i opowiada historię oporu stawianego japońskiej okupacji podczas drugiej wojny chińsko-japońskiej. Zamiast kolejnego lądowania w Normandii otrzymamy śnieżne lasy północno-wschodnich Chin, okupowany Szanghaj, walki przy kanałach oraz działania w górach Taihang. Historycznie materiał jest potężny i dla większości zachodnich graczy niemal całkowicie nieznany.
Pełna kampania ma zostać podzielona na cztery rozdziały odpowiadające kolejnym porom roku, regionom oraz formacjom chińskiego ruchu oporu. Twórcy zapowiadają około 12-15 godzin rozgrywki, kilku bohaterów oraz przygotowywany tryb kooperacyjny PvE. Najciekawiej brzmi wiosenny rozdział w Szanghaju, gdzie otwartą walkę mają zastąpić działalność konspiracyjna, zbieranie informacji i operacje szpiegowskie.
Fabuła brzmi świeżo, ale rozgrywka już gorzej
Targowe demo pokazywało jednak wyłącznie zimę. Po wyjściu z jaskini lub prowizorycznego schronienia trafiłem w sam środek japońskiego natarcia, a zadanie sprowadzało się do utrzymania pozycji i odpierania kolejnych fal wrogów. Były okopy, zniszczony las, artyleria, kilku kompanów oraz tłum przeciwników. Zabrakło natomiast jakiegokolwiek pola do kombinowania. Wróg naciera, gracz strzela, skrypt pozwala przejść dalej - zabawa niczym z czasów PS2. Pierwsze minuty nie zrobiły na mnie dobrego wrażenia, ponieważ początkowo karabiny brzmiały i zachowywały się trochę jak broń na kapiszony. Brakowało ciężaru, mocnego odrzutu oraz wyraźnej reakcji trafionego celu. Twórcy stosują obecnie system hitscan, więc pocisk natychmiast dociera do punktu wskazanego celownikiem. Nie trzeba uwzględniać jego prędkości ani opadu, a różnice pomiędzy broniami budują głównie rozrzut, odrzut i spadek obrażeń wraz z odległością.
Sytuacja poprawiła się po zdobyciu Mosina-Naganta. To nie jednostrzałowiec, lecz karabin powtarzalny z zamkiem czterotaktowym i wewnętrznym magazynkiem mieszczącym pięć nabojów. Wolniejszy rytm walki, ręczne przeładowanie po każdym strzale i możliwość eliminowania wrogów jednym trafieniem dawały wreszcie odrobinę satysfakcji. W pełnej grze pojawią się również między innymi Hanyang 88, Mauser C96, Arisaka oraz Bergmann MP18, więc sam arsenał może być jedną z mocniejszych stron produkcji. Znacznie większym problemem byli przeciwnicy. Wszyscy wyglądali dokładnie tak samo. Identyczne mundury, identyczne twarze, identyczne modele, te same animacje poruszania i praktycznie jednakowe reakcje na trafienia. Po kilku minutach miałem wrażenie, że cała japońska armia składa się z jednego człowieka, którego twórcy skopiowali setki razy.
Najgorzej wyglądały zgony. Kolejni żołnierze przyjmowali podobną pozycję, dostawali pociskiem, a następnie odtwarzali tę samą animację upadku. Przy tak dużej liczbie wrogów powtarzalność natychmiast rzucała się w oczy i brutalnie ujawniała ograniczony budżet. Nie pomagało również AI, ponieważ przeciwnicy zwykle wbiegali w ustalone punkty i prowadzili ogień, zamiast oskrzydlać, współpracować lub w jakikolwiek sposób reagować na sytuację. Jeszcze gorzej radzili sobie moi kompani. Teoretycznie walczyłem jako część większego oddziału, ale w praktyce cała ofensywa zatrzymała się na barkach jednego człowieka. Towarzysze strzelali głównie po to, aby na ekranie coś się działo, natomiast większość przeciwników musiałem wyeliminować samodzielnie. Gra chce budować wrażenie wielkiej bitwy, lecz jej uczestnicy pełnią funkcję ruchomej dekoracji. Gdybym przestał strzelać, wojna prawdopodobnie skończyłaby się w pięć minut.
Wrogowie w The Defiant potrafią przy tym bardzo szybko nas zabić. Nadciągają z kilku kierunków, ich sylwetki zlewają się ze śniegiem i zniszczonym otoczeniem, a kilka celnych pocisków wystarczy, aby wrócić do punktu kontrolnego. Sam wysoki poziom trudności nie jest wadą, ale tutaj śmierć nie zawsze była wynikiem mojego błędu. Czasami trudno było ustalić, kto strzela, skąd nadeszło trafienie i czy wskazana osłona faktycznie zapewnia bezpieczeństwo. Twórcy przyznali już zresztą, że przyjmowanie obrażeń za osłoną wymaga poprawy. Do tego dochodzą wyjątkowo widoczne skrypty. Gra dokładnie wie, kiedy należy ruszyć, gdzie stanąć i którego przeciwnika można już zabić. W jednej z prezentowanych wcześniej scen snajper pozostawał nieśmiertelny, ponieważ rozwiązaniem nie było jego wyeliminowanie, lecz dobiegnięcie do wyznaczonego punktu. Moje demo zakończyło się równie mocno wyreżyserowaną sekwencją, po której pojawił się ekran końcowy. Gdy po sesji powiedziałem twórcy, że całość przypomina mi pierwszego Medal of Honor, przyznał wprost, że właśnie ta seria była dla zespołu ważną inspiracją.
Oprawa potrafi chwilami ukryć część problemów. Śnieżny las, ostrzał artyleryjski, okopy oraz unoszący się nad polem walki dym tworzą przyzwoitą wojenną atmosferę. Scenki przerywnikowe wyglądają znacznie drożej niż właściwa rozgrywka, a twórcy korzystają z fotogrametrii i odwiedzają historyczne lokacje, aby możliwie wiernie je odtworzyć. Wystarczy jednak zbliżenie na kolejnego sklonowanego żołnierza albo powtórzona animacja śmierci, żeby fasada natychmiast zaczęła pękać. Największą nadzieją pozostaje zawartość, której na Gamescomie nie pokazano. Jeśli każdy rozdział rzeczywiście zaoferuje inną strukturę, bohaterów i tempo, The Defiant może faktycznie czymś zaskoczyć. Szpiegowski Szanghaj, działania sabotażowe, okupowane miejscowości i rzadko spotykana broń brzmią znacznie ciekawiej od obrony kolejnego fragmentu zasypanego śniegiem okopu. Oficjalnej daty premiery nadal nie podano, więc Hoothanes ma jeszcze czas na poprawienie AI, animacji oraz reakcji na trafienia.
Na dzisiaj The Defiant wygląda jednak jak wyraźnie budżetowy Medal of Honor z egzotycznym tłem historycznym. Za maksymalnie 100 złotych mógłbym dać mu szansę, szczególnie jeżeli kampania faktycznie potrwa kilkanaście godzin i utrzyma różnorodność zapowiadanych rozdziałów. W obecnej formie nie ma tu jednak niczego szczególnego poza miejscem akcji. No ale wojennych gier nigdy zbyt wiele, dlatego trzymam kciuki, że finalnie okaże się to całkiem przyzwoita produkcja.
Przeczytaj również
Komentarze (0)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych