W 1982 roku widzowie go odrzucili. Dziś nazywany jest najlepszym horrorem w historii
Wyobraźcie sobie, że robicie film, który ma obrzydzić ludziom śnieg, psy i przebywanie w jednym pomieszczeniu z kimkolwiek innym. Efekty specjalne wyglądają jak koszmar biologa po bardzo ciężkiej nocy, atmosfera robi się gęstsza z każdą minutą, a widz do końca nie wie, komu właściwie może ufać. Brzmi jak przepis na horror, o którym będą mówić przez dekady. I rzeczywiście będą.
W 1982 roku Coś Johna Carpentera nie dostało czerwonego dywanu prowadzącego do filmowego panteonu. Dostało słabą sprzedaż biletów, chłodne recenzje i opinię produkcji zbyt ponurej, zbyt obrzydliwej oraz pozbawionej bohaterów, których można normalnie polubić. Czterdzieści kilka lat później dokładnie te same elementy wymienia się jako jego największe zalety, a film regularnie ląduje w rozmowach o najlepszych horrorach w historii. To jedna z tych pięknych filmowych ironii.
Najgorszy możliwy moment
Coś miało pecha. Latem 1982 roku widzowie właśnie zakochali się w zupełnie innym kosmicznym przybyszu. E.T. Stevena Spielberga pokazywał obcego, którego chciało się przytulić, zabrać do domu i poczęstować czymś z lodówki. Carpenter kilka tygodni później zaproponował stworzenie, przy którym rozsądniej było podpalić lodówkę razem z całym budynkiem.
Do tego Coś właściwie od pierwszych minut odmawia widzowi jakiegokolwiek komfortu. Antarktyczna baza nie daje drogi ucieczki, bohaterowie nie wiedzą, z czym walczą, a sam potwór nie ma nawet jednej twarzy, którą można zapamiętać i potem wypatrywać w ciemności. Może być wszędzie. Może wyglądać jak każdy.
Najbardziej dostało się jednak efektom Roba Bottina. W 1982 roku część krytyków widziała festiwal paskudztwa. Paradoks polega na tym, że właśnie ta fizyczność pozwoliła filmowi tak dobrze się zestarzeć. Ciało naprawdę pęka, wydłuża się i mutuje przed kamerą. Nawet gdy wiemy, gdzie kończy się człowiek, a zaczyna kukła, mózg nadal przez chwilę protestuje.
Czterdzieści lat później nikt już się nie śmieje
Czas wyjątkowo dobrze obszedł się również z paranoją Carpentera. Wiele horrorów z tamtej epoki można dziś oglądać jak kapsuły czasu: fryzury, muzyka, sposób grania i efekty natychmiast zdradzają datę produkcji. Coś też jest filmem swoich czasów, ale jego podstawowy mechanizm nie postarzał się ani trochę. Zamknij grupę ludzi w jednym miejscu, odbierz im możliwość sprawdzenia, kto mówi prawdę, i obserwuj, jak zaufanie.
Nie dostajemy wygodnego wykładu na temat biologii stworzenia, instrukcji jego działania ani sceny, w której ktoś znajduje stary dokument opisujący dokładnie, jak je pokonać. Bohaterowie eksperymentują, zgadują i czasem po prostu się mylą. Dzięki temu widz siedzi z nimi przy tym samym stole. Wiemy niewiele więcej niż oni i dokładnie dlatego scena z badaniem krwi potrafi zrobić z kilku szalek Petriego jeden z najbardziej napiętych momentów w historii horroru.
Jeszcze lepiej działa zakończenie. Współczesny blockbuster prawdopodobnie dopisałby pięć minut wyjaśnienia, pokazał ostatni skan organizmu i zostawił mrugnięcie do kamery przed potencjalnym sequelem. Carpenter zostawia dwóch ludzi, ogień, mróz i jedno bardzo niewygodne pytanie. Czy któryś z nich jest już „tym czymś”? Można oglądać film dziesięć razy, rozkładać sceny na klatki i analizować każdy oddech, a odpowiedź nadal nie chce grzecznie wyjść na środek.
Wypożyczalnie VHS, telewizja, kolejne wydania domowe i następne pokolenia widzów pozwoliły filmowi znaleźć publiczność, której zabrakło w 1982 roku. Bez presji weekendu otwarcia można było obejrzeć go ponownie, pokazać znajomemu i odkryć, że to, co początkowo wyglądało jak wyjątkowo paskudny monster movie, ma pod spodem znacznie więcej.
Arcydzieło z opóźnionym zapłonem
Historia Coś jest przy okazji pięknym ostrzeżeniem przed traktowaniem pierwszej reakcji jak ostatecznego wyroku. Box office potrafi powiedzieć, ile osób kupiło bilety w danym momencie. Recenzje potrafią pokazać temperaturę premiery. Żadna z tych rzeczy nie mierzy jednak tego, czy film będzie oglądany, cytowany i analizowany czterdzieści lat później.
Dziś trudno wyobrazić sobie listę wielkich horrorów bez Coś. I może to ten dystans czyni jego los tak fascynującym? Film nadal siedzi tam Kurt Russell z miotaczem ognia, nadal wyją psy, nadal coś bardzo nieprzyjemnego dzieje się z ludzkim ciałem. Zmieniło się tylko to, kto patrzy. Czasem najlepsza recenzja przychodzi po prostu czterdzieści lat za późno.
Przeczytaj również
Komentarze (0)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych