Ryan Gosling wrócił do TOP 10 Netflixa ze starszym filmem. Streaming daje kinowym produkcjom drugą premierę
Kiedyś film miał premierę, kilka tygodni w kinach, potem lądował na DVD, w telewizji i powoli przeprowadzał się do szufladki z napisem „pamiętam, było niezłe”. Dzisiaj wystarczy, że Netflix położy go kilka pikseli od wielkiej nowości, dorzuci zdjęcie Ryana Goslinga na miniaturce i nagle produkcja sprzed lat znowu walczy o uwagę milionów ludzi.
Podobne powroty zdarzają się na platformach regularnie, a katalogowe produkcje potrafią nagle znaleźć publiczność, której nie miały podczas pierwszego kinowego życia. Netflix sam buduje swoje rankingi wokół tego, co abonenci aktualnie wybierają, więc stary film może w jednej chwili stanąć w tym samym szeregu co świeże premiery. Trochę jak ponowne wejście do kin, tylko zamiast rozwieszać plakaty na mieście wystarczy pojawić się w odpowiednim miejscu na stronie głównej.
Stary film, nowa premiera
Streaming kompletnie poprzestawiał daty ważności kina. W tradycyjnym modelu najwięcej uwagi przypadało na moment premiery. Pierwszy weekend, recenzje, box office, później szybkie podsumowanie sukcesu albo porażki i jedziemy dalej. Platforma może wyciągnąć tytuł sprzed pięciu, dziesięciu czy dwudziestu lat i w ciągu weekendu wrzucić go z powrotem do codziennej rozmowy.
Ogromną rolę odgrywa tutaj sposób, w jaki korzystamy ze streamingu. Mało kto w piątek wieczorem otwiera aplikację z przygotowanym planem obejrzenia konkretnego thrillera z 2007 roku. Częściej zaczyna się wielkie przewijanie. Miniaturka, trzy sekundy zastanowienia, nazwisko aktora, opis. Ryan Gosling? Znam. Anthony Hopkins? Jeszcze lepiej. Dwie godziny? Pasuje.
Wielkie nazwiska dostają dzięki temu wyjątkowo długie życie. Ktoś ogląda nowego Goslinga, później Netflix podsuwa mu starszą produkcję, a wieczór kończy się podróżą dwadzieścia lat wstecz przez filmografię aktora. Sukces jednej premiery może rozlać się na rzeczy powstałe dekadę wcześniej.
Algorytm został nowym repertuarem
Ma to również zabawną konsekwencję: „nowość” przestała oznaczać wyłącznie coś nowego. Dla dwudziestolatka film z 2007 roku naprawdę może być premierą. Nigdy nie widział zwiastuna w telewizji, ominął całą ówczesną kampanię i prawdopodobnie miał kilka lat, gdy produkcja trafiała do kin. Streaming wręcza mu ten sam tytuł bez całego historycznego bagażu.
Czasem wychodzą z tego piękne filmowe rehabilitacje. Produkcja, która przepadła w kinach przez fatalny termin, kiepski marketing albo zwyczajny brak zainteresowania, może nagle dostać tłum widzów. Widzieliśmy już wielokrotnie starsze filmy wbijające się do rankingów po dodaniu do dużej platformy. Nawet sukces nowej części potrafi pociągnąć za sobą oryginał - klasyczny Top Gun wrócił kiedyś do francuskiego TOP 10 Netflixa w okresie ogromnej popularności Mavericka.
Nie każdy powrót świadczy oczywiście o nagłym odkryciu zapomnianego arcydzieła. Czasami powód jest dużo bardziej przyziemny. Platforma kupiła licencję, mocno wyeksponowała tytuł, a widzowie kliknęli, bo rozpoznali twarz. Ranking sam później zaczyna pracować na dalszą popularność. Film trafia do TOP 10, więc więcej osób go widzi, więcej osób odpala, pozycja się utrzymuje.
Dla studiów jest to natomiast przypomnienie, jak wartościowy pozostaje stary katalog. Film zarobił swoje w kinie dwadzieścia lat temu, później sprzedawał płyty, licencje telewizyjne, VOD, a teraz może dostać jeszcze jedno życie dzięki kolejnej umowie streamingowej. Produkcja przestaje być jednorazowym produktem przypisanym do roku premiery.
Drugi weekend otwarcia może nadejść po latach
Najbardziej podoba mi się jednak perspektywa widza. Przez ogrom katalogów mamy dziś kontakt z filmami znacznie mniej uporządkowany niż dawniej. W jeden wieczór oglądam premierę sprzed tygodnia, następnego dnia thriller starszy ode mnie, później coś z 2016 roku, co właśnie wskoczyło do TOP 10. Daty zaczynają tracić znaczenie. Dobry film nie musi już czekać na rocznicowy seans w telewizji, żeby ktoś przypomniał sobie o jego istnieniu.
Kino długo żyło według kalendarza premier. Streaming wrzucił ten kalendarz do blendera. Film może przegapić swój moment, zniknąć na kilka lat, a później pewnego poniedziałku obudzić się kilka miejsc od największej premiery Netflixa. W kinach drugiego weekendu otwarcia zwykle nie ma. W streamingu może nadejść nawet kilkanaście lat później.
Przeczytaj również
Komentarze (0)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych