Star Wars: Galactic Racer - Grałem! Gwiezdne wojny spotykają Burnouta. To naprawdę może się udać

Star Wars: Galactic Racer - Grałem! Gwiezdne wojny spotykają Burnouta. To naprawdę może się udać

Roger Żochowski | Dzisiaj, 18:31
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł

Pamiętacie stare, dobre Star Wars Episode I: Racer z Nintendo 64? Człowiek katował to do nieprzytomności, aż gałki w padach się gięły. No więc panowie z Fuse Games pomyśleli: „A co, gdybyśmy wzięli ten legendarny zapach spalonego podsystemu, wymieszali go z brutalnością Burnouta i wrzucili w ramy nowoczesnego roguelike’a?”. 

Wszystko dzieje się w czasach Nowej Republiki, zaraz po upadku Imperium. Zamiast kolejnego starcia Jedi z Sithami dostajemy podziemny, nielegalny cyrk zwany Galactic League. Założył go gość z wąsem tak spektakularnym, że mógłby nim czyścić turbiny - Darius Pax. My wcielamy się w Shade’a - bezimiennego kaskadera w hełmie i pelerynie, który ma do wyrównania osobiste rachunki z aktualnym mistrzem ligi, niejakim Kestarem Boolem.

Dalsza część tekstu pod wideo

Zaczynamy z poziomem portfela „zero kredytów” i złomem, który ledwo trzyma się w powietrzu. Co ciekawe, gra to roguelite pełną gębą. Kampania podzielona jest na akty i meandruje po planetach. Przed każdym etapem wybierasz jedną z dróg (zwykły wyścig, eliminator, testy prototypów itd..). Przegrasz, rozbijesz się za dużo razy i wylatujesz z ligi. Run się kończy. Na szczęście nie zostajesz z ręką w nocniku - kredyty, punkty tuningu czy odblokowane style zostają na stałe, więc każde kolejne podejście boli trochę mniej.

Rogalik, ale z klimatem 

Star Wars: Galactic Racer #3
resize icon

Nie przepadam za rogalikami, bo na rynku jest ich po prostu za dużo, ale tutaj, w formule wyścigowej Gwiezdnych Wojen, sprawdzi się to nad wyraz dobrze. Pomiędzy wyścigami chodzimy po bazach (tzw. Paddocks) w TPP, gadamy z ludźmi i kupujemy upgrady. Klimat Gwiezdnych Wojen wylewa się z ekranu gęstym strumieniem, ale to akurat spory plus.

A jak wypada sama jazda? Demo na gaemscomie trwało około 20 minut. Model jazdy dzieli się na kilka klas maszyn i każda prowadzi się zupełnie inaczej. Są tu ciężkie puszki, które wybaczą błędy i uderzenia w ściany, ale są dość wolne, są szybkie jak diabli ścigacze, ale pękają jak zapałki przy uderzeniach, jak i dające kompromis, zwinne i dobre do driftowania maszyny. Każdy typ ma zresztą swoje dodatkowe specjalne, jak np. nagłe wyzwolenie energii, które błyskawicznie stabilizuje pojazd (coś w stylu autopilota z Wipeouta), czy odpalenie bocznych miotaczy ognia, które pala przeciwników, a dochodzi do tego fizyczne odpalanie silnika przed startem oraz mechanika turbo, przy którym pasek przegrzania rośnie w oczach, a jeśli przesadzimy - wylecimy w powietrze.

Kosmiczny Burnout

Star Wars: Galactic Racer #8
resize icon

A propos rywali - sam się dziwię, że to piszę, ale jest tu klimat Burnouta, a spychanie innych na ściany kanionów i patrzenie, jak w zwolnionym tempie zamieniają się w kulę ognia, daje niezdrową satysfakcję. Nie ma się jednak czemu dziwić – za grę odpowiada studio Fuse Games, w którym pracują weterani serii Need for Speed oraz Burnout. I to po prostu tutaj czuć podskórnie. Bawiłem się znakomicie przez te 20 minut i chcę więcej. Dynamika urywa łeb, gdy próbujesz przecisnąć się przez ciasne kaniony na Tatoine, a przycisk driftowania pozwala dosłownie ocierać się ściany i lecieć dalej. Tu ponownie kojarzyło mi się to z Wipeoutem. 

Planet jest sporo i każda rzuca pod nogi inne kłody. Na Jakku śmigamy między wrakami Gwiezdnych Niszczycieli, na tropikalnej Lantaanie trzeba uważać, by nie spłonąć w aktywnej gardzieli wulkanu, ale prawdziwym koszmarem okazało się lodowe Ando Prime - tam mróz dosłownie zamraża silnik i paraliżuje stery! Musisz szukać jaskiń, przejeżdżać pod ciepłymi łukami albo oszczędzać tarcze energetyczne, żeby w ogóle dojechać do mety. No nie powiem, jest to powiew świeżości w wyścigach.

Dodajmy, że w grze znajdziemy też tryb scenariuszy, gdzie pojawią się dłuższe misje fabularne przypisane do określonych bohaterów. Będzie też tradycyjny tryb arcade przeznaczony do szybkiej zabawy, gdyby ktoś nie był w stanie przełknąć rogalikowej formuły, oraz multiplayer oferujący rywalizację PvP dla maksymalnie 12 graczy jednocześnie.

Spodziewałem się poprawnej ścigałki na licencji dla fanów Gwiezdnych Wojen, a dostałem rozbudowanego, soczystego arcade’a z genialnym klimatem, świetnym poczuciem prędkości i przemyślaną pętlą gry. I mimo mojego sceptycyzmu w kwestii gatunku roguelike, autentycznie nabrałem ochoty, by w to zagrać na premierę, która zaplanowana jest na 6 października 2026 roku na platformach PC, PlayStation 5 oraz Xbox Series X/S.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źródeł
Źródło: Gamescom / PPE.pl
Roger Żochowski Strona autora
Przygodę z grami zaczynał w osiedlowym salonie, bijąc rekordy w Moon Patrol, ale miłością do konsol zaraziły go Rambo, Ruskie jajka, Pegasus, MegaDrive i PlayStation. O grach pisze od 2003 roku, o filmach i serialach od 2010. Redaktor naczelny PPE.pl i PSX Extreme. Prywatnie tata dwójki szkrabów, miłośnik górskich wspinaczek, powieści Murakamiego, filmów Denisa Villeneuve'a, piłki nożnej, azjatyckiej kinematografii, jRPG, wyścigów i horrorów. Final Fantasy VII to jego gra życia, a Blade Runner - film wszechczasów. 
cropper