Przybywam w pokoju! Klasyk fantastycznego kina akcji z lat 90’
Ostatnie dekady XX. wieku były okresem szczególnie ważnym w karierze Dolpha Lundgrena. Po niezwykle wyrazistej roli w „Rocky IV” Szwed stał się jedną z gwiazd kina akcji ery VHS. Jedną z produkcji umacniających jego pozycję był z pewnością dziwaczny „Mroczny anioł”, w którym potężny aktor wciela się w policjanta uwikłanego nie tylko w walkę z lokalną organizacją przestępczą, lecz również w starcie z groźnym kosmitą.
Przełom lat 80’ i 90’ XX. wieku był w Stanach Zjednoczonych czasem apokalipsy spełnionej. Przynajmniej jeśli wierzyć filmowi Craiga R. Baxleya. Ezoteryczne Houston, miastem rządzi mafia, której przedstawiciele w dodatku nie mają najmniejszych problemów z zabijaniem policjantów, miesiącami infiltrujących ją od wewnątrz. Co tu zresztą gadać, skoro na jednego policjanta - nawet tak muskularnego jak grany właśnie przez Dolpha, Jack Caine - przypadają dwa poważne przestępstwa, którymi musi się on zająć. Nic dziwnego, że nie jest w stanie uchronić swojego partnera przed niechybną śmiercią. Na domiar złego po mieście zaczyna grasować groźny kosmita. Nie tylko nadludzko silny i polujący na ludzkie płyny ustrojowe, lecz także uzbrojony w ostry dysk, który tnie wszystko z precyzją skalpela.
Nie ma co ukrywać, że scenariusz do filmu, którego tytuł był również przedmiotem kontrowersji i kilku zmian, nie był najwybitniejszym dziełem lat 90’ w amerykańskiej kinematografii. Być może dlatego jego współtwórca, słynny David Koepp, który w ostatnim czasie dał nam choćby skrypt do “Dnia objawienia”, a wcześniej odpowiadał za ten do “Parku Jurajskiego”, wolał w tym wypadku użyć swego pseudonimu Leonard Maas jr., z którego skorzystał również podczas prac nad komedią sensacyjną “Dlaczego ja?” z 1990 roku. Twórcą pierwotnej idei obrazu był jednak Jonathan Tydor, który połączył brutalne kino policyjne z końca lat 80. z fantastyką naukową. Fabuła opierała się na śledztwie detektywa z Houston, który odkrywa, że za serią morderstw stoi pozaziemski przestępca, handlujący narkotykiem pozyskiwanym z ludzkiego mózgu. Koepp odpowiadał za znaczące poprawki do dialogów, struktury scenariusza i dynamiki akcji.
Początki projektu sięgają jednak 1987 roku, kiedy to, tuż po zakończeniu strajku scenarzystów, Craig S. Baxley otrzymał propozycję wyreżyserowania filmu początkowo zatytułowanego „Lethal Action”. Twórca zaczynał karierę w przemyśle filmowym jako kaskader, z czasem stając się na tyle cenionym specjalistą, że powierzano mu funkcję koordynatora dublerów przy tak ważnych produkcjach jak choćby „Predator”. Dzięki temu, wraz z wieloma członkami tamtej ekipy, na czele z Carlem Weathersem, znalazł się również na planie „Action Jackson”, tym razem jednak już w roli reżysera. Po premierze filmu stało się jasne, że to właśnie Baxley stanie na czele wspomnianego projektu, który w międzyczasie zmienił tytuł na „Dark Angel”, mając już wówczas na pokładzie aktora, którego popularność zaczynała szybko rosnąć.
Lepszy od Schwarzeneggera
Rzeczywiście bowiem rosły szwedzki aktor, Dolph Lundgren przeszedł w międzyczasie drogę od bycia ochroniarzem Grace Jones, które zapewniło mu krótki epizod w filmie “Zabójczy widok”, do roli w “Rockym IV”, gdzie wcielił się w ikonicznego Ivana Drago. Od tego momentu jego kariera nabrała niezłego rozpędu, bowiem w końcówce lat 80’ wcielił się jeszcze w samego Franka Castle w “Punisherze”, a na ówczesnej widowni duże wrażenie zrobiła również jego rola w “Czerwonym skorpionie” Josepha Zito. Szybki angaż w głównej roli w “Mrocznym aniele” nie był więc niespodzianką, choć praktykujący sztuki walki aktor, który dodatkowo był również posiadaczem dyplomu z inżynierii chemicznej na Królewskim Instytucie Technologicznym w KTH, zawsze miał większe ambicje.
W krótkich wypowiedziach dla magazynu Cinefantastique w 1990 roku przyznawał bowiem, że mocno zaczęło mu już ciążyć to, że wciąż był obsadzany w podobnych rolach. Po zakończeniu prac nad filmem Baxleya miał zresztą ruszyć do Nowego Jorku na kilka miesięcy, by pod okiem Warrena Robertsona doskonalić się w aktorstwie. Dalsza część jego kariery potwierdza jednak, że nigdy nie udało mu się zerwać łatki gwiazdora kina akcji. Aktora w pewnym momencie uważanego nawet za lepszą wersję samego Arnolda Schwarzeneggera, bo ze względu na brak akcentu, lepiej przyjmowanego przez ówczesną amerykańską widownię.
Lundgren jednak bardzo chwalił sobie scenariusz napisany przez duet Tydor-Koepp. Twierdził, że mimo iż jego istotą jest oczywiście pojedynek pomiędzy wielkim policjantem a istotą nie z tej ziemi, stanowi on jednocześnie całkiem zgrabne połączenie komedii i typowego buddy-movie. Chwalił również to, że od czasu do czasu trafia mu się ciekawsza linia dialogowa i rzeczywiście pod tym względem film robi wrażenie do dziś. Wszyscy aktorzy chwalili zresztą nie tylko skrypt, ale również pracę samego reżysera. Już w trakcie realizacji zdjęć w Houston doszło bowiem do wielu incydentów mocno wydłużających pracę, która w dodatku - ze względu na specyfikę produkcji - musiała być realizowana w późnych godzinach wieczornych lub w nocy. Baxley jednak ponoć nigdy nie tracił spokoju, wciąż pozostając w kontakcie ze wszystkimi członkami ekipy.
Lundgren był przez twórców ceniony także dlatego, że do większości scen ze swym udziałem nie potrzebował kaskadera. Łączyło go to zresztą z zatrudnionym do roli antagonisty Caine’a, kosmitą Taleciem, Matthiasem Huesem, choć w jego wypadku było to niejako wymuszone. Trudno było bowiem znaleźć dublera dla mierzącego grubo ponad 2 metry Niemca, który pojawił się w wielu efektownych filmach akcji ery VHS, głównie w rolach przeciwników głównych bohaterów. Z kolei grający nietypowego partnera Caine’a, Brian Benben zasłynął nieco później rolą w dość popularnym w swoim czasie sitcomie “Życie jak sen”. Wielkiej kariery nie zrobiła za to Betsy Brantley, która jednak później zagrała choćby w pamiętnym “Placu Waszyngtona” Agnieszki Holland.
O “Mrocznym Aniele” trudno mówić w kategoriach widowiska, które zachwycało efektami specjalnymi, ale mimo wszystko warto wspomnieć o udziale Bruno Van Zeebroecka, który miał już w swym portfolio pracę m.in. przy “Diunie” Davida Lyncha, “Predatorze”, “Szklanej pułapce”, a przede wszystkim “Powrocie Jedi”. Najbardziej charakterystycznym elementem filmu jest broń obcego, której ostateczny wygląd osiągnięto za pomocą różnych elementów: lekkich gumowych modeli w scenach walki, metalowych egzemplarzy do zbliżeń, nieruchomych elementów do ujęć efektowych. Same latające dyski nie były oczywiście naprawdę rzucane. Efekt uzyskiwano dzięki cienkim linkom usuwanym optycznie, zdjęciom poklatkowym, wielokrotnej ekspozycji obrazu i animowanym efektom świetlnym dodawanym metodami optycznymi w laboratorium. Sceny wybuchów w zakończeniu realizowano w opuszczonej fabryce cementu, podkładając czternaście ładunków wybuchowych, które odpalano zgodnie z wcześniej przyjętą sekwencją.
Kolejny sukces na rynku VHS
Tytuł produkcji od początku stanowił spory problem. Pierwotnie postawiono na wspomniane już wcześniej „Lethal Action”, które później zmieniono na „Dark Angel”. W międzyczasie producenci i twórcy zorientowali się jednak, że wcześniej powstały już co najmniej dwa filmy o tym tytule — z 1923 i 1935 roku. Ostatecznie zdecydowano więc o dystrybucji widowiska pod tytułem „I Come in Peace”. Była to dość dziwaczna - biorąc pod uwagę jego rzeczywiste zamiary - formułka, którą kosmita Talec wypowiadał po schwytaniu kolejnej ofiary. Obraz trafił do kin pod koniec września 1990 roku, ale miał wówczas niezwykle wymagającą konkurencję, między innymi w postaci „Chłopców z ferajny” i „Pocztówek znad krawędzi”. W efekcie kompletnie przepadł w box office, ostatecznie zarabiając niewiele ponad 4 miliony dolarów przy budżecie wynoszącym 9 milionów.
Rosnąca w tym czasie popularność Dolpha Lundgrena, kojarzonego nie tylko z wcześniej wspominanymi tytułami, lecz także z „Władcami wszechświata”, sprawiła jednak, że film znakomicie sprzedawał się i wypożyczał na rynku VHS, gdzie szybko stał się jednym z hitów. Zawdzięczał to z jednej strony mrocznej atmosferze, która mimo upływu lat nadal potrafi robić wrażenie, z drugiej zaś specyficznemu podejściu samego reżysera. Baxley w wielu wywiadach wspominał, że zależało mu przede wszystkim na tym, aby widz czuł fizyczność akcji. Zamiast więc polegać na efektach dodawanych w postprodukcji wolał realizować jak najwięcej scen bezpośrednio na planie. Takie podejście było oczywiście konsekwencją jego wieloletniego doświadczenia jako kaskadera oraz reżysera drugiej ekipy przy filmach akcji.
Sukces na rynku kaset sprawił, że bardzo szybko pojawił się temat kontynuacji filmu, ponownie z Dolphem Lundgrenem w roli głównej. Choć rosła popularność szwedzkiego aktora i nie narzekał on na brak propozycji, mając przed sobą występy w wielu pamiętanych do dziś filmach, zawsze ciepło wypowiadał się zarówno o „Mrocznym aniele”, jak i jego reżyserze. Z Craigiem R. Baxleyem miał zresztą współpracować już wcześniej, przy widowisku science fiction „Man to Man”, które ostatecznie nie doszło do skutku. Podobnie było w przypadku sequela „Mrocznego anioła”. Baxley nie był zainteresowany jego realizacją, gdy usłyszał, że budżet będzie trzykrotnie niższy niż w przypadku pierwszej części. Jeszcze w latach 1995–1996 pojawił się pomysł stworzenia kontynuacji bez postaci Caine’a. Ponoć gotowy był nawet scenariusz, jednak producenci nie znaleźli sposobu na sfinansowanie projektu.
Przeczytaj również
Komentarze (5)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych