Rynek "wydawniczy" w Polsce wraca do lat 90. Tak źle dawno nie było
W polskiej branży gier żartuje się, że rynek wydawniczy w Polsce zaczyna powoli przypominać lata 90. Problem w tym, że nikomu nie jest do śmiechu. Rzadko kiedy piszę na PPE.pl o kulisach pracy na naszym poletku, ale widząc to, co się obecnie dzieje, postanowiłem przygotować nieco bardziej osobisty, inny niż zawyczaj publikujemy tekst.
Jeszcze 10–15 lat temu polski rynek wydawniczy gier wideo wydawał się dojrzały i względnie stabilny. Przez lata przyzwyczailiśmy się do obecności lokalnych oddziałów globalnych gigantów, do fizycznych wydań stojących równo na półkach sklepów i do swoistego poczucia, że Polska przestała być trzecim krajem świata - że stała się integralną częścią europejskiego krajobrazu branży. Dziś jednak coraz wyraźniej widać, że ten obraz zaczyna się kruszyć.
To wszystko nie zaczęło się wczoraj. Czy ktoś jeszcze pamięta o zamknięciu działalności wydawniczej CD Projektu - firmy, która przez dekady była jednym z filarów lokalnego rynku? A City Interactive? LEM? Podobnie można interpretować decyzję o rezygnacji z wydawniczego działu Techlandu. Firma, która łączyła kompetencje deweloperskie z wydawniczymi, również wycofała się z tej drugiej roli, koncentrując się na produkcji własnych gier. Niestety, podobną drogę usłaną trupami przeszły też polskie oddziały branżowych gigantów.
Kiedyś to było…
Pamiętam, że przecież nie tak znowu dawno temu nad Wisłą funkcjonowały też biura takich wydawców jak EA i Ubisoft. Wydawało się to wtedy naturalne i oczywiste. Dziś Ubisoft w Polsce to nie oddział, to dwuosobowa armia. Odpowiedzialny za PR i kontakt z mediami nie tylko na lokalnym rynku, ale ma też pod sobą inne kraje europejskie, jak Słowacja czy Węgry, Pamiętając, że kiedyś ta sama, a może nawet mniejsza robota, spoczywała na barkach kilku osób, szanuję bardzo ten wysiłek. Oddziału EA z prawdziwego zdarzenia też nie ma już od dawna, kontakt utrzymuje z nami dobrze funkcjonująca agencja, ale jak dziś pamiętam czasy, gdy jeździło się testować nową FIFĘ czy Need for Speeda do biura Elektroników. Wtedy wydawało się, że może być tylko lepiej, a rozwój rynku wydawniczego wpisany jest w kolejne generacje nadchodzących konsol.
Najbardziej widoczne są jednak znikające brandy, które są przecież fundamentem całego globalnego rynku. Zamknięcie polskich oddziałów PlayStation i Xboxa (w tym także Bethesdy) to wydarzenia o znaczeniu nie tylko biznesowym, ale i symbolicznym. Przez lata ich obecność w Polsce była dowodem na to, że rynek ten jest istotny, że warto inwestować w lokalne zespoły, marketing i relacje z graczami. Dziś te funkcje przenoszone są do agencji i centralnych biur - najczęściej w Europie Zachodniej - a Polska staje się jednym z wielu rynków obsługiwanych zdalnie.
Symboliczne zniknięcie
W tym kontekście niemal metaforyczne wydaje się zdjęcie logo PlayStation z warszawskiego wieżowca. To gest, który trudno odczytywać wyłącznie w kategoriach logistycznych. To raczej znak czasu - wizualne potwierdzenie tego, że epoka lokalnej obecności dobiega końca. A wiecie, czemu to logo wisiało prawie rok od czasu zamknięcia polskiego oddziału PlayStation? Bo nie było już firmy, która pokryłaby koszty jego zdjęcia. W końcu jednak zarządca budynku wyskoczył z portfela - wszak, jakby nie patrzeć, była to darmowa reklama marki, której oddziału w Polsce już nie było. Smutne tym bardziej, że w tym samym budynku PlayStation otwierało nieco wcześniej hucznie swoją strefę gracza, która kosztowała niemałe pieniądze. Nie miało to jednak znaczenia z punktu widzenia korporacji, w której decyzje zapadały centralnie.
Na tym tle szczególnie wyraźnie rysuje się sytuacja pozostałych dużych graczy. Plaion i Cenega pozostają jednymi z ostatnich znaczących wydawców/dystrybutorów działających w Polsce w tradycyjnym modelu (choć obie firmy różnią się na wielu poziomach). To oni wciąż odpowiadają za dystrybucję fizycznych wydań, za lokalizacje, za kontakt z rynkiem. Jednak ich przyszłość wydaje się niepewna. Wraz z postępującym zanikiem fizycznych nośników - płyt, pudełek, dystrybucji - maleje także przestrzeń, w której ich działalność ma sens ekonomiczny. Osobiście trzymam kciuki, aby coś się w tej materii jeszcze odkręciło, bo nie wyobrażam sobie tego, że w Polsce nie będzie firmy, która dbałaby o nasz lokalny interes.
Już teraz jednak widać centralizację działań na wielu poziomach. Twórcy nowego Control nie potrzebowali nawet agencji PR-owej w Polsce, by zorganizować event w Warszawie i zaprosić na niego dziennikarzy. Idźmy dalej. Mimo iż grę 007 First Light dystrybuował w Polsce Plaion, a Lego Batman: Dziedzictwo Mrocznego Rycerza Cenega, całą obsługę kodów recenzenckich, zagranicznych eventów i wsparcia redakcyjnego ogarniały już agencje z zagranicy. Kiedyś nie do pomyślenia, tak jak nie do pomyślenia byłoby, że taki tytuł jak Resonance: A Plague Tale Legacy, który za chwilę będzie miał premierę, również trzeba ogarniać, odkopując zagraniczne kontakty. Można wręcz odnieść wrażenie, że Polska jako rynek spadła do niższego koszyka w oczach zagranicznych wydawców. O kolejnym Xbox Fun Day i PlayStation Experience (ktoś pamięta tę świetną imprezę?) możemy więc zapomnieć. Chyba jedynym gigantem, który zamiast się zwijać, otwiera się na nasz rynek, jest Nintendo. I z tego, co wiem - ale za bardzo pisać o tym nie mogę - nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.
Jedna jaskółka to za mało
Niestety, ta jedna jaskółka wiosny nie czyni. Gdy rok temu oddział lokalnego Xboxa odpowiedzialny za social media został zwolniony, z czasem można było dostrzec, że posty i materiały na social mediach „Zielonych” przestały mieć lokalny charakter. Były wszak tworzone centralnie, bez oglądania się specjalnie na polskie poletko. Gdy kilka tygodni temu doszły do mnie informacje, że pracownicy Xboxa i Bethesdy mieli umowy tylko do końca czerwca, można było przeczuwać, co się święci. Polski oddział Xboxa został zamknięty, a polska agencja Monday obsługująca firmę przekierowywała od 1 lipca wszelkie pytania bezpośrednio do centrali Microsoftu. Nie oznacza to, że kontakt z centralą byłego już „folwarku” Phila Spencera jest zły. Nie było żadnych problemów, by firma dostarczyła kody na recenzje Halo czy zapisała nas na pokazy na gamescomie, ale nie dostaliśmy już np. wczesnego dostępu do nowej odsłony Gears of War, a finalnie okazało się, że kody na nowe Halo trafiły do polskich redakcji później niż do tych na najbardziej liczących się rynkach. Nie było już nikogo w Polsce, kto by o to powalczył. PlayStation jest mimo wszystko i tak w lepszej sytuacji, bo mimo braku polskiego oddziału, za PR, lokalne eventy i obsługę społeczności, wciąż odpowiadają Polacy, w tym wypadku Plaion i podległa mu agencja PUBLICIS GROUPE, ale sam fakt, że polskiego oddziału PlayStation nie ma już nad Wisłą, wydaje mi się abstrakcją.
Nie da się ukryć, że posiadanie lokalnego oddziału na miejscu to też masa innych zalet. Wsparcie dla lokalnej społeczności, organizowanie konkursów, eventów premierowych, lepsza dystrybucja gier i konsol czy w końcu lokalizacje. Mam przeczucie graniczące z pewnością, że polskie wersje gier, w momencie odejścia od fizycznych nośników i zamykania kolejnych polskich firm działających „w naszej służbie”, zapewne się załamią. Bo to właśnie fizyczne wydania były przez lata fundamentem lokalnego wydawnictwa. Wymagały logistyki, magazynów, dystrybucji, relacji z sieciami handlowymi. Były materialnym dowodem obecności gry na rynku. Dawały pracę wielu osobom, wpływały pośrednio na rozwój lokalnych przedsiębiorstw, wpływały na nasz rynek na wielu poziomach.
Co dalej?
Dziś obserwujemy proces, który nie jest unikalny dla Polski, bo przecież oddział Xboxa w Czechach też został zamknięty, mimo iż dopiero co organizowano tam zakrojony na szeroką skalę event premierowy nowej Forzy. Decyzje zapadają jednak poza danym krajem, strategie ustalane są globalnie, a lokalne rynki tracą swoją podmiotowość. Polska przestaje być miejscem, gdzie coś się tworzy i zarządza - staje się raczej jednym z wielu punktów na mapie sprzedaży. I to wszystko w czasach, gdy polski gamedev ma się przecież znakomicie, a takie marki jak CD Projekt RED, Bloober, Techland, 11 bit studios, Flying Wild Hog, One More Level czy Fumi Games stały się wizytówką naszego kraju na arenie międzynarodowej.
Oczywiście to nie jest tak, że na to wszystko wpływ ma tylko centralizacja i dystrybucja cyfrowa. Czynników wpływających na taki, a nie inny stan rzeczy jest więcej - choćby brak zdrowego rozsądku w czasach pandemii, gdy firmy zatrudniały nowych pracowników, mnożąc projekty i licząc naiwnie, że wzrosty trwać będą wiecznie. Pozostaje pytanie o przyszłość. Czy pojawią się nowe modele lokalnej działalności, oparte na cyfrowej dystrybucji, marketingu czy usługach? A może Polska na stałe stanie się rynkiem obsługiwanym z zewnątrz, bez własnych struktur wydawniczych? Zmiana już się dokonuje, a jej skutki - zarówno ekonomiczne, jak i kulturowe - będą odczuwalne przez długie lata.
Przeczytaj również
Komentarze (22)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych