Tom Cruise przestał ratować świat na motocyklu. Na taki film z nim czekałem od lat
Tom Cruise od lat wygląda na człowieka, który zwykły dzień zaczyna od wyskoczenia z samolotu, potem biegnie przez pół miasta, odbija helikopter, ratuje świat i jeszcze znajduje chwilę, żeby zawisnąć na rozpędzonym motocyklu nad przepaścią. Kino przyzwyczaiło nas do jego nieśmiertelnej wersji - zawsze opanowanej, zawsze gotowej do następnej misji i najwyraźniej odpornej na grawitację, zmęczenie oraz zdrowy rozsądek.
No i w końcu usiadł. Bez tajnej organizacji na karku, bez bomby odliczającej ostatnie sekundy i bez kolejnego pojazdu, z którego trzeba będzie efektownie spaść. Zamiast popisywać się tym, czego nie odważyłby się zrobić żaden ubezpieczyciel, Cruise przypomina, że pod całym tym wizerunkiem człowieka-kaskadera nadal siedzi cholernie dobry aktor. Wiecie - czasem największą filmową niespodzianką nie jest kolejna szalona scena akcji, tylko moment, w którym gwiazda przestaje grać własną legendę. I właśnie na takiego Toma Cruise’a czekałem od lat.
Tom jako Tom
Tom Cruise od dawna pojawia się jak służba ratunkowa dla całego Hollywood. Ktoś ukradł broń nuklearną? Cruise już biegnie. Sztuczna inteligencja chce przejąć świat? Cruise właśnie odpala motocykl. Samolot spada, pociąg wisi nad przepaścią, a tajna organizacja przygotowała plan zniszczenia ludzkości? Spokojnie, Tom zdąży jeszcze zmienić marynarkę i uratować sytuację sekundę przed końcem odliczania.
Trudno zresztą oddzielić jego ekranowe postacie od tego, co dzieje się wokół samych filmów. Przy kolejnych częściach Mission: Impossible mniej rozmawialiśmy o Ethanie Huncie, a więcej o tym, z czego Cruise tym razem skoczył, do czego się przypiął i dlaczego żaden rozsądny człowiek nie próbował go powstrzymać. Sam wykonywał coraz bardziej szalone numery, a promocja produkcji momentami przypominała relację z kontrolowanego wypadku.
Do tego dochodzi Top Gun, mundur, okulary przeciwsłoneczne, samoloty i charakterystyczny uśmiech człowieka, który właśnie wpadł na pomysł zdecydowanie zbyt drogi dla studia filmowego. Cruise stał się ostatnim wielkim bohaterem kina, który nadal próbuje sprzedać widzom nie tyle postać, ile wydarzenie. Gdy jego nazwisko pojawiało się na plakacie, można było zakładać, że zaraz ktoś będzie biegł, latał albo wisiał w miejscu, z którego normalnie sprowadza się ludzi helikopterem.
Coś nowego...
W Diggerze motocykl wreszcie zostaje jednak w garażu. Cruise wciela się w Diggera Rockwella - ekscentrycznego magnata naftowego, który najpierw pomaga rozpętać katastrofę o ekologicznych i nuklearnych konsekwencjach, a później rusza udowodnić światu, że to właśnie on jest człowiekiem zdolnym wszystkich ocalić. Brzmi jak bohater skrojony pod gwiazdorską pewność siebie Cruise’a, tylko przepuszczoną przez krzywe zwierciadło i podkręconą do poziomu, przy którym ratowanie ludzkości może być kolejnym elementem kampanii wizerunkowej.
Jeszcze ciekawiej robi się, gdy spojrzymy na samego aktora. Siwe włosy, fałszywe zęby, dodatkowe kilogramy, kowbojskie buty i twarz schowana pod charakteryzacją - na pierwszych materiałach Cruise wygląda tak, jakby ktoś świadomie wyjął go z gabloty z napisem „największa gwiazda kina akcji” i trochę poobijał przed wpuszczeniem na plan.
I właśnie na taki skręt czekałem. Dobrze zobaczyć, że zamiast po raz kolejny podnosić stawkę następnym skokiem, postanowił zaryzykować samym występem. Tym razem największym wyczynem kaskaderskim może więc nie być lot nad przepaścią, tylko pozwolenie sobie na to, żeby przez dwie godziny wyglądać źle, zachowywać się jeszcze gorzej i naprawdę zniknąć we własnej roli.
Może być ciekawie
Mówiąc oględnie, nie potrzebuję, żeby Tom Cruise na dobre zszedł z motocykla, wyrzucił spadochron i przestał biegać szybciej niż większość ludzi jeździ rowerem. To część jego filmowej legendy i byłoby zwyczajnie szkoda ją kasować. Dobrze jednak zobaczyć, że za tą legendą nadal siedzi aktor, który potrafi zrobić coś więcej niż efektownie przeżyć kolejny koniec świata.
I kto wie, może po latach największym ryzykiem Cruise’a nie będzie następny skok bez dublera, tylko pokazanie się jako człowiek śmieszny, odpychający, próżny i kompletnie pozbawiony kontroli nad własną wielkością? Jeśli Digger to dowiezie, dostaniemy coś znacznie cenniejszego niż kolejną udaną scenę akcji - przypomnienie, że Tom Cruise nadal potrafi zaskoczyć bez odpalania silnika.
Przeczytaj również
Komentarze (2)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych