Groovy! Ranking produkcji z serii Martwe Zło, od najgorszej do najlepszej
Premiera każdej kolejnej odsłony serii “Martwe Zło” to doskonała okazja, by powrócić do poprzednich filmów, w tym przede wszystkim tych realizowanych przez ekipę pod przywództwem Sama Raimiego. Choć przez lata cykl przeszedł sporą przemianę, nadal cieszy się on ogromną popularnością i wciąż ma przed sobą obiecującą przyszłość.
“Martwe Zło” to kolejna seria, której udało się z powodzeniem powrócić, za sprawą już trzech filmów zrealizowanych w XXI wieku, a także - przeznaczonego głównie dla fanów pierwszych odsłon - serialu, którego produkcję zakończono na trzecim sezonie. Choć jeszcze po premierze “Przebudzenia” mówiło się o powrocie Asha Williamsa do tego uniwersum, dziś jest już ono mało prawdopodobne. W przygotowaniu jest bowiem prequel całego cyklu “Evil Dead Wrath” realizowany przez Francisa Galluppiego, który ma się pojawić w kinach w 2028 roku. Sam odtwórca kultowej roli Asha Williamsa, Bruce Campbell poinformował w tym roku w swoich mediach społecznościowych, że obecnie zmaga się z poważną chorobą, za sprawą której wstrzymał on nie tylko pracę nad kolejnymi produkcjami (takimi jak choćby reżyserowana przez niego komedia “Ernie & Emma”), ale także wizyty na licznych konwentach, gdzie zawsze był gorąco przyjmowany.
Martwe Zło: Ogień
Tegoroczna odsłona podtrzymuje moją opinię o cyklu zapoczątkowanym przez Sama Raimiego jako serii pozbawionej słabego filmu. W XXI. wieku fakt ten zawdzięcza ona przede wszystkim właściwemu doborowi reżyserów. Sébastien Vaniček ma przed sobą przyszłość, bo „Evil Dead: Burn” to film znacznie sprawniejszy niż jego wcześniejsze „Robactwo”, a jednocześnie — podobnie jak poprzednik — pełen interesującego społecznego kontekstu. Świetnie dobrano tu również obsadę, zwłaszcza Errola Shanda w roli ojca przeklętego rodu, Tandi Wright jako matkę, a także Maude Davey, wcielającą się w postać, która wyraźnie miała być dostarczycielką typowych dla serii komediowych kwestii.
No właśnie… Jakkolwiek bowiem “Martwe Zło: Ogień” to niezwykle sprawny i wciągający horror tak jednocześnie został on zupełnie pozbawiony głównych atutów serii, którymi były makabryczny humor, znakomite incenizowanie zupełnie idiotycznych pomysłów, a także charakterystyczny rozwój głównych bohaterów/bohaterek: z przestraszonych ludzi w nieustraszonych pogromców Martwego Zła. “ED: Burn” to więc paradoksalny przypadek całkiem dobrego nowoczesnego horroru, a jednocześnie słabej części samej serii.
Martwe Zło (2013)
Na dobrą sprawę jednak wszystko na co możemy narzekać w przypadku najnowszej odsłony serii zaczęło się właśnie w 2013 roku, wraz z premierą filmu Fede Alvareza. Duet Sam Raimi-Bruce Campbell planował remake przez wiele lat w pierwszej dekadzie XX. wieku. Odtwórca Asha Williamsa sam jednak przyznawał w wywiadach, że długo nie potrafili znaleźć na niego właściwego pomysłu, a dodatkowo sam pomysł na kontynuowanie serii spotkał się z negatywną reakcją fanów. W końcu więc postanowiono pójść w zupełnie inną stronę, a kluczowymi postaciami dla rozwoju nowego filmu stali się Fede Alvarez i Rodo Sayagues, którzy w końcu podpisali się pod scenariuszem.
Obraz z 2013 roku podąża drogą pierwszego filmu Sama Raimiego, w którym absurdalny humor nie był jeszcze prawdziwym wyznacznikiem serii, prezentując “Martwe Zło” w wersji na poważnie. Widowisko jest pod względem audio-wizualnym absolutnie bezbłędne i nic dziwnego, że twórcy ci wkrótce stali się specjalistami w odświeżaniu słynnych filmowych marek. Jeden ze straszniejszych i brutalniejszych horrorów nakręconych w drugiej połowie XXI. wieku cierpi jednak na brak własnego charakteru, którego akurat pierwszym dziełom Raimiego, niezależnie od ich oceny, nie dało się odmówić.
Martwe Zło powstaje
Zanim Irlandczyk Lee Cronin otrzymał możliwość realizacji kolejnej części cyklu, wyreżyserował średnio oceniany horror „Impostor”, a także dwa odcinki niezbyt popularnej telewizyjnej antologii grozy. Jego wybór mógł więc z perspektywy 2023 roku wydawać się mocno ryzykowny, tym bardziej że Sam Raimi tym razem nie był nawet głównym producentem nowej odsłony. Ostatecznie okazało się jednak, że i tym razem miał on nosa do wyboru odpowiedniego twórcy, a sam Cronin najlepiej ze wszystkich nowych reżyserów zrozumiał fenomen „Martwego zła”.
„Evil Dead Rise” to z jednej strony modelowy przedstawiciel nowoczesnego horroru, który obok standardowych, mniej lub bardziej makabrycznych strachów podejmuje również głębsze tematy — tym razem związane z macierzyństwem. Oczywiście sednem całego widowiska pozostaje krwawa łaźnia, którą Martwe Zło urządza jednak tym razem nie w opuszczonym domku na odludziu, lecz w centrum miasta. Cronin nie zapomina przy tym o niezwykle istotnej cesze serii, jaką jest makabryczny humor, a także o odpowiednim rozwoju postaci Beth, granej przez Lily Sullivan. Bohaterka ta z przestraszonej kobiety staje się ostatecznie pogromczynią Zła, co czyni tę część najlepszą spośród nowych odsłon cyklu.
Ash vs Martwe Zło
Niezwykle trudno zestawić ze sobą pojedyncze filmy fabularne z całym serialem, który w sumie doczekał się aż trzech sezonów. Jednocześnie jednak mówiąc o serii Sama Raimiego trudno pominąć tę przedziwną produkcję, przeznaczoną głównie dla największych fanów Asha Williamsa. W przeciwieństwie do wspomnianych wcześniej współczesnych interpretacji dziedzictwa “Evil Dead” tym razem widać, że seria była tworzona przez ekipa, która bardzo dobrze zrozumiała na czym polegał fenomen dwóch ostatnich filmów z Raimiego. Sam Ash Williams, po wielu dekadach walki z odwiecznym rywalem, nie ma tu bowiem już nic z mocno gamoniowatego mężczyzny jakim był jeszcze w pierwszych odsłonach serii.
Wciąż lubuje się za to w częstowaniu zarówno swoich towarzyszy (bardzo sympatycznych Pablo i Kelly), jak i przeciwników — wśród których wyróżnia się rzecz jasna grana przez Lucy Lawless Ruby Knowby — mocno czerstwymi żartami, które stają się jednym ze znaków rozpoznawczych serii. Dobrze służy jej zaledwie półgodzinny format kolejnych odcinków, ponieważ dłuższa forma byłaby trudna do zniesienia, o czym przekonuje sama końcówka, mocno rozciągnięta i niestety zwyczajnie nużąca. No, może poza samym zakończeniem, które — podobnie jak w przypadku znakomitego przejścia między drugim a trzecim filmem Raimiego — sugeruje, że Ash poradziłby sobie z „Martwym Złem” także w produkcji reprezentującej zupełnie inny gatunek niż horror.
Martwe Zło (1981)
Ostatnie dekady XX. wieku to okres paradoksalny, jeśli chodzi o realizację niskobudżetowych horrorów. Z jednej strony młodzi, ambitni twórcy, tacy jak Sam Raimi, mieli już z kogo czerpać wzorce. Tobe Hooper, George Romero czy John Carpenter pokazali bowiem, że można zrealizować znakomite obrazy, pracując z bardzo ograniczonym budżetem. Z drugiej jednak strony fakt, że tego typu produkcje próbował w tym czasie realizować niemal każdy, kto marzył o karierze reżysera, sprawiał, iż nowe filmy już na starcie musiały wyróżniać się na tle konkurencji.
Tak było z pewnością w przypadku „Martwego Zła”, bo choć w pierwszej produkcji z serii nie uświadczymy jeszcze wszechobecnego absurdalnego i makabrycznego humoru, to jednak od pewnego momentu czujemy, że nie jest to cykl, który traktuje siebie śmiertelnie poważnie. Sam twórca od początku pokazuje za to zmysł do inscenizowania absurdalnych, ale jednocześnie niezwykle zabawnych scen. I właśnie tu światu objawia się Ash Williams, który będzie jednak potrzebował trochę czasu, by ze zlęknionego młodego mężczyzny, którego wyraźnie przerasta to, z czym z konieczności musi walczyć — stać się nieustraszonym pogromcą Zła, nierozstającym się oczywiście z piłą mechaniczną.
Armia Ciemności
Pięć lat czekali fani serii Sama Raimiego na kolejną, już trzecią odsłonę cyklu, która tym razem zapowiadała się jednak wręcz znakomicie. Wszystko za sprawą niezwykłej fabularnej przewrotki z części drugiej, pokazującej jak niezwykłą wyobraźnią był obdarzony Sam Raimi, który zresztą wynegocjował z Universal Pictures realizację tego filmu po sporym komercyjnym sukcesie swego “Darkmana” z 1991 roku. Podstawą scenariusza filmowego stały się tym razem wcale nie stare horrory, ani też komedie, a raczej produkcje przygodowe, osadzone w określonym punkcie w historii. W tym wypadku w 1300 roku w europejskim średniowieczu.
W następstwie wydarzeń z końcówki drugiego filmu Ash Williams nagle znajduje się w ciemnej d… Powiedzmy, że trafia w miejsce, w którym nigdy nie myślał, że się znajdzie. Na szczęście nie zamierza się tam urządzać i bardzo szybko zyskuje szansę na powrót do swojej rzeczywistości. Na drodze do zwycięstwa stają jednak tym razem nie tylko tabuny nieumarłych, ale nawet jego własne miniaturowe wersje. W „Armii ciemności” ekipa Raimiego po raz kolejny po mistrzowsku inscenizuje wiele iście groteskowych sekwencji, a z samej produkcji od początku bije ogromna radość z możliwości realizacji filmu od początku do końca pomyślanego właśnie w taki sposób.
Martwe Zło 2
Ogromny sentyment, jaką wielu kinomanów darzy właśnie tę odsłonę serii Sama Raimiego, zdaje się wynikać z faktu, iż dla sporej ich części mógł to być pierwszy film, który pokazał, że momentami brutalny i makabryczny horror można połączyć z równie niewybrednym humorem, w rezultacie czego powstaje produkcja jedyna w swoim rodzaju. Oczywiście realizując tę część ekipa Raimiego dysponowała już zdecydowanie większymi środkami niż za pierwszym razem, co zawdzięcza przede wszystkim zainteresowaniu Stevena Kinga, który namówił do jej sfinansowania samego Dino de Laurentiisa. Nieco wyższy budżet ani trochę nie wpłynął jednak ma zmianę specyficznego charakteru serii, która wciąż wygląda jak tani horror, co ważniejsze jednak potrafi to wykorzystywać także dla osiągnięcia efektu komicznego.
Na dobrą sprawę mamy tu do czynienia w pół-remakiem pierwszego filmu, bowiem podobnie jak wtedy tak i tu Ash Williams przybywa do opuszczonej chatki, by tam odnaleźć słynny Necronomicon i zadrzeć z demonami. Tu jednak bohater bardzo szybko zdaje sobie sprawę z tego z czym przyszło mu walczyć i postanawia zło dobrem zwyciężyć. Najpierw pokazując kto będzie się śmiał ostatni, a następnie chwytając w dłoń piłę łańcuchową, która od tego momentu stanie się znakiem rozpoznawczym serii. Nasz heros z minuty na minutę nabiera coraz większej pewności siebie, by w końcówce stać się już prawdziwym pogromcą Zła, wyposażonym nie tylko we wspomnianą broń, ale również w garść kultowych one-linerów.
Przeczytaj również
Komentarze (7)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych