Finał The Boys za mną. Czy to najlepszy serial Amazona?

Finał The Boys za mną. Czy to najlepszy serial Amazona?

Mateusz Wróbel | Dzisiaj, 09:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źrodeł Google

Spędziłem ostatnie miesiące na omijaniu The Boys szerokim łukiem. Karmiłem się jedynie popkulturowymi strzępkami, memami z psychopatycznym uśmiechem Homelandera i opowieściami o hektolitrach przelanej krwi, ale zawsze brakowało mi ostatecznego impulsu, by w końcu usiąść do finałowego sezonu.

Kiedy jednak machina ruszyła, a ja w ekspresowym tempie nadrobiłem wszystkie zaległości i dotarłem do finałowego, piątego sezonu, zrozumiałem jedno: Eric Kripke stworzył potwora, od którego nie sposób się oderwać, a ja straciłem masę czasu, niepotrzebnie zwlekając z tym seansem.

Dalsza część tekstu pod wideo

Moje świeże spojrzenie na ten świat, wolne od lat oczekiwania na kolejne sezony, pozwoliło mi dostrzec coś, co stałym widzom mogło umknąć w codziennym szumie - niesamowitą ewolucję całego formatu. Z prostej, momentami wręcz prostackiej, obrazoburczej opowiastki o złych ludziach w pelerynach, The Boys przekształciło się w mojej ocenie w pełnokrwisty, przerażający dramat polityczno-społeczny. Finałowa seria nie jest już tylko krwawą rozrywką, bowiem to brutalne, wykrzywione zwierciadło przystawione do naszej współczesności.

Największe brawa z mojej strony należą się bezapelacyjnie za warstwę aktorską i to, jak genialnie domknięto portrety psychologiczne głównych bohaterów. Antony Starr jako Homelander wzniósł się w tym sezonie na absolutne wyżyny artystycznego obłędu. Oglądanie go na ekranie wywoływało u mnie autentyczny niepokój, fizyczny dyskomfort, którego dawno nie doświadczyłem podczas seansu jakiegokolwiek serialu.

Jego interpretacja lidera „Siódemki” to nie jest zwykły czarny charakter z komiksu - to przerażająco autentyczne studium samotności, narastającej megalomanii i czystego szaleństwa człowieka, który uwierzył, że jest bogiem. Starr potrafi jednym drgnięciem oka, wymuszonym uśmiechem czy nagłym milknięciem przekazać więcej grozy niż niejeden rasowy horror. W piątym sezonie jego postać staje się wręcz tragiczna w swoim zagubieniu, co czyni ją jeszcze bardziej niebezpieczną.

Ekipa Chłopaków

Równie mocno poruszyło mnie ostateczne starcie i domknięcie toksycznej, skomplikowanej relacji między Billym Butcherem a Hughie'em. Cenię ten sezon za to, że w całym tym festiwalu makabry i flaków znalazł miejsce na genialne, kameralne i pełne emocjonalnego ciężaru rozmowy. Zauważyłem, że relacje bohaterów zatoczyły piękne, choć niezwykle bolesne koło, wracając do punktu wyjścia z pierwszego sezonu.

To właśnie te momenty, gdy odrzucano na bok supermoce, a do głosu dochodziły czyste, ludzkie dramaty, trzymały mnie przed ekranem najmocniej. Butcher, rozdarty między resztkami swojego człowieczeństwa a destrukcyjną nienawiścią, oraz Hughie, wciąż próbujący być moralnym kompasem tej grupy, stworzyli niesamowity duet, którego finał po prostu musiał boleć. Ich pożegnanie to jeden z najbardziej emocjonalnych momentów, jakie widziałem w telewizji w ostatnich latach.

Jako widz doceniam również niesamowitą odwagę scenarzystów w serwowaniu satyry. Piąty sezon bezlitośnie uderza w mechanizmy, które doskonale znamy z naszych codziennych wydań wiadomości: manipulację strachem, tworzenie alternatywnych rzeczywistości przez media społecznościowe i rodzenie się niebezpiecznych kultów jednostki. Oglądając niektóre sceny z udziałem zaślepionych zwolenników Vought, łapałem się na myśli, że to wcale nie jest fikcja, a jedynie lekko podkręcony reportaż z dzisiejszego, skrajnie spolaryzowanego świata.

Zachwyciła mnie też strona realizatorska, która w piątym sezonie wspięła się na wyższy poziom. Potyczki, efekty gore oraz finałowe starcia dostarczyły mi dokładnie tego, czego oczekiwałem po maratonie z tym tytułem - bezkompromisowego i niezwykle dynamicznego spektaklu. Twórcy nie szczędzili budżetu na widowiskowe sekwencje demolki, które jednak nigdy nie przesłoniły samej opowieści.

Ogromnym zastrzykiem energii było dla mnie ponowne pojawienie się na ekranie Soldier Boya. Jensen Ackles ma w sobie tak magnetyczną charyzmę, że każda scena z jego udziałem kradła show. Jego surowa, staroszkolna i do szpiku kości toksyczna brutalność idealnie współgrała z dynamiką finałowych odcinków, wprowadzając do ułożonego planu gry pożądany element chaosu.

Coś nie zagrało...

Nie mogę jednak udawać, że piąty sezon to dzieło pozbawione skaz - muszę rzucić na stół kilka poważnych zarzutów. Największym grzechem tej serii jest dla mnie jej potworna, momentami wręcz prostacka łopatologiczność. O ile we wcześniejszych latach aluzje polityczne były serwowane z pewnym humorem, ironią i wyczuciem, o tyle tutaj twórcy momentami uderzali mnie publicystyką prosto w twarz z subtelnością młota pneumatycznego.

Ta dosłowność i brak jakichkolwiek niedomówień momentami zabijały klimat, ocierając się o tanią prowokację i autoparodię. Odnosiłem wrażenie, że scenarzyści momentami bardziej chcieli wykrzyczeć swoje prywatne frustracje na temat realnego świata, niż pisać spójną opowieść o superbohaterach. Niektóre dialogi brzmiały tak, jakby zostały żywcem skopiowane z internetowych kłótni na Twitterze, co psuło immersję.

Kolejnym problemem, który mocno rzucał mi się w oczy, było bardzo rwane tempo prowadzenia fabuły. Niektóre odcinki dłużyły się niemiłosiernie, wypełnione po brzegi mało istotnymi wątkami obyczajowymi, by potem w ciągu ostatnich dziesięciu minut nagle przyspieszyć do granic możliwości i porzucić zaczęte przed chwilą tematy. Dobrze to sygnalizuje wyprawa po V1 do fortu, gdzie testowano na wielu okazach. Ta nierówność sprawiała, że trudno było mi wpaść w odpowiedni rytm oglądania.

Co więcej, samo zakończenie pozostawiło we mnie spory niedosyt. Miałem wrażenie, że scenarzyści w pewnym momencie przestraszyli się własnej odwagi i zamiast potężnego, bezwzględnego uderzenia w splot słoneczny, zaserwowali nam rozwiązania odrobinę zbyt ugrzecznione, wręcz asekuracyjne. Liczyłem na coś więcej, a otrzymałem finał, który zbyt mocno starał się zadowolić wszystkich.

Mimo tych ewidentnych minusów, potknięć scenariuszowych i momentów, w których czułem, że cała produkcja łapie poważną zadyszkę, ostateczny bilans wychodzi na potężny plus. Nadrobienie całego The Boys i zamknięcie tej historii w jednym, intensywnym ciągu było dla mnie niesamowitym doświadczeniem. Serial ten udowodnił, że można opowiadać o superludziach bez komiksowej dziecinady, infantylnej powagi i taniego moralizatorstwa.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źrodeł Google
Źródło: Opracowanie własne
Mateusz Wróbel Strona autora
Na pokładzie PPE od połowy 2019 roku. Wielki miłośnik gier wideo oraz Formuły 1, czasami zdarzy mu się sięgnąć również po jakiś serial. Uwielbia gry stawiające największy nacisk na emocjonalną, pełną zwrotów akcji fabułę i jest zdania, że Mass Effect to najlepsza trylogia, jaka kiedykolwiek powstała.
cropper