Wróciłem do klasyka po latach i dostałem obuchem nostalgii. Dalej robi robotę!

Wróciłem do klasyka po latach i dostałem obuchem nostalgii. Dalej robi robotę!

Kajetan Węsierski | Dzisiaj, 14:00
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źrodeł Google

Powroty do klasyków są trochę jak otwieranie starej szuflady, o której niby pamiętaliśmy, ale dawno przestaliśmy sprawdzać, co naprawdę jest w środku. Człowiek odpala grę po latach z lekkim dystansem, może nawet z odrobiną niepokoju, bo przecież pamięć potrafi robić z pikseli marmur, a z prostych mechanik coś, co w głowie urosło do rangi świętości. I wtedy przychodzi ten moment. Menu, pierwsze dźwięki, znajomy ekran, ten sam klimat - i nagle nostalgia wali obuchem prosto między oczy.

Prawdziwe zaskoczenie zaczyna się wtedy, gdy po kilku minutach człowiek orientuje się, że ta gra nie jedzie wyłącznie na sentymencie. Że pod kurzem, starymi rozwiązaniami i technicznymi zmarszczkami nadal siedzi coś, co po prostu działa. Wiecie - czasem wracamy do klasyka, żeby przez chwilę poczuć się jak dawniej, a kończymy z bardzo niewygodną myślą, że niektóre starsze gry nadal mają więcej charakteru niż połowa współczesnych produkcji z budżetem większym niż małe państwo.

Dalsza część tekstu pod wideo

GTA San Andreas…

Tak, to ten rodzaj gry, którego właściwie nie trzeba nikomu przedstawiać, ale i tak człowiek ma ochotę o niej gadać. Bo wystarczy wspomnieć Grove Street, rower, zielone bandany, kultowe juz „Ah shit, here we go again” i nagle w głowie odpalają się obrazki, których nie trzeba nawet specjalnie przywoływać. CJ wraca do Los Santos, rodzina się sypie, gang traci wpływy, a my po kilku minutach znowu jesteśmy w świecie, który niby ma już swoje lata, a dalej pachnie przygodą.

Najlepsze jest to, że San Andreas nigdy nie było tylko grą o jeżdżeniu samochodem i robieniu zadym. Jasne, można było ukraść furę, uciekać przed policją, skoczyć z dachu, wjechać czołgiem w korek i po pięciu minutach zapomnieć, po co właściwie uruchomiliśmy konsolę. Ale pod tą całą warstwą absurdalnej swobody siedziała historia o powrocie do domu, zdradzie, lojalności, biedzie, ambicji i próbie wyrwania czegoś dla siebie z miejsca, które bardzo łatwo człowieka mieli. Pompatycznie? Trochę, ale komu to przeszkadzało! 

Najpierw człowiek śmieje się z kanciastych modeli, prostych animacji i dialogów, które zna już prawie na pamięć, a potem nagle łapie się na tym, że znowu jedzie przez Los Santos bez celu, słucha radia i nie chce wyłączać gry. Niby wszystko jest stare. Niby widać, że technologia dawno pojechała dalej. Ale klimat? Ten dalej siedzi na miejscu pasażera, patrzy przez okno i przypomina, że niektóre gry starzeją się jak stare bluzy - może sprane, może nieidealne, ale człowiek nadal czuje się w nich jak u siebie.

Nieśmiertelność z Grove Street

San Andreas jest nieśmiertelne, bo dawało skalę, która w tamtym czasie wydawała się prawie bezczelna. Jedna gra, a w niej Los Santos, San Fierro, Las Venturas, wieś, pustynia, góry, autostrady, lotniska, siłownie, kasyna, fryzjerzy, tatuaże, randki, wojny gangów, szkoły jazdy i jeszcze masa głupot, które odkrywało się przypadkiem. To był świat, który wyglądał jak wielki plac zabaw, na którym ktoś zostawił nas samych. I pozwolił się bawić. Tylko tyle i aż tyle jednocześnie. 

Druga sprawa to osobowość. Ta gra ma jej tyle, że mogłaby rozdawać innym tytułom na kilogramy. Radio, reklamy, przechodnie, dialogi, misje, dzielnice, samochody, ubrania, nawet głupie wizyty w fast foodzie - wszystko tu jakoś zapadało w pamięć. Nie dlatego, że było najładniejsze albo najbardziej dopracowane na świecie, tylko dlatego, że miało własny smak. 

Nie bez znaczenia jest też to, że każdy miał w San Andreas swoją własną wersję przygody. Jeden pamięta głównie kody i latanie Hydrą nad miastem. Drugi - próby przejścia tej przeklętej misji z pociągiem. Trzeci - wojnę gangów, czwarty - tuning aut, piąty - szukanie tajemnic na pustyni i historie o UFO, które żyły własnym życiem na forach, podwórkach i w szkolnych rozmowach. Sami widzicie, ile tego jest. 

No i jest jeszcze CJ. Jego powrót na Grove Street miał odpowiednio wyważony ciężar, a droga od lokalnych porachunków do wielkiej, absurdalnej jazdy przez całe San Andreas dawała poczucie prawdziwej podróży. Dlatego ta gra dalej robi robotę. Nie tylko dlatego, że była przełomowa. Nie tylko dlatego, że wielu z nas grało w nią w odpowiednim momencie życia. Ale dlatego, że pod tym całym kurzem nadal działa magia świata, do którego człowiek wraca i po kilku minutach myśli: dobra, jeszcze jedna misja.

Podsumowanie

Można więc wrócić do GTA San Andreas po latach i bardzo szybko zobaczyć, gdzie czas zostawił swoje ślady. Modele postaci nie oszukają już nikogo, strzelanie bywa drewniane, sterowanie czasem przypomina rozmowę z kimś, kto słucha nas z opóźnieniem, a niektóre rozwiązania projektowe dzisiaj pewnie nie przeszłyby bez głośnego westchnienia. Ale to wszystko przestaje mieć większe znaczenie, gdy człowiek znowu rusza z Grove Street, odpala radio i po kilku minutach czuje ten sam głód jazdy przed siebie. 

GTA San Andreas nie potrzebuje współczesnych fajerwerków, żeby przypomnieć, dlaczego kiedyś potrafiło pochłaniać całe popołudnia. Wystarczy kilka minut, znajoma ulica, pierwszy skradziony samochód i nagle człowiek znowu jest tam, gdzie zaczynało się tyle cyfrowych historii - na Grove Street, gdzie nostalgia nie pyta o pozwolenie, tylko od razu wciska gaz do dechy

Interesuje Cię ten tytuł? Sprawdź nasz poradnik do Grand Theft Auto: San Andreas.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źrodeł Google
Kajetan Węsierski Strona autora
Gry są z nim od zawsze! Z racji młodego wieku, dojrzewał, gdy zdążyły już zalać rynek. Poszło więc naturalnie z masą gatunków, a dziś najlepiej bawi się w FIFIE, produkcjach pełnych akcji oraz przygód, a także dziełach na bazie anime i komiksów Marvela. Najlepsza gra? Minecraft. No i Pajączek od Insomniac Games.
cropper