Morbius (2022)

Te filmy miały być hitami, a zostały memami. Kino bywa bezlitosne 

Kajetan Węsierski | Dzisiaj, 21:30
Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źrodeł Google

Kino uwielbia wielkie zapowiedzi. Te zwiastuny z muzyką tak podniosłą, jakby za chwilę miała rozstrzygnąć się przyszłość całej planety. Te plakaty z gwiazdami patrzącymi w dal, wywiady o „nowym otwarciu”, obietnice widowiska, które ma porwać tłumy, rozpocząć franczyzę, odbudować markę albo przynajmniej sprawić, że Internet przez tydzień będzie mówił tylko o jednym. A potem przychodzi premiera, światła gasną, widzowie siadają w fotelach i nagle okazuje się, że zamiast narodzin hitu oglądamy początek czegoś zupełnie innego. Nie legendy. Mema.

Jeśli coś pójdzie nie tak, publiczność bardzo szybko wyczuje krew. Wiecie - czasem wystarczy jedna fatalna scena, dziwny dialog, przesadzony efekt specjalny albo zbyt poważna mina w kompletnie absurdalnym momencie, żeby produkcja, która miała podbijać box office, zaczęła podbijać głównie TikToka, X i komentarze pełne złośliwych screenów. Miało być wielkie kino, a wyszedł materiał do przeróbek.

Dalsza część tekstu pod wideo

Morbius

Jared Leto, mroczniejszy klimat, antybohater z wampirycznym sznytem, komiksowe zaplecze i nadzieja, że po Venomie da się rozkręcić następne kinowe nazwisko. A potem Internet zrobił swoje. Zamiast emocji wokół wielkiego wejścia nowej postaci dostaliśmy „It’s Morbin’ Time”, żarty, przeróbki i jedną z najdziwniejszych sytuacji w historii współczesnego kina superbohaterskiego, gdy studio chyba trochę zbyt serio potraktowało ironiczne zainteresowanie. 

Madame Web

Na papierze wszystko miało jakoś pasować do większej układanki: kolejna postać z komiksowego zaplecza Spider-Mana, kobieca obsada, tajemnica, moce, wizje i obietnica rozszerzania uniwersum. W praktyce widzowie dostali film, który bardzo szybko stał się kopalnią niezręcznych dialogów, dziwnych decyzji fabularnych i scen sprawiających wrażenie, jakby ktoś po drodze zgubił kilka najważniejszych kartek scenariusza. Zresztą, kto oglądał, ten wie… 

Cats

Obsada była głośna, marka rozpoznawalna, a sam projekt wyglądał jak coś, co może albo zachwycić, albo przynajmniej zainteresować rozmachem. Tyle że gdy pokazano pierwsze materiały, świat zbiorowo zamarł. Te cyfrowe kocie twarze, dziwne proporcje, niepokojące ruchy i atmosfera czegoś, co istnieje gdzieś między Broadwayem, snem gorączkowym a technologicznym eksperymentem bez nadzoru, natychmiast odpaliły lawinę żartów. Cats nie zostało zapamiętane jako kinowy musical dekady - nie mam wątpliwości. 

The Flash

Powrót Michaela Keatona jako Batmana, podróże po multiwersum, wielkie emocje, reset, pożegnanie z jedną epoką DC i potencjalny most do kolejnej. Brzmiało jak coś, co powinno rozgrzać fanów do czerwoności, co nie? Problem w tym, że kiedy film wreszcie trafił do widzów, spora część rozmowy bardzo szybko skręciła w stronę efektów specjalnych, dziwnych cyfrowych twarzy i scen, które zamiast zachwytu wywoływały konsternację. Szczególnie finałowe multiwersalne zamieszanie stało się paliwem dla memów. 

Jupiter: Intronizacja

Po twórcach Matrixa zawsze oczekuje się czegoś dużego. Jupiter: Intronizacja miała więc wszystkie składniki na kosmiczny hit: rozmach, dziwne rody, wielkie imperia, efektowną oprawę, Milę Kunis, Channinga Tatuma z uszami kosmicznego wojownika i Eddiego Redmayne’a grającego tak, jakby każda kwestia była ostatnim tchnieniem umierającej planety. I właśnie ten nadmiar okazał się najciekawszy. Film nie stał się początkiem wielkiej serii science fiction, tylko dziwną, barokową ciekawostką, do której wraca się głównie po to, żeby sprawdzić, czy naprawdę była aż tak dziwna. 

Fantastyczna Czwórka

Fantastyczna Czwórka z 2015 roku miała być nowoczesnym, poważniejszym restartem jednej z najważniejszych drużyn Marvela. Internet szybko zapamiętał jednak nie tyle dramat bohaterów, ile dziwne peruki, nierówne efekty, ponury klimat i finał, który sprawiał wrażenie doklejonego do zupełnie innej produkcji. Miało być nowe otwarcie, a wyszedł jeden z najbardziej podręcznikowych przykładów komiksowego falstartu.

Batman i Robin

Mr. Freeze rzucający lodowe teksty, gumowe sutki na kostiumach, neonowy Gotham, kicz na pełnym gazie i atmosfera, jakby ktoś uznał, że subtelność jest wrogiem kina superbohaterskiego. Dziś ten film ma swój dziwny urok, bo bywa tak absurdalny, że trudno się na niego gniewać. Ale w momencie premiery był ciosem dla Batmana na dużym ekranie. Miał być efektownym blockbusterem, a stał się memem zanim jeszcze memy naprawdę rządziły Internetem.

Google Chcesz częściej widzieć nasze treści w Google? Dodaj do źrodeł Google
Kajetan Węsierski Strona autora
Gry są z nim od zawsze! Z racji młodego wieku, dojrzewał, gdy zdążyły już zalać rynek. Poszło więc naturalnie z masą gatunków, a dziś najlepiej bawi się w FIFIE, produkcjach pełnych akcji oraz przygód, a także dziełach na bazie anime i komiksów Marvela. Najlepsza gra? Minecraft. No i Pajączek od Insomniac Games.
cropper