Ta letnia premiera anime zrobiła na mnie spore wrażenia 

Ta letnia premiera anime zrobiła na mnie spore wrażenia 

Kajetan Węsierski | Wczoraj, 21:30

Letnie sezony anime mają to do siebie, że często wchodzę w nie z dość ostrożnym nastawieniem. Człowiek rzuca okiem na rozpiskę, wybiera kilka pewniaków, odkłada parę tytułów na „może kiedyś”, a potem i tak najbardziej potrafi zaskoczyć coś, co początkowo nie wyglądało jak obowiązkowy punkt programu. I właśnie z tą premierą miałem podobnie. Nie nastawiałem się na wielkie objawienie, nie odpalałem pierwszego odcinka z poczuciem, że za chwilę zobaczę nowego króla sezonu, a jednak bardzo szybko złapałem się na tym, że siedzę przed ekranem znacznie uważniej, niż planowałem.

Wystarczy kilka dobrze ustawionych scen, wyczuwalny klimat i to przyjemne wrażenie, że twórcy naprawdę wiedzą, jaki ton chcą osiągnąć. Wiecie - anime nie potrzebuje miliona fajerwerków, żeby zrobić dobre pierwsze wrażenie. Czasem wystarczy, że po odcinku człowiek nie tylko chce włączyć następny, ale też zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem właśnie nie trafił na jedną z ciekawszych niespodzianek lata.

Dalsza część tekstu pod wideo

Czarna Pochodnia

BLACK TORCH od pierwszego kontaktu wygląda jak seria, którą bardzo łatwo zaszufladkować. Młody bohater z nietypową zdolnością, nadnaturalne istoty z japońskiego folkloru, tajemniczy kot, nagłe zdobycie mocy i wejście w konflikt, który od dawna toczy się gdzieś poza wzrokiem zwykłych ludzi. Brzmi znajomo? Oczywiście. Anime przez lata przerobiło ten zestaw składników na dziesiątki sposobów, więc trudno udawać, że sama baza BLACK TORCH wywraca gatunek do góry nogami. A jednak nie każdy znajomy przepis musi od razu oznaczać nudne danie.

Najważniejszą postacią jest tu Jiro Azuma, chłopak wywodzący się z rodu shinobi i potrafiący komunikować się ze zwierzętami. Już sam ten szczegół nadaje mu trochę inny punkt startu niż typowemu shonenowemu bohaterowi, który po prostu chce być najlepszy, najsilniejszy albo najbardziej rozpoznawalny w całej okolicy. Jiro ma w sobie energię kogoś prostolinijnego, ale nie zupełnie pustego. Jest bezpośredni, reaguje instynktownie i szybko zostaje wciągnięty w świat, w którym jego dotychczasowe umiejętności przestają być ciekawostką, a zaczynają mieć bardzo konkretne znaczenie.

Cały haczyk opiera się oczywiście na spotkaniu z Rago, czarnym kotem będącym czymś znacznie bardziej niebezpiecznym niż zwykły zabłąkany zwierzak. To właśnie ten moment popycha historię w stronę walki z mononoke, organizacji zajmujących się nadnaturalnymi zagrożeniami i całej tej ukrytej warstwy świata, która w takich seriach zwykle czeka tylko na to, żeby bohater przypadkiem otworzył niewłaściwe drzwi. BLACK TORCH nie udaje, że wymyśla koło na nowo. Raczej bierze dobrze znany schemat i próbuje nadać mu odpowiednie tempo, charakter oraz odrobinę pazura.

Zaskoczenie

Tak, generyczność tej historii jest widoczna właściwie od razu. Da się wyczuć znajome tropy, da się przewidzieć kilka kierunków, da się wskazać elementy, które widzieliśmy już w innych shonenach o chłopakach wrzuconych w świat demonów, duchów albo tajnych organizacji. Tyle że pierwszy odcinek ma coś, czego nie da się zignorować: bardzo przyjemny rytm. Nie sprawia wrażenia, jakby przez dwadzieścia minut tłumaczył rzeczy, które można pokazać jedną sceną.

Dużo robi też sama energia. BLACK TORCH ma w pierwszym odcinku ten rodzaj bezpośredniości, który potrafi szybko złapać za kołnierz. Jest trochę humoru, jest nadnaturalny konflikt, jest bohater, którego da się polubić bez długiego przekonywania, i jest obietnica świata większego niż początkowa sytuacja. To może wydawać się niewielkie, ale w sezonie pełnym premier często właśnie takie pierwsze wrażenie decyduje, czy zostajemy na dłużej. 

Najbardziej podoba mi się jednak to, że pod tą warstwą dość klasycznego shonena czuć obietnicę jakości. Spokojną, wynikającą z tego, że twórcy wiedzą, gdzie postawić akcenty. Relacja Jiro z Rago może być sercem tej historii, starcia z mononoke mogą dać jej widowiskowość, a shinobi oraz ukryty konflikt ludzi z duchami mogą z czasem rozbudować świat w ciekawym kierunku. Pierwszy odcinek nie pokazał jeszcze wszystkiego, ale pokazał wystarczająco dużo, żebym poczuł, że to nie jest tylko kolejny tytuł do odhaczenia z letniej listy.

Reasumując...

BLACK TORCH nie wchodzi w sezon jako produkcja kompletnie świeża i trudna do porównania z czymkolwiek innym. Wręcz przeciwnie - jej fundamenty są znajome, miejscami wręcz bardzo klasyczne, a niektóre rozwiązania od razu przywołują skojarzenia z innymi historiami o bohaterach, którzy nagle trafiają do większego, brutalniejszego świata. Ale nie zawsze trzeba uciekać od schematów. Czasem wystarczy mieć tempo, bohatera z charakterem, dobrą dynamikę i poczucie, że seria wie, czym chce być.

Po pierwszym odcinku jestem więc ostrożnie, ale szczerze zaciekawiony. Nie dlatego, że BLACK TORCH już teraz wygląda na objawienie lata, tylko dlatego, że potrafiło mnie porwać mimo swojej przewidywalności. A to wcale nie jest mała rzecz. Jeśli kolejne odcinki utrzymają energię startu, rozwiną relację Jiro i Rago, a przy okazji dorzucą mocniejsze konflikty oraz ciekawszych przeciwników, może się okazać, że pod dość znajomą skorupą siedzi jedna z przyjemniejszych niespodzianek sezonu.

Kajetan Węsierski Strona autora
Gry są z nim od zawsze! Z racji młodego wieku, dojrzewał, gdy zdążyły już zalać rynek. Poszło więc naturalnie z masą gatunków, a dziś najlepiej bawi się w FIFIE, produkcjach pełnych akcji oraz przygód, a także dziełach na bazie anime i komiksów Marvela. Najlepsza gra? Minecraft. No i Pajączek od Insomniac Games.
cropper