Śmierć wydań fizycznych i początek najgorszej ery dla branży gier wideo. Przeżyją tylko blockbustery?
Branża gier wideo nieuchronnie zbliża się do krawędzi, za którą czeka nas całkowita cyfryzacja i ostateczna utrata kontroli nad kupowanymi produktami.
Decyzja o rezygnacji PlayStation Studios z tradycyjnych nośników Blu-ray na rzecz plastikowych pudełek z papierowym świstkiem zawierającym kod aktywacyjny to nie jest zwykła korporacyjna korekta. To oficjalny pogrzeb pewnej epoki i ostateczne domknięcie procesu, który od lat wisiał nad konsolowym rynkiem niczym wyrok. To chwila, w której fizyczna kolekcja na półce przestaje być symbolem pasji, a staje się jedynie reliktem przeszłości.
Ta destrukcyjna lawina nie ruszyła jednak sama z siebie. Tak jak na początku obecnej generacji konsol wydawnictwo Take-Two wyznaczyło nowy, wyższy standard cenowy, błyskawicznie podnosząc koszt premierowych hitów, tak teraz ta sama firma uruchomiła kolejny niebezpieczny mechanizm.
Wprowadzenie wyłącznie kodów cyfrowych do wydań pudełkowych wyczekiwanego megahitu zapoczątkowało precedens, który dla gigantów pokroju Sony stał się idealnym pretekstem do wdrożenia radykalnych kroków. Skoro najwięksi gracze na rynku udowadniają, że fizyczny dysk jest zbędnym kosztem, to całkowite porzucenie produkcji płyt staje się dla korporacji oczywistym krokiem biznesowym.
Konsekwencje tego kroku będą dla całego ekosystemu opłakane. Można być absolutnie pewnym, że śladem Sony i Take-Two błyskawicznie podążą kolejni wielcy wydawcy, co postawi konsumentów w skrajnie niekorzystnej sytuacji.
Jakoś to (nie) będzie, prawda?
Na komputerach osobistych pełna cyfryzacja przetrwała i rozwinęła się głównie dzięki zdrowej konkurencji między platformami takimi jak Steam, Epic Games Store czy GOG, co wymusza regularne i głębokie promocje. Na konsolach sytuacja wygląda zupełnie inaczej - eliminacja fizycznych nośników oznacza śmierć rynku wtórnego, brak możliwości odsprzedaży i pełen monopol cyfrowego sklepu danej platformy, który będzie mógł dyktować astronomiczne, niepodlegające wolnorynkowej weryfikacji ceny.
Taki układ sił uderzy rykoszetem przede wszystkim w segment gier średnich oraz mniejszych. Przeciętny posiadacz konsoli bez większego wahania wyda pełną kwotę na absolutne blockbustery, wokół których budowany jest potężny marketing - Grand Theft Auto, The Last of Us, God of War, Wiedźmin i tak dalej.
Jednak w świecie pozbawionym fizycznych wydań i możliwości szybkiego zakupu z drugiej ręki, zainteresowanie mniejszymi, ambitnymi tytułami drastycznie spadnie. Gracze zrezygnują z ryzykowania sporych sum na nieznane marki, co bezpośrednio przełoży się na katastrofalne wyniki finansowe mniejszych deweloperów, a w konsekwencji doprowadzi do kolejnej, gigantycznej fali zwolnień i masowego zamykania niezależnych studiów. Gorzej być nie mogło...
W tych nowych, drapieżnych realiach przetrwają wyłącznie najpotężniejsze, nietykalne marki. Tytuły takie jak nadchodzące wielkie premiery ze stajni Rockstar, CD Projekt RED czy flagowe hity od Naughty Dog i Santa Monica Studio obronią się samą swoją skalą i statusem popkulturowych fenomenów. To niezwykle smutna wizja dla branży, która przez dekady rozwijała się dzięki różnorodności i odwadze mniejszych twórców. Zamiast bogatego rynku, zmierzamy w stronę zmonopolizowanego krajobrazu, w którym konsument zostanie sprowadzony do roli bezwolnego subskrybenta, całkowicie zależnego od humoru i polityki cenowej kilku korporacji.
Szczególnie boleśnie odczujemy to na rodzimym rynku. W Polsce kultura kupowania gier w pudełkach, ogrywania ich i szybkiej wymiany lub odsprzedaży, by sfinansować kolejny zakup, jest niezwykle silna i pozwala wielu osobom na bieżąco uczestniczyć w tym hobby. Trudno wyobrazić sobie sytuację, w której większość graczy bez mrugnięcia okiem zaakceptuje narzuconą cyfryzację i zacznie masowo kupować nowości wyłącznie w oficjalnych sklepach Sony czy Microsoftu.
Przeczytaj również
Komentarze (55)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych