Wiedźmin od Netflix - skoro miało być tak dobrze, dlaczego było tak źle?
Na papierze wszystko się zgadzało aż za dobrze. Wielka marka, świat kochany przez miliony ludzi, ogromny potencjał na mroczne fantasy z prawdziwego zdarzenia i jeszcze ten bardzo kuszący obraz serialu, który wreszcie miał zrobić z Wiedźminem to, na co ten świat zwyczajnie zasługiwał. Trudno było nie uwierzyć, że Netflix trzyma zwyczajnie zasługiwał. Trudno było nie w rękach coś wyjątkowego. Zwłaszcza że mówiliśmy przecież o uniwersum gotowym, gęstym, pełnym charakterystycznych postaci, politycznych napięć i historii, które aż prosiły się o mocną ekranizację.
A jednak im dłużej to trwało, tym wyraźniej coś zaczynało się rozjeżdżać. Nie w jednym punkcie, nie przez jedną decyzję i nie przez pojedynczy słabszy odcinek, tylko dużo szerzej. Serial, który miał być dla fantasy jednym z najważniejszych telewizyjnych wydarzeń, coraz częściej budził raczej frustrację niż zachwyt. I właśnie to jest w tym wszystkim najciekawsze. Bo skoro warunki startowe były tak dobre, skoro materiał źródłowy dawał tyle możliwości, a oczekiwania nie wzięły się znikąd, to naprawdę warto zadać sobie jedno pytanie - jakim cudem poszło to w aż tak niewygodną stronę?
Miało być dobrze
Na starcie naprawdę łatwo było w to wejść. Nie tylko dlatego, że Wiedźmin sam w sobie ma potężną markę, ale dlatego, że wszystko wyglądało jak układ idealny. Świat Sapkowskiego od dawna aż prosił się o duży serial fantasy - nie taki grzeczny, nie taki wygładzony, tylko brudniejszy, bardziej gorzki, z potworami, polityką i bohaterami, którzy częściej podejmują złe decyzje, niż wygłaszają wielkie przemowy o przeznaczeniu.
Ludzie liczyli też na coś jeszcze - na ekranizację, która wreszcie zrozumie, że siła tego uniwersum nie kończy się na samym Geralcie i kilku znanych nazwach. Chodziło przecież o cały ten klimat pogranicza baśni i błota, o dialogi, o moralny syf, o świat, w którym nawet najprostsze wybory potrafią zostawić po sobie paskudny ślad. W najlepszym możliwym scenariuszu ten serial miał być produkcją, która naprawdę wykorzysta to, jak bardzo inny jest Wiedźmin od większości podobnych historii.
No i był jeszcze ten bardzo prosty rodzaj nadziei, że skoro materiał źródłowy jest tak mocny, to wystarczy go po prostu dobrze podać. Nie wymyślać go od nowa. Nie poprawiać na siłę. Nie udawać, że największą zaletą świata Sapkowskiego jest to, jak łatwo można go przerobić pod aktualne telewizyjne mody. Właśnie na to liczyło mnóstwo ludzi - na pewność ręki, na wyczucie tonu, na serial, który zrozumie, że czasem największym talentem adaptacji nie jest błyszczeć własną przebiegłością.
A było źle…
Największy problem polegał chyba na tym, że ten serial bardzo szybko zaczął sprawiać wrażenie produkcji, która nie do końca wie, co właściwie chce. Zamiast wejść głęboko w charakter tego świata, coraz częściej wyglądał tak, jakby brał z niego pojedyncze elementy i sklejał je po swojemu, licząc, że sam szyld wystarczy za resztę. A nie wystarczył. Bo Wiedźmin bez odpowiedniego tonu, bez ciężaru rozmów, bez tej charakterystycznej mieszanki ironii, brudu i ludzkiej małości zaczyna być tylko zbiorem znajomych nazw wrzuconych do coraz bardziej chwiejnej konstrukcji.
Do tego doszło coś jeszcze gorszego - coraz wyraźniejsze gubienie sensu w samym opowiadaniu historii. Nie chodzi nawet o to, że serial odszedł od książek, bo dobre adaptacje czasem odchodzą i potrafią się obronić. Chodzi o to, że tutaj zbyt często nie było czuć, po co pewne rzeczy w ogóle zmieniono. Zamiast większej klarowności pojawiał się chaos, zamiast mocniejszych relacji - dziwne skróty, a zamiast świata, który żyje własnymi napięciami - coraz częściej zbiór scen, które niby miały coś znaczyć, ale nie zawsze naprawdę niosły emocjonalny ciężar.
I właśnie dlatego to tak duży zawód. Nie dlatego, że serial był po prostu przeciętny. Przeciętne rzeczy się ogląda, wzrusza ramionami i idzie dalej. Tutaj boli co innego - świadomość, jak wiele dało się z tego zrobić. Jak ogromny był potencjał. Jak blisko było do produkcji, która mogła stać się jednym z najważniejszych seriali fantasy swojego czasu, a zamiast tego coraz częściej budziła irytację, znużenie i to bardzo nieprzyjemne uczucie, że ktoś dostał do ręki świetny materiał, po czym sam zaczął mu podstawiać nogę.
Podsumowanie
Najbardziej szkoda mi w tym wszystkim nie nawet konkretnych wątków, postaci czy zmarnowanych scen, ale samego faktu, że ten serial tak długo wyglądał jak projekt stworzony bez pełnego zrozumienia tego, co w Wiedźminie naprawdę najcenniejsze. Bo to nigdy nie była opowieść, która potrzebowała więcej ozdobników, więcej hałasu i więcej telewizyjnej pompy. Ona potrzebowała wyczucia. Tego jednego, bardzo trudnego talentu, by wiedzieć, gdzie przycisnąć mocniej, a gdzie po prostu pozwolić temu światu mówić własnym głosem.
Dlatego właśnie tak trudno patrzeć na netflixowego Wiedźmina wyłącznie jak na jeszcze jedną nieudaną adaptację. To raczej przykład wyjątkowo bolesnego rozminięcia się potencjału z wykonaniem. Gdzieś po drodze naprawdę dało się z tego zrobić coś wielkiego. Coś, co nie tylko dobrze wyglądałoby na plakacie, ale też zostawałoby z widzem na długo. Zamiast tego został serial, przy którym coraz częściej wraca jedna myśl - skoro materiał wyjściowy dawał aż tyle, to naprawdę trzeba było się postarać, żeby skończyć z aż takim niedosytem.
Przeczytaj również
Komentarze (7)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych