Od tego zależy przyszłość Gwiezdnych Wojen. Jeden ruch może wszystko uratować
Cudu nie było. “Mandalorian i Grogu” stał się najmniej dochodową produkcją ze świata Gwiezdnych Wojen, dobitnie potwierdzając, że franczyzna znalazła się w bardzo trudnym położeniu. Jak wyjść z impasu?
Nie zgodzę się z tezą, że Disney całkowicie pogrzebał Gwiezdne Wojny. Ostatni sezon “Wojen klonów”, a nade wszystko rewelacyjne “Andor” oraz “Maul - Mistrz Cienia” bardzo skutecznie walczą z takim spłyceniem tematu. Filmowo też bywało nieźle, głównie za sprawą “Łotra 1”, ale też “Solo” i - co z pewnością dla wielu osób bardzo kontrowersyjne - “Ostatniego Jedi”. Problem w tym, że lista rzeczy wypuszczonych przez Disneya jest znacznie dłuższa. I nie brakuje na niej spektakularnych pomyłek.
O ile jednak kolejne potknięcia serialowe przechodziły bez większego echa lub przywiązywano szczególną uwagę do produkcji pokroju “Akolity” (swoją drogą przechodzącego teraz swoisty renesans), zamiast przyjrzeć się dramatycznemu regresowi “Mandaloriana” czy też ogólnej jakości “Księgi Boby Fetta”, o tyle problem tkwił w kinach. Epizody VII i VIII zebrały mieszane recenzje, ale przynajmniej nieźle zarobiły. Epizod IX zaś, do końcówki maja będący ostatnią z kinowych produkcji gwiezdno wojennych, tylko nieznacznie przekroczył miliard, a nade wszystko został niebezzasadnie uznany najgorszym filmem całej franczyzy.
Przez kolejne siedem lat Gwiezdne Wojny omijały wielkie ekrany, a kurz, jak się wydawało, zdołał opaść. Były podstawy, aby fani walili na sale drzwiami i oknami, aby podsycić ten głód, który sympatycy marki musieli przecież odczuwać. Powrót Gwiezdnych Wojen powinien być triumfalny, wielki, spektakularny, zamaszysty, co skutecznie pokazało “Przebudzenie mocy”. Film, abstrahując od jakości, ciekawy, wzbudzający dyskusję, efektowny. Zamiast jednak produkcji jakkolwiek porównywalnej, dostaliśmy “Mandaloriana i Grogu”.
Film starano się promować, ciekawe akcje sięgnęły nawet Polski ze szczególnym uwzględnieniem Krakowa, gdzie jedną z restauracji przerobiono na kantynę, ale tłumów nie dało się oszukać. Kolejne przygody Mandaloriana i “Baby Yody” - nawet jeśli ten drugi to obok Dartha Vadera najbardziej rozpoznawalna postać kanonu - nie interesują nikogo. Najnowsza produkcja nie przeskoczy nawet “Solo”, ba, w okresie swojej premiery została rozjechana walcem przez szalejącą “Obsesję”. Od art-housowego horroru odróżnia ją nie tylko wynik finansowy, ale też jakość. Bo nowe Gwiezdne Wojny są po prostu dramatycznie słabe i nieangażujące.
Disney, jeśli faktycznie zależy mu na wyjściu z dołka, musi skręcić w inną stronę. Gdzie szukać ratunku?
Krok do przodu
Najbardziej oczywiste rozwiązanie to popchnięcie uniwersum do przodu. Tworzenie spójności i wplatanie wydarzeń pomiędzy kolejnymi epizodami nie wychodzi najlepiej, a ludzie potrzebują nowych Gwiezdnych Wojen. Z silnymi bohaterami, stawką. Nie mówmy, że to nie do zrobienia. Nowa trylogia wykreowała kilka intrygujących postaci na czele z Kylo Renem. Teraz należy opowiedzieć ciąg dalszy historii urwanej w 2019 roku.
Pytanie tylko, na kim oprzeć narrację. Rey Skywalker-Palpatine wzbudza raczej negatywne nastroje, a to właśnie jej miała być poświęcona dziesiąta już część uniwersum. Można jednak potraktować Rey jako punkt startowy, a następnie odbić w zupełnie inne rejony. Zrobiono tak przecież, całkiem udanie, z Hanem, Leią oraz Lukie’em. Dziesiąty epizod to również szansa na to, aby Grogu wreszcie dojrzał. Przedstawiciel rasy Yody pozostaje dzieckiem w najnowszym filmie, a w dziewiątym epizodzie się nie pojawia, co sugeruje, że również był zbyt młody na wzięcie aktywnego udziału w akcji. Pora to zmienić, charakterystyczny bohater nie może wiecznie tkwić w miejscu. Jego rozwój powinien zaowocować sporym zainteresowaniem. Nie oszukujmy się - większość dotychczasowego dorobku finansowego “Mando” to właśnie zasługa Grogu. Bez niego ten film obchodziłby jeszcze mniej ludzi.
Najważniejsze jednak pozostaje zatrudnienie odpowiedniego scenarzysty. Kogoś z otwartą głową, konkretnym skrupulatnym planem i warsztatem wystarczającym do opowiedzenia jakościowej historii. Tony’ego Gilroya, ale nowego.
Krok do tyłu
Inna opcja, również kusząca, zakłada oderwanie się od dotychczasowych produkcji, jednak w nieco odmienny sposób. Star Wars poszło już w tę stronę, w medium komiksowym oraz książkowym. Wielkim powodzeniem cieszy się seria Wielka Republika. Opowiada ona o szczytowym momencie w historii Jedi, akcja przebiega na 200 lat przed “Mrocznym widmem”. Nie pojawiają się tutaj bohaterowie znani z istniejących już filmów i seriali poza wyjątkiem pod postacią Yody.
Wielka Republika daje nadzieję na ukazanie prawdziwej mocy Jedi. Do tej pory użytkownicy Jasnej Strony Mocy byli pokazywani w mniejszych lub większych kryzysach, często funkcjonowali jako grupa niedorzeczna, głupia, podejmująca serię złych decyzji i dająca się wodzić za nos przeciwnikom. W starej trylogii znajdowali się w całkowitym odwrocie, w nowym nie było lepiej, dopiero wspomniana już Rey miała doprowadzić do odrodzenia. Wielka Republika inaczej ustawia siły, chociaż nie oznacza, że Jedi wygrywają bitwę za bitwą i wszystko robią dobrze. Wręcz przeciwnie - wciąż prześladują ich błędy oraz przeciwnicy inni niż dotąd zaprezentowani w kanonie.
Wątek Wielkiej został już wprowadzony za pomocą słabo przyjętej “Akolity”. Przy nieco lepszym podejściu do tematu, poważniejszym budżecie i bardziej dopracowanym scenariuszu ta historia ma potencjał, aby zachwycić odbiorców spragnionych “prawdziwych” Gwiezdnych Wojen. Jest nad czym pracować, projekt filmowej Wielkiej Republiki mógłby zostać rozpisany nawet nad kilkanaście lat. Cała seria obejmuje już osiem książek “dorosłych” oraz kilkanaście komiksów. Najlepsze zaś, że stoi na satysfakcjonująco wysokim poziomie i pozostaje najlepszym, co Marvel zrobił dla uniwersum. Materiał oryginalny trzeba oczywiście dobrze opracować, seria ma swoje dłużyzny, książki bywają sztucznie napompowane, ale “mięsa” wystarczy, aby wykarmić rzesze fanów.
Przeczytaj również
Komentarze (4)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych