Czy PlayStation Studios umiera? Po State of Play mam wniosek
Przez lata marka PlayStation kojarzyła się z bezwzględną dominacją na rynku gier wysokobudżetowych. Każda kolejna prezentacja japońskiego giganta była świętem, podczas którego gracze z zapartym tchem wyczekiwali rewolucyjnych zapowiedzi. Niestety, ostatnie State of Play bezlitośnie obnażyło kryzys tożsamości, w jakim od dłuższego czasu znajduje się PlayStation Studios. Zamiast potężnych, rozpalających wyobraźnię premier, otrzymaliśmy pokaz, który każe zadać bardzo bolesne pytanie: czy złota era wewnętrznych studiów Sony właśnie dobiega końca? Wszystko wskazuje na to, że tak.
Największym problemem jest potworna, wręcz niepokojąca cisza ze strony kluczowych twórców, którzy przez dekady budowali potęgę tej platformy. Od lat nie słyszymy absolutnie nic konkretnego o nowych, autorskich projektach wizjonerów branży. Najlepszym symbolem tej zapaści jest legendarne studio Naughty Dog. Twórcy The Last of Us i Uncharted od sześciu długich lat nie wydali żadnej nowej, wielkiej gry single-player. Cały ich potencjał został bezpowrotnie zmarnowany przez błędną decyzję o stworzeniu sieciowych Frakcji - gigantycznego projektu live-service, który po latach pracy został całkowicie skasowany, pozostawiając studio z pustymi rękami.
Ta bezmyślna pogoń za grami-usługami okazała się zresztą gwoździem do trumny dla całej korporacji. Sieciowe produkcje, w które Sony pompowało setki milionów dolarów, zaliczyły spektakularne, historyczne wręcz porażki. Projekty takie jak Marathon czy Concord odniosły wizerunkowe i komercyjne fiasko, udowadniając, że mechaniczne kopiowanie trendów nie wystarczy, by przyciągnąć do ekranów współczesnego, wymagającego gracza.
W tym krajobrazie porażek majaczy jeszcze Break In - jedyna nowa gra sieciowa w portfolio, która o dziwo w ogóle nie została przedstawiona na ostatnim wydarzeniu. Taki brak promocji rodzi uzasadnione obawy, że projekt ten zmierza ku kolejnej wielkiej katastrofie. Z drugiej strony, być może te wieloosobowe napady będą miały w sobie jakiś unikalny pierwiastek, który zdoła w jakikolwiek sposób zachęcić graczy do wspólnej zabawy. Na ten moment są to jednak wyłącznie pobożne życzenia, a brak obecności gry na tak ważnym pokazie mówi sam za siebie.
Monotonia?
Nawet tam, gdzie teoretycznie powinniśmy świętować, pojawia się nuta monotonii. Ekipa z Sony Santa Monica przez aż cztery lata tworzyła God of War Laufey. Okazuje się, że wizualnie i mechanicznie wygląda ona bardzo podobnie do ostatnich dwóch odsłon serii. I choć dla wielu może to być powód do narzekań, w gruncie rzeczy nie ma w tym nic złego. Sam uwielbiałem Ragnarok i szczerze mam nadzieję, że Laufey zaoferuje równie wspaniały, otwarty świat wypełniony masą angażujących aktywności, bo to właśnie ten format stanowi obecnie o sile marki God of War. Nie da się jednak ukryć, że to bezpieczny sequel/spin-off, a nie rewolucja.
Prawdziwym rozczarowaniem pokazu okazał się natomiast Marvel’s Wolverine. Gra, która miała być mrocznym, brutalnym hitem, w moich oczach jawi się po prostu jako nieco krwawsza i brutalniejsza wersja Spider-Mana. Zaprezentowane fragmenty nie zaintrygowały mnie w żaden sposób, a co gorsza, w wielu momentach produkcja ta wyglądała po prostu słabo i archaicznie. Zamiast unikalnego klimatu dostaliśmy kolejną kalkę schematów z uniwersum Marvela, na którą nie mam najmniejszej ochoty.
Na sam koniec trzeba postawić niezwykle ważne i niepokojące pytanie: gdzie w tym wszystkim podziało się Bend Studio? Twórcy niezwykle niedocenianego Days Gone wydali swoją ostatnią grę aż siedem lat temu. Od tamtej pory słuch po nich zaginął, a fani z niepokojem zastanawiają się, co właściwie dzieje się za zamkniętymi drzwiami tego zespołu i czy ich kolejny projekt nie podzielił losu skasowanych gier sieciowych. Nie spotkał ich los Bluepoint Games, już zamkniętych deweloperów stojących za remake'em Demon's Souls, ale... ta cisza jest po prostu niepokojąca.
Jedynym, autentycznym jasnym punktem i ogromnym zaskoczeniem całego State of Play okazała się zapowiedź Until Dawn 2. Gra powstaje i na zaprezentowanych materiałach wygląda po prostu fenomenalnie, przywracając wiarę w to, że Sony pamięta jeszcze o swoich filmowych, narracyjnych korzeniach.
To jednak za mało, by uratować honor całej korporacji. Jeśli PlayStation Studios chce utrzymać koronę, musi natychmiast porzucić marzenia o sieciowych klonach i wrócić do tego, co zawsze potrafiło najlepiej - bezkompromisowych, fabularnych przygód dla jednego gracza. W przeciwnym razie, zmierzch tej potęgi nastąpi szybciej, niż nam się wydaje.
Przeczytaj również
Komentarze (62)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych