Graliśmy w Rayman Legends: Retold - wszystko fajnie, tylko tak właściwie dla kogo powstaje ten remake?
Rozmyślając nad obecną kondycją współczesnego gamingu, a zwłaszcza francuskich deweloperów, trudno nie odnieść wrażenia, że dawni giganci szukają dziś rozpaczliwego ratunku w recyklingu dawnych hitów. Firma przechodzi obecnie bardzo bolesną restrukturyzację i falę masowych zwolnień, a najnowszym kołem ratunkowym ma być powrót do absolutnej klasyki w postaci Rayman Legends Retold. Miałem okazję pograć chwilę za zamkniętymi drzwiami i to moje przemyślenia.
Odnoszę wrażenie, że włodarze dwoją się i troją, aby na przedpremierowych pokazach przekonać nas, że to nie jest zwykły, wyrachowany skok na kasę, ale pełnoprawne odświeżenie kultowej produkcji z 2013 roku, przygotowane wspólnymi siłami przez studia z Montpellier i Mediolanu. Fundamentalne pytanie brzmi jednak, po co na nowo definiować coś, co w dniu swojej pierwotnej premiery ocierało się o gatunkowy absolut i do dziś jest w pełni grywalne.
Odpowiedzi na to pytanie musiałem poszukać podczas przedpremierowego, mocno limitowanego pokazu, który odpalono poprzez stream w rozdzielczości 1080p. Nie jest to moja ulubiona forma prezentowania nowych tytułów, ale nie będę wybrzydzać. Poczytajcie zatem, czy warto sięgnąć po Retold i jakie nowości szykowane są przez deweloperów.
Zacznijmy więc od aspektów technicznych, bo to w końcu remake
Z racji tej nieszczęsnej transmisji strumieniowej zamkniętej w sztywnych ramach rozdzielczości 1080p, ostateczną ocenę czystej jakości oprawy graficznej muszę pozostawić na czas premiery. Kompresja wideo skutecznie maskowała ewentualne technologiczne fajerwerki. Niemniej jednak, obraz był ładny, kolorowy i z pewnością nowoczesny, ale umówmy się – na ten moment nie wygląda to na tytuł, który urywa głowę i wyznacza nowe standardy w branży. To po prostu ładna, współczesna gra, co zresztą możecie zobaczyć po zamieszczonych w niniejszym tekście zdjęciach.
Skoro mowa o magii, musimy dotknąć kwestii kluczowej i najbardziej kontrowersyjnej, mianowicie przejścia z cudownego, płaskiego UbiArt Framework na potężny, trójwymiarowy silnik Snowdrop. Ten fundamentalny przeskok, znany choćby z serii The Division, w brutalny sposób odarł grę z jej unikalnego, baśniowego sznytu, zamieniając odręczną kreskę na pełne 3D z kamerą 2,5D. I tutaj z pełnym przekonaniem muszę podpisać się pod narzekaniami graczy, które zalały sieć po pierwszych zwiastunach - dlaczego Rayman ma teraz rozdzielone oczy?! Ten jeden, z pozoru drobny detal w architekturze twarzy bohatera psuje jego klasyczny urok, upodabniając go do taniej, plastikowej maskotki z dyskontu.
No dobra, ale musimy spojrzeć prawdzie w oczy i zastanowić się nad sensem biznesowym tego przedsięwzięcia. Wydawca promuje ten tytuł jako budowanie nowych fundamentów dla całej marki, ale wyceniona na blisko 180 zł nowość budzi naturalny sprzeciw portfela. Przypomnijmy, mówimy o grze z 2013 roku, która w swojej oryginalnej formie wciąż wygląda fenomenalnie, śmiga na dosłownie każdym sprzęcie i regularnie ląduje na wyprzedażach za równowartość dobrej kawy. Trzeba sporej dawki deweloperskiego tupetu, by wymagać od graczy ponownego zakupu de facto tej samej historii, okraszonej jedynie nowoczesnym silnikiem i kilkoma świeżymi dodatkami.
Na placu boju zostaje nam rdzeń rozgrywki, który po ponad dekadzie wciąż smakuje wybornie. Czuć tu ogromną erudycję twórców w projektowaniu architektonicznym poziomów, a dynamika platformowych ewolucji wciąż potrafi wywołać przyjemne wypieki na twarzy i syndrom "jeszcze jednej próby". Niezależnie od tego, czy sterujemy przeprojektowanym Raymanem, czy odświeżonym Globoxem, pędzenie przed siebie w rytm otoczenia daje mnóstwo czystej, zręcznościowej satysfakcji. To doskonały dowód na to, że genialny level design potrafi obronić się sam, bez względu na warstwę technologiczną, w którą zostanie ostatecznie opakowany.
Niestety, nowoczesny wizualny przepych silnika Snowdrop nie pozostał bez wpływu na elementarną czytelność rozgrywki, co w tym gatunku bywa grzechem głównym. Dynamiczna praca obiektywu, który teraz płynnie zbliża się i oddala, w połączeniu z mocno przepakowanymi detalami, trójwymiarowymi tłami sprawiają, że na ekranie regularnie gości chaos. W momentach wymagających precyzyjnych skoków na czas, cenne ułamki sekund uciekają na ocenę odległości głównej platformy od tętniącego życiem pierwszego planu. Zamiast skupić się na rytmie, mózg musi niepotrzebnie odfiltrowywać setki owadów, wolumetryczne dymy i zbędne przeszkadzajki wizualne, co skutecznie wybija z transu.
No ale... twórcy coś przecież dodali prawda? Aby osłodzić weteranom powrót na stare śmieci, Francuzi zaimplementowali w grze całkowicie świeże pomysły, na których czele stoi zaprojektowany od podstaw szósty świat o nazwie The Land of the Living Dead. To w dużej mierze niewiadoma, ale zaprezentowane urywki zdradzają spory potencjał, zwłaszcza dzięki nowej mechanice Fairy Radiance. To swoiste, kierunkowe snopy światła, którymi musimy operować by torować sobie drogę i zdejmować z otoczenia oraz przeciwników blokującą nas fioletową zarazę. Taki zabieg wprowadza odświeżającą warstwę taktyczną i zmusza do nieszablonowego planowania trasy.
Kolejną dużą nowinką, którą miałem okazję sprawdzić podczas sesji, są rozrzucone na mapie świata przejażdżki na oswojonych smokach. Te oskryptowane, celowniczkowe etapy na szynach, budzące bardzo ciepłe skojarzenia z kultowym Star Foxem, pełnią funkcję efektownych łączników między regionami i sprawdzają się w tej roli znakomicie. Omijanie dziesiątek przeszkód, wypluwanie serii ognistych kul by niszczyć ściany i błyskawiczne lawirowanie między kolumnami wprowadzają doskonały rytm. Stanowią one świetną, pompującą adrenalinę odskocznię od klasycznego skakania i pokazują, że deweloperzy wciąż mają w zanadrzu kilka udanych asów.
Zupełnie inaczej prezentuje się mocno rozbudowana i udźwiękowiona warstwa narracyjna, która jest ewidentnym ukłonem w stronę współczesnych standardów gier AAA. Solidne wprowadzenie mrocznego antagonisty, przerywniki filmowe i aktorstwo głosowe próbują tchnąć w to uniwersum nową, bardziej dojrzałą tożsamość. Problem polega na tym, że Rayman Legends nigdy nie potrzebował głębokiej fabuły, a urok oryginału polegał właśnie na umowności i niemym, absurdalnym humorze. Nowe wstawki angażują, ale trudno nie odnieść wrażenia, że to próba nadania produkcji wagi, której po prostu do szczęścia nie potrzebuje, nawet z doskonałymi aranżacjami powracającego Christophe'a Herala w tle.
Przechodząc do trybów wieloosobowych, wpadamy w klasyczną, branżową pułapkę niezrozumiałych decyzji deweloperskich. Gra oferuje znakomitą, lokalną kooperację dla maksymalnie czterech graczy, co z mojej perspektywy jest ogromnym plusem - to kapitalna wymówka, by usiąść na kanapie z padem w ręku i wspólnie z kumplami zaliczać kolejne zwariowane plansze, zwłaszcza w ulepszonym trybie Kung Foot Evo. Jednocześnie absolutnie kuriozalny jest brak wsparcia dla rozgrywki sieciowej, o której plotkowano od miesięcy. Wypuszczanie wysokobudżetowego remake'u bez pełnoprawnego trybu online to rynkowy strzał w kolano i niezrozumiałe marnowanie potencjału integracji ze znajomymi.
Premiera zaplanowana na 1 października sprytnie omija największe wydawnicze tuzy sezonu świątecznego. Tytuł trafi na komputery osobiste, obecną generację od Sony i Microsoftu, a także - co niezwykle istotne w kontekście platformówek - na Nintendo Switch 2. Twórcy zapowiadają bezlitosne celowanie w sztywne 60 klatek na sekundę na wszystkich platformach, co przy moim doświadczeniu z lagującym streamem pozostaje obietnicą, w którą po prostu chcę mocno wierzyć. Jeśli porty konsolowe dowiozą obiecaną płynność, sprzęt Ninny zyska kolejnego, mocnego zawodnika w walce o czas dojazdów do szkoły i pracy.
Czy zatem warto sięgnąć po Rayman Legends: Retold?
Zejście na ziemię po zamkniętym pokazie pozostawiło mnie z gigantycznym mętlikem w głowie. Z jednej strony otrzymujemy kompetentnie zrobioną, rzemieślniczo świetną adaptację arcydzieła, wzbogaconą o intrygujący szósty świat i genialne smocze etapy. Z drugiej jednak, ten projekt to podręcznikowy przykład bezpiecznego odcinania kuponów przez korporację, ubrane w kontrowersyjne, trójwymiarowe szaty i wycenione na kwotę budzącą wątpliwości. Ostateczny werdykt będę mógł wydać dopiero, gdy Rayman z rozdzielonymi oczami wyląduje natywnie na moim redakcyjnym dysku, ale na ten moment jest to powrót bardziej wymuszony księgowością niż artystyczną potrzebą dusz.
Przeczytaj również
Komentarze (19)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych