Obejrzałem serialowego Fallouta. To najlepsza produkcja związana z grami wideo?

Obejrzałem serialowego Fallouta. To najlepsza produkcja związana z grami wideo?

Mateusz Wróbel | Dzisiaj, 09:00

Gdy w kwietniu 2024 roku na platformie Amazon Prime Video zadebiutował pierwszy sezon serialowego Fallouta, świat zamarł w pełnym napięcia oczekiwaniu. Gracze, nauczeni latami bolesnych rozczarowań i bezdusznych hollywoodzkich adaptacji, przygotowywali się na najgorsze, nerwowo obgryzając paznokcie. Z kolei masowy widz liczył po prostu na solidne, postapokaliptyczne science-fiction.

To, co ostatecznie otrzymaliśmy, przerosło jednak najśmielsze oczekiwania obu tych grup. Twórcy nie tylko bezbłędnie uchwycili unikalnego ducha kultowej serii gier wideo, ale stworzyli dzieło, które z miejsca rzuciło wyzwanie dotychczasowym liderom ekranizacji. Czy to najlepsza produkcja związana z grami wideo w historii? Po seansie najnowszego, drugiego sezonu, odpowiedź na to pytanie wydaje się bardziej oczywista niż kiedykolwiek wcześniej.

Dalsza część tekstu pod wideo

Pierwsza seria rzuciła nas w samo serce spalonej słońcem, atomowej pustyni, genialnie przeplatając losy trzech skrajnie różnych postaci. Poznaliśmy naiwną Lucy MacLean, która opuściła bezpieczne schronienie Krypty 33, zderzając się z brutalną rzeczywistością powierzchni. Towarzyszył jej Maximus, rozdarty wewnętrznie giermek Bractwa Stali, oraz absolutna gwiazda show - Ghul, cyniczny łowca nagród, którego retrospekcje z czasów przed wojną odsłoniły przed nami kulisy powstania złowrogiej korporacji Vault-Tec. Ten miks humoru, makabrycznego gore oraz retrofuturystycznej estetyki retro-USA z lat 50. ubiegłego wieku stworzył fundament pod coś absolutnie wielkiego.

Jednak to, co wydarzyło się w niedawno zakończonym drugim sezonie, całkowicie zmieniło zasady gry. Jeśli pierwsza odsłona była genialnym wprowadzeniem do świata i bezpiecznym badaniem gruntu, to kontynuacja okazała się bezkompromisowym, jakościowym skokiem naprzód. Twórcy dostali wolną rękę, większy budżet i wyraźnie uwierzyli we własną wizję. Drugi sezon okazał się produkcją znacznie dynamiczniejszą, mroczniejszą i, co najważniejsze dla fanów czystej rozrywki, napakowaną bezkompromisową, widowiskową akcją od pierwszego do ostatniego odcinka.

Adrenalina na każdym kroku

Fallout
resize icon

Skupiając się na samej akcji, drugi sezon to prawdziwy rollercoaster adrenaliny, przy którym kinowe blockbustery mogą się schować. Pustkowia stały się jeszcze bardziej bezwzględne, a starcia frakcji nabrały niespotykanego dotąd, epickiego rozmachu. Przejmujące sekwencje bitewne z udziałem żołnierzy w pancerzach wspomaganych T-60 wgniatały w fotel, pokazując potęgę i ciężar tej ikonicznej technologii. Każda strzelanina, pojedynki z Ghulem czy brutalne starcia (nawet z Lucy w roli głównej) wręcz na arenie ruin Nowego Vegas zostały wyreżyserowane z niespotykaną precyzją, łącząc świetną choreografię z charakterystycznym dla gier, przerysowanym brutalizmem.

To, co najbardziej urzeka w scenach akcji, to fakt, że nie służą one jedynie bezmyślnej demolce. Każda potyczka ma swój cel, stawkę i genialnie wykorzystuje elementy otoczenia, które fani gier rozpoznają w lot. Kiedy na ekranie pojawiają się legendarne bestie Pustkowi, jak Deathclawy (Szpony Śmierci) czy wściekłe Cazadory, akcja balansuje na granicy widowiska i rasowego horroru. Sposób, w jaki bohaterowie muszą kombinować, by przeżyć starcie z tymi mutanckimi potworami, idealnie odzwierciedla emocje, jakie towarzyszyły nam podczas eksploracji cyfrowego świata Bethesdy i Obsidianu.

Prawdziwym sercem serialu, które winduje go na wyżyny sztuki adaptacji, jest jednak niesamowite nasycenie scenariusza najróżniejszymi smaczkami i easter eggami związanymi z grami. Twórcy nie traktują materiału źródłowego jak zła koniecznego - oni go wręcz celebrują. W drugim sezonie poziom detali wszedł na poziom wręcz neurotyczny. Od charakterystycznych dźwięków otwierania Pip-Boya, przez wszechobecne komiksy o Grognaku Barbarzyńcy, aż po kultowe napoje: Nuka-Cola i Sunset Sarsaparilla stojące na zardzewiałych ladach. Każdy kadr to małe dzieło sztuki, w którym ukryto coś dla wiernych fanów.

Niezwykle satysfakcjonujące są nawiązania do mechaniki samych gier, podane w bardzo nienachalny, wręcz genialny sposób. Widzimy, jak postacie leczą rany za pomocą Stimpaków, walczą z uzależnieniem od Jetu (Odlotu), a w krytycznych momentach akcji kadrowanie kamery subtelnie imituje kultowy system celowania V.A.T.S. Nawet rozwój bohaterów i ich specjalizacje przypominają klasyczny system S.P.E.C.I.A.L. - Lucy uczy się bezwzględnej charyzmy i przetrwania, podczas gdy Maximus polega bardziej n czystej sile pancerza. Oglądanie tego na ekranie sprawia, że jako gracz czuję się szanowany i w pełni rozumiany przez showrunnerów.

Warstwa fabularna drugiego sezonu to z kolei potężny list miłosny do fanów Fallout: New Vegas. Przeniesienie akcji do legendarnego, neonowego miasta na pustyni Mojave pozwoliło na bezpośrednie połączenie wątków z najlepszą, zdaniem wielu, grą z całej franczyzy. Intrygi polityczne wokół Republiki Nowej Kalifornii, powrót tajemniczego Pana House'a oraz losy walczących o wpływy gangów i kasyn stworzyły gęstą atmosferę, której nie powstydziliby się najlepsi scenarzyści RPG. To nie jest tania opowiastka oparta na marce - to pełnoprawna, kanoniczna kontynuacja tego uniwersum.

Najlepszy obecnie serial na podstawie gier?

fallout todd howard
resize icon

Patrząc obiektywnie na obecny krajobraz telewizyjny, trzeba to głośno i wyraźnie wyartykułować: Fallout to obecnie absolutnie najlepszy serial oparty na grach wideo, jaki kiedykolwiek powstał. Oczywiście, mieliśmy genialne, dojrzałe i niezwykle emocjonalne The Last of Us od HBO, które udowodniło, że gry potrafią opowiadać głębokie ludzkie dramaty. Jednak The Last of Us było niemal dosłownym przeniesieniem gotowego, filmowego scenariusza z gry. Fallout miał zadanie o niebo trudniejsze - musiał wziąć sandboksowy świat bez jednego głównego bohatera i stworzyć od zera nową, fascynującą historię, zachowując przy tym unikalny ton pierwowzoru. I zrobił to perfekcyjnie.

Ten bezprecedensowy sukces sprawia, że jako gracz i kinoman z zapartym tchem i olbrzymią nadzieją patrzę w przyszłość. Amazon Prime Video wyrasta na absolutnego monopolistę i boga ekranizacji gier wideo, udowadniając, że potrafi obchodzić się z trudnymi, wymagającymi uniwersami. Mając w pamięci to, jak spektakularnie poradzili sobie z postapokalipsą, osobiście wręcz nie mogę się doczekać, co ta platforma zrobi z zapowiedzianym serialem w świecie Mass Effecta. Kosmiczna operacja z tak głębokim lore i ikonicznymi rasami obcych to gigantyczne wyzwanie, ale Amazon udowodnił, że nie boi się wielkiej skali.

Równie potężne emocje budzi we mnie kolejna szykowana przez nich superprodukcja, czyli aktorski God of War. Historia Kratosa, jego brutalnej przeszłości w Grecji i trudnej, pełnej surowego klimatu relacji z Atreusem w mitologii nordyckiej, to gotowy materiał na wielosezonowy hit. Po tym, jak w Falloucie zobaczyliśmy, że Amazon potrafi idealnie zbalansować krwawą, bezwzględną akcję z głębokim rozwojem postaci i rodzinnymi sekretami, jestem dziwnie spokojny o losy Boga Wojny. Jeśli zachowają ten sam poziom pieczołowitości, czeka nas telewizyjne arcydzieło.

W tym samym czasie oczy wszystkich zwrócone są również na platformę Netflix, która po drugiej stronie barykady próbuje ugrać coś dla siebie, przygotowując własny, potężny projekt - aktorski serial Assassin's Creed. To uniwersum ma gigantyczny, niemal niewyczerpany potencjał: odwieczna walka Asasynów z Templariuszami, skoki w przeszłość za pomocą Animusa, parkour na dachach historycznych miast i spiski zmieniające bieg dziejów. Netflix staje przed szansą zmazania plamy po średnio udanym filmie kinowym z 2016 roku i musi podejść do tematu z taką samą powagą, z jaką Amazon podszedł do pustkowi.

Kończąc ten wywód, nie mam najmniejszych wątpliwości - serialowy Fallout postawił poprzeczkę tak wysoko, że od teraz każda kolejna produkcja związana z grami wideo będzie mierzona jego miarą. Pierwszy sezon nas zachwycił, ale to drugi, dzięki niesamowitej dawkowej akcji, głębszemu wejściu w lore i bezkompromisowej realizacji, udowodnił, że nie mamy do czynienia z jednorazowym przypadkiem, lecz z nowym królem telewizyjnych adaptacji.

Źródło: Opracowanie własne
Mateusz Wróbel Strona autora
Na pokładzie PPE od połowy 2019 roku. Wielki miłośnik gier wideo oraz Formuły 1, czasami zdarzy mu się sięgnąć również po jakiś serial. Uwielbia gry stawiające największy nacisk na emocjonalną, pełną zwrotów akcji fabułę i jest zdania, że Mass Effect to najlepsza trylogia, jaka kiedykolwiek powstała.
cropper