Avatar 4 i Avatar 5 to kwestia czasu? Cóż, jasne, ale robi się niebezpiecznie
Na papierze wszystko wciąż wygląda bardzo spokojnie. Avatar 4 i Avatar 5 mają przecież wyznaczone miejsca w kalendarzu - odpowiednio grudzień 2029 i grudzień 2031 - a sam James Cameron od dawna powtarza, że myśli o tej historii szerzej niż tylko w perspektywie jednej czy dwóch kolejnych wypraw na Pandorę. Problem polega jednak na tym, że im dalej ciągnie się taki plan, tym trudniej utrzymać wrażenie pełnej kontroli.
I tutaj robi się niebezpiecznie. Przy tak wielkiej marce skala zaczyna działać w dwie strony. Z jednej buduje legendę, z drugiej winduje ryzyko - zmęczenia, kolejnych przesunięć, a przede wszystkim momentu, w którym cała ta wielka wizja zacznie wyglądać bardziej jak odległy plan niż realnie domykana opowieść. Bo jasne, Avatar 4 i Avatar 5 wydają się kwestią czasu. Tyle że właśnie przy tak odległym horyzoncie czas przestaje być sprzymierzeńcem…
Pułapka czasu
Najprostszy problem widać już w samym kalendarzu. Pierwszy Avatar wszedł do kin w 2009 roku, Istota wody dopiero w 2022, Ogień i popiół w 2025, a kolejne części są dziś rozpisane na grudzień 2029 i grudzień 2031. To oznacza sagę rozciągniętą na ponad dwie dekady. Na papierze brzmi to jak gigantyczny plan. W praktyce coraz łatwiej zobaczyć w tym także ryzyko, że widz będzie wracał do Pandory bardziej z obowiązku pamiętania, niż z naturalnie podtrzymywanego napięcia.
Bo przy tak długiej serii chodzi o utrzymanie emocjonalnego ciągu. O to, by historia nie zaczęła przypominać projektu, który co kilka lat trzeba sobie na nowo przypominać, odświeżać i ponownie rozgrzewać. Im większe przerwy, tym większa szansa, że nawet ogromna marka zacznie tracić impet nie przez jeden zły ruch, ale przez zwykłe rozciągnięcie wszystkiego do granic wytrzymałości. Plan nadal robi wrażenie, tylko że plan i żywe zainteresowanie to nie zawsze to samo.
Pułapka wtórności
Drugi kłopot jest bardziej podstępny, bo na pierwszy rzut oka wygląda jak coś świeżego. Ogień i popiół dorzuciło przecież Ash People i Wind Traders, a więc znów rozszerzyło Pandorę o nowe klany, nowe zwyczaje i nowy wizualny język. Problem polega jednak na tym, że samo dokładanie kolejnych plemion nie może być już dziś traktowane jako wystarczający motor całej serii. Jeśli każda następna część ma działać według schematu „poznaj nową grupę Na’vi, nowy fragment świata i nowy konflikt”, wtedy bardzo łatwo wpaść w poczucie pięknej, ale jednak powtarzalnej konstrukcji.
Pandora wciąż jest ogromna, jasne, ale sama geografia przestaje wystarczać, jeśli nie idzie za nią równie wyraźna ewolucja opowieści. W pewnym momencie widz zaczyna pytać nie „co nowego zobaczymy?”, tylko „czy za tym nowym naprawdę stoi coś więcej niż kolejna odmiana tego, co już znamy?”. A to bardzo niewygodne pytanie dla serii, która tak długo budowała swoją siłę na odkrywaniu nieznanego. Bo kiedy mechanizm odkrycia staje się przewidywalny, nawet najładniej zaprojektowany świat może zacząć wyglądać jak coraz droższa wersja tej samej obietnicy.
Pułapka zalet
Przez lata największą bronią Avatara było to, że sam obraz potrafił wystarczyć za pół rozmowy. Pierwszy film działał jak pokaz możliwości kina na wielką skalę, a potem seria długo żyła również tym, że wizualnie wciąż stała o krok przed resztą. Tyle że dziś ta przewaga nie działa już tak bezdyskusyjnie. Nie dlatego, że Pandora nagle przestała wyglądać imponująco, ale dlatego, że widzowie przez te wszystkie lata obejrzeli już całe mnóstwo widowisk opartych na cyfrowym rozmachu, performance capture i technologicznej perfekcji.
Największa zaleta serii może zacząć działać słabiej, bo rynek zdążył się do niej przyzwyczaić. Piękno Pandory nie zniknie, tylko że przy czwartej i piątej części samo „to wygląda niesamowicie” może już nie wystarczyć, by wywołać ten sam efekt co kiedyś. A jeśli marka przez lata nauczyła widzów oczekiwać od siebie przede wszystkim technologicznego olśnienia, to w pewnym momencie bardzo łatwo wpaść w pułapkę, w której spektakl nadal trwa, ale przestaje naprawdę zaskakiwać.
Pułapka aktorów
Technologia potrafi w tej serii zrobić rzeczy imponujące, ale nawet James Cameron otwarcie mówił, że czasu nie da się całkiem oszukać. Właśnie dlatego część materiału z kolejnych filmów była kręcona wcześniej - Cameron nie chciał, by młodsi aktorzy przeszli efekt znany z innych długich franczyz, gdzie ekranowi nastolatkowie nagle zaczynają wyglądać, jakby przeskoczyli kilka etapów życia naraz. Sam fakt, że trzeba było planować to z takim wyprzedzeniem, pokazuje skalę problemu.
Tym bardziej że nie chodzi wyłącznie o dziecięcych bohaterów. Seria już dziś korzysta z ogromnych możliwości performance capture - do tego stopnia, że Sigourney Weaver, mając ponad siedemdziesiąt lat, gra nastoletnią Kiri. To dowód na siłę technologii, ale jednocześnie przypomnienie, że nawet najlepsze narzędzia nie wymazują całkiem świadomości upływu czasu wokół produkcji. Gdy saga trwa tak długo, wiek zaczyna pracować nie tylko na ekranie, ale też poza nim - w ciałach, głosach, energii i zwykłej fizycznej obecności ludzi, którzy mają tę historię nieść aż do samego końca.
Przeczytaj również
Komentarze (2)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych