Gwiezdne Wojny to ostatnio samo zło? Nie mogę się zgodzić...
Od pewnego czasu bardzo modne zrobiło się traktowanie Gwiezdnych wojen jak marki, przy której najlepiej odruchowo przewrócić oczami. Jedna słabsza produkcja, jeden nietrafiony pomysł, kilka głośniejszych rozczarowań i nagle w sieci zaczyna dominować narracja, że z tego świata już nic dobrego nie da się wycisnąć. Problem w tym, że to bardzo wygodny skrót, ale skrót mimo wszystko fałszywy. Zwłaszcza dziś, kiedy obok tytułów budzących sporo mieszanych reakcji istnieją też takie, które naprawdę przypominają, ile jeszcze można zrobić z tym uniwersum. O ile się je odpowiednio potraktuje.
I właśnie dlatego trudno mi zgodzić się z takim prostym, efektownym hasłem, że „Star Wars to ostatnio samo zło”. Jasne, łatwo wskazać rzeczy, które nie zadziałały tak, jak powinny, albo projekty, wokół których zrobiło się więcej hałasu niż faktycznego zachwytu. Tyle że obok nich wciąż pojawiają się produkcje pokazujące, że ten świat nie jest jeszcze wypaloną wydmuszką, tylko marką, która nadal potrafi znaleźć świeższy ton, inne tempo i nowy punkt ciężkości. Zresztą, chętnie to udowodnię!
Andor
Jeśli wskazywać produkcję, która po disneyowskim przejęciu Gwiezdnych wojen najmocniej udowodniła, że to uniwersum spokojnie unosi także bardziej przyziemny, polityczny i cięższy ton, to właśnie tutaj. Andor opowiada przecież nie o legendarnym Rycerzu Jedi ani o kolejnym wielkim wybrańcu, tylko o Cassianie Andorze i świecie, w którym rebelia nie rodzi się z heroicznych przemówień, lecz z brudu, strachu, kompromisów i bardzo powolnego dojrzewania do buntu.
A odbiór? Trudno o bardziej czytelny sygnał, że coś tu naprawdę zagrało. Pierwszy sezon ma dziś 96% od krytyków i 88% od widzów w rankingu Rotten Tomatoes, a drugi 97% i 89%, przy czym sam serwis nazywa go jednym z najlepszych telewizyjnych wejść w świat Star Wars. To raczej tytuł, który na serio zmienił sposób, w jaki część widzów zaczęła patrzeć na nową erę marki.
Rogue One: A Star Wars Story
A skoro Andor to i Rogue One, które bardzo długo funkcjonowało jako dowód na to, że poza główną sagą da się jeszcze zrobić coś świeżego, a jednocześnie mocno osadzonego w znajomym świecie. Film Garetha Edwardsa opowiada historię misji zdobycia planów Gwiazdy Śmierci, czyli wydarzenia, które wcześniej było dla wielu widzów głównie krótkim punktem wyjścia do klasycznego Nowej nadziei.
To, że film tak dobrze się przyjął, też nie jest przypadkiem. Rotten Tomatoes pokazuje dziś 84% od krytyków i 87% od widzów, a obraz pozostaje dość spójny - to był spin-off, który nie rozpadł się pod ciężarem własnych ambicji. W dodatku dla sporej grupy fanów do dziś pozostaje najmocniejszym kinowym ruchem z ery Disneya.
The Mandalorian
Tutaj z kolei zadziałało coś zupełnie innego. The Mandalorian nie próbował udowadniać, że będzie najbardziej ambitnym politycznie czy najbardziej przełomowym narracyjnie rozdziałem w historii marki. Wziął prostszy punkt wyjścia - samotny łowca nagród, obrzeża galaktyki, klimat westernu i relacja, która bardzo szybko stała się sercem całej opowieści. W czasach, gdy wielu widzów miało już dość chaosu wokół filmowej części sagi, ten serial wszedł z czymś dużo bardziej uporządkowanym i intuicyjnie „gwiezdnowojennym”.
To było zresztą widać od razu po odbiorze. Pierwszy sezon ma 93% od krytyków i 93% od widzów, drugi 93% i 91%, a Rotten Tomatoes bardzo trafnie pisało o tym, że Disney wreszcie dostał serial, który nie tylko wygenerował ogromny szum, ale też został naprawdę ciepło przyjęty przez obie strony, czyli recenzentów i zwykłych odbiorców. I nie ma co ukrywać, że bez sukcesu The Mandalorian cała serialowa część tej marki wyglądałaby dziś dużo mniej pewnie.
Star Wars Jedi: Fallen Order
Na końcu warto dorzucić grę, bo właśnie tutaj najlepiej widać, że dobrze przyjęte Star Wars po Disneyu nie kończy się na ekranie. Star Wars Jedi: Fallen Order od Respawn Entertainment opowiada historię Cala Kestisa, byłego padawana próbującego przetrwać po Rozkazie 66. Punkt wyjścia brzmi znajomo, ale sama gra bardzo świadomie składa z tego mieszankę przygodowej akcji, eksploracji, walki mieczem świetlnym i stopniowego odzyskiwania własnej więzi z Mocą. A druga część nie wypada gorzej.
I właśnie to odbiór potwierdził wyjątkowo wyraźnie. To bardzo ważne, zwłaszcza jeśli pamięta się, jak długo marka w grach szukała wtedy naprawdę mocnego singlowego punktu zaczepienia. Fallen Order nie tylko wypełnia tę lukę, ale też pokazało, że po disneyowskim przejęciu da się jeszcze zrobić coś, co fani przyjmą bez zgrzytania zębami.
Przeczytaj również
Komentarze (1)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych