Pamiętacie te zabawki z McDonalds? Ja tak!
Wystarczy czasem naprawdę niewiele. Jedno stare zdjęcie, krótki filmik przewijający się w social mediach albo ktoś, kto nagle rzuci nazwą zabawki sprzed lat - i człowiek momentalnie wraca do świata, w którym wizyta w McDonald’s miała zupełnie inny ciężar gatunkowy niż dziś. To była mała wyprawa z bardzo konkretnym pytaniem wiszącym w powietrzu: co tym razem będzie w zestawie? I szczerze, trudno znaleźć wiele drobiazgów z dzieciństwa, które tak skutecznie uruchamiają pamięć jak właśnie te plastikowe cuda wrzucane do Happy Meala.
Najlepsze jest jednak to, że te zabawki miały własny status, własną aurę i ten rodzaj magii, dzięki któremu człowiek potrafił ekscytować się czymś pozornie kompletnie niepozornym. Czasem chciało się trafić konkretny model, czasem zebrać całą serię, a czasem po prostu sprawdzić, czy tym razem los okaże się łaskawy. I dlatego tak dobrze to pamiętam. A które najbardziej? Cóż, chętnie się podzielę!
Maskotki Kubusia Puchatka
Tu działało coś bardzo prostego, ale wyjątkowo skutecznego. Kubuś Puchatek i cała reszta Stumilowego Lasu mieli już wtedy w Polsce status absolutnie bezpiecznego klasyka - takiego, który znał praktycznie każdy. Maskotki z tej serii nie potrzebowały żadnych sztuczek, bo sam fakt, że można było dostać pluszowego Puchatka, Tygryska albo Prosiaczka przy zestawie, robił robotę.
Space Jam
To był już wyższy poziom frajdy, bo tutaj sama zabawka nie działała jeszcze w pełni w pojedynkę. Chodziło o zbieranie kolejnych elementów i składanie z nich boiska, a to automatycznie podbijało emocje. Seria nie była jednorazowym dodatkiem, tylko małą kolekcją z konkretnym celem. A przy okazji łączyła Looney Tunes, koszykówkę i ten specyficzny klimat filmu, który dla wielu dzieciaków był wtedy czymś naprawdę wielkim.
Furby
Furby w tamtym czasie miał status niemal popkulturowego zjawiska, więc jego wersja z Maka z miejsca zyskiwała dodatkowy blask. Te małe, nakręcane stworki nie były oczywiście tym „pełnym” Furby’m, o którym marzyła połowa dzieciaków, ale pozwalały choć trochę wejść w ten świat. Były dziwne, urocze, od razu przyciągały wzrok i miały w sobie coś z zabawki, którą koniecznie chciało się pokazać komuś zaraz po wyjściu z restauracji.
The Dog
To jest bardzo mocny znak epoki. Charakterystyczne zdjęcia psów z przerysowanymi pyskami były wtedy dosłownie wszędzie - na piórnikach, zeszytach, breloczkach i całej masie innych gadżetów. McDonald’s idealnie wstrzelił się więc w modę, która już żyła własnym życiem. I właśnie dlatego The Dog z 2004 roku tak dobrze się pamięta. To nie była zabawka oderwana od reszty dziecięcego świata, tylko część większego trendu, który wtedy po prostu trudno było przeoczyć.
Epoka Lodowcowa
Przy takich seriach zawsze działała siła filmu. Te postacie miały charakter, były rozpoznawalne od razu i świetnie nadawały się na zabawki. Sid, Maniek, Diego czy oczywiście motywy związane z wiewiórem Scratem miały w sobie dokładnie ten rodzaj energii, który dobrze przenosił się z ekranu do Happy Meala. Seria nie była więc po prostu dodatkiem do chwilowo popularnej animacji, ale częścią świata, który dzieciaki naprawdę lubiły.
Lilo & Stitch
Tutaj z kolei działała czysta siła Sticha. Wystarczył sam jego wygląd, żeby cała seria automatycznie zyskiwała przewagę. To była postać zbyt charakterystyczna, żeby zginąć w tłumie innych disneyowskich zabawek. Do tego dochodził jeszcze cały klimat filmu - trochę bardziej szalony, trochę bardziej „odklejony” niż klasyczne bajki Disneya. I właśnie dzięki temu zabawki z Lilo & Stitch miały w sobie coś świeżego.
Madagaskar
Madagaskar bardzo szybko wskoczył na poziom animacji, z której cytaty i postacie żyły długo poza samym seansem, więc nic dziwnego, że zabawki z tej serii też zrobiły swoje. Zwłaszcza te bardziej „interaktywne”, bo one zawsze działały mocniej niż zwykłe figurki. Gdy zabawka wydawała dźwięk, ruszała się albo miała jakiś dodatkowy mechanizm, od razu zyskała kilka punktów w dziecięcej hierarchii ważności.
Potwory i Spółka
Tu zadziałało to, co przy najlepszych zabawkach z Maka działało najczęściej - bardzo wyraziste postacie. Sulley i Mike po prostu nadawali się do takich rzeczy idealnie. Jeden wielki, futrzasty i natychmiast rozpoznawalny, drugi mały, zielony i zabawny - już sam kontrast robił robotę. Do tego Potwory i Spółka miały w sobie bardzo konkretny klimat dziecięcej wyobraźni, bo przecież cały film opierał się na czymś, co dla dzieciaków było jednocześnie śmieszne i lekko niepokojące. Mało tego - chyba nawet udało mi się tu uzbierać wszystkie!
Przeczytaj również
Komentarze (10)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych