Netflix niedawno dodał do oferty wiele polskich klasyków. Jednego tytułu mi tam jednak szczególnie brakuje
Na Netflixie pojawiło się ostatnio wiele klasycznych polskich filmów z XX wieku. To świetna okazja, by nadrobić zaległości lub wrócić do znakomitych filmów sprzed lat, ale też moment, który prowokuje do zadania jednego, istotnego pytania: czy da się wskazać rodzimą produkcję sprzed lat, która pozostaje aktualna również dziś? Osobiście bez wątpienia wskazałbym, dostępnego obecnie w ofercie Canal+, “Wodzireja” Feliksa Falka. Film zaskakująco nowoczesny; nie tylko bowiem oparty na brawurowym występie jednego aktora, ale również opowiadający o zgubnych skutkach nadmiernych ambicji.
W ostatnich dekadach XX. wieku w polskich piśmiennictwie filmowym niezwykłą wręcz popularność zyskała sobie pewna trzywyrazowa fraza. Znana dziś z pewnością nawet tym, którzy nie są specjalnie zaznajomieni z historią polskiej kinematografii. Określenie “kino moralnego niepokoju” na dobre wpisało się bowiem do polskiej kultury, czasami powracając nawet w kontekście współczesnych produkcji. Zazwyczaj jednak kojarzy się je z fabułami piętnującymi hipokryzję i układy panujące w czasach PRL, w centrum których zazwyczaj - choć nie zawsze - stoi szlachetny bohater. Skonfliktowany z własnym środowiskiem, buntujący się przeciwko nawet najmniejszym kompromisom. Gotowy do poniesienia najwyższej ofiary za cenę zachowania własnych przekonań.
Problem z tą słynną frazą był jednak taki, że od początku mocno ograniczała ona samych twórców, którzy często reagowali na nią alergicznie. Chyba nie było w historii polskiego kina reżysera, który przyznałby się do tego, że rzeczywiście jest twórcą kina moralnego niepokoju. I choć można to oczywiście tłumaczyć niechęcią artystów do szufladkowania ich twórczości, filmy z tego nurtu bardzo szybko zaczęto postrzegać jako czysto publicystyczne — pozbawione większej wartości poza kontekstem konkretnej sytuacji czy wydarzenia, do którego się odnosiły. Drażnić zaczęło również nie tylko nadęte moralizatorstwo, lecz także sposób konstruowania bohaterów — tak silnie przywiązanych do własnych idei, że zdawali się zapominać o funkcjonowaniu w społeczeństwie, wśród ludzi, często sobie bliskich, którzy przecież nie muszą tych przekonań podzielać. Na tle całego nurtu szczególnie interesująco prezentuje się twórczość Feliksa Falka — reżysera od początku jednoznacznie kojarzonego z kinem moralnego niepokoju, któremu - jak się wydaje - z czasem udało się wyjść poza jego ramy.
Większość z jego fabuł opiera się bowiem na dobrze znanym schemacie: opozycji bohatera “złego i “dobrego” lub historii bezkompromisowego herosa, walczącego o prawdę wbrew krytyce swoich przełożonych. Zarówno jednak w “Szansie”, jak i w Idolu” schemat ten zostaje ciekawie przełamany. Owszem bowiem, grany przez Krzysztofa Zaleskiego nauczyciel-wuefista, w pierwszym ze wspomnianych tytułów, ostatecznie okazuje się zmęczonym własnymi niepowodzeniami tyranem, ale wcześniej to właśnie za sprawą jego działań szkoła, w której pracuje, zdecydowanie ożywa. Z kolei “Idol” od początku wydaje się typowym systemowym thrillerem o dziennikarzu walczącym o prawdę na temat przeszłości znanego pisarza, która oczywiście jest niewygodna dla funkcjonariuszy szeroko pojmowanego “systemu”. Wkrótce jednak sam film skręca w zupełnie inne rejony, pokazując bohatera maksymalnie upodobniajacego się do swego - nomen omen - idola, który zaczyna żyć życiem zastępczym. Celowo dopiero pod koniec wspominam o dziele największym, o którym nawet zdecydowani krytycy nurtu kina moralnego niepokoju, tacy jak choćby słynna badaczka kina Maria Kornatowska, wspominali, że na tle większości jego przedstawicieli “Wodzirej” wyróżniał się tym, że był po prostu atrakcyjnym widowiskiem.
Tylko nie w Warszawie!
Trudno jednak, by było inaczej, skoro bezpośrednią inspiracją dla drugiego pełnometrażowego filmu Feliks Falka (po interesującym “W środku lata” z 1975 roku) był obraz amerykański. Sam reżyser we wspomnieniach “Wodzirej i inni. Rozmowa z samym sobą” przyznawał, że impuls do stworzenia historii, w której centralną postacią byłby konferansjer prowadzący bale, dał mu powracający ze Stanów Zjednoczonych Jerzy Domaradzki. To właśnie on opowiedział Falkowi o filmie “Lenny” w reżyserii Boba Fosse, w którym w postać legendarnego komika Lenny’ego Bruce’a wcielił się Dustin Hoffman. Falk zaczął się zastanawiać, jak podobny świat scenicznych występów wyglądałby w polskich realiach. Szybko wpadł na pomysł historii młodego człowieka, który za wszelką cenę dąży do poprowadzenia gali z okazji 500-lecia miasta, nawet kosztem eliminacji wszystkich swoich rywali.
Pracując wówczas w słynnym Zespole X Falk bardzo szybko zasięgnął opinii swoich współpracowników. Łącznie z tym najważniejszym, czyli szefem zespołu Andrzejem Wajdą. Wszystkim mocno przypadł im on do gustu i oczywiście zachęcili go do napisania tzw. treatmentu. Co ciekawe, Falk we wspomnianej autobiografii wspomina, iż Wajda był nim tak urzeczony, że zaproponował swemu młodszemu koledze odkupienie go, za zawrotną w owym czasie kwotę 5. tysięcy dolarów, których zresztą ponoć nawet wtedy nie posiadał. Falk bardzo szybko zresztą odmówił, a sam Wajda niedługo później zaczął prace na planie legendarnej “Ziemi Obiecanej”, więc nawet w przypadku finalizacji transakcji prawdopodobnie i tak nie zostałby reżyserem “Wodzireja”.
Reżyser wspomina, że napisanie scenariusza zajęło mu później sporo czasu, a współpracujący z nim przez cały czas w Zespole X Wajda służył pomocą, a to proponując, a to wykreślając pewne pomysły. Po skończeniu pisania i ostatecznym druku skryptu w “Dialogu” twórca czekał na wiadomość z Naczelnego Zarządu Kinematografii, który zaakceptował go, choć oczywiście nie bez obiekcji. Jego szef, Jerzy Bajdor postawił jeden warunek: zmianę zakończenia. W oryginale wielki bal, prowadzony ostatecznie przez Lutka Danielaka, odbywał się w samym centrum Warszawy, z udziałem wszystkich najważniejszych urzędników państwowych. Bajdor prawdopodobnie uznał, iż może to być odczytane jako aluzja do realnych władz Polski Ludowej, dlatego zażądał by nie wyjawiać gdzie owa impreza ma miejsce, na co Falk od razu przystał.
Reżyser od początku widział w głównej roli Jerzego Stuhra, który dotąd nie był aktorem szeroko rozpoznawalnym i zagrał właściwie tylko w dwóch wczesnych obrazach Krzysztofa Kieślowskiego. Być może dlatego Wajda proponował Falkowi dużo bardziej doświadczonego Wojciecha Pszoniaka, którego sam uwielbiał, a który później wystąpił we wspominanej już “Ziemii Obiecanej”. Co ciekawe sam twórca “Wodzireja” wspomina w autobiografii, że już po pokazie tego filmu w Gdyni spotkał się z Romanem Wilhelmim, który wyznał mu, że po przeczytaniu scenariusza sam bardzo chciał wcielić się w Lutka Danielaka. Stuhr okazał się jednak absolutnym strzałem w dziesiątkę. Nie tylko ze względu na swoje wcześniejsze doświadczenie estradowe, dzięki któremu zresztą służył pomocą przy dopisywaniu czy też skreślaniu pewnych drobnych elementów scenariusza, ale również to, że doskonale wpasował się w ogromne tempo produkcji, które stało się jej prawdziwym znakiem rozpoznawczym.
Po trupach do celu…
“Wodzirej” mocno różni się od większości polskich produkcji swojego czasu i pod wieloma względami przypomina raczej kino amerykańskie. Nic więc dziwnego, że w jego kontekście często przywołuje się filmy Martina Scorsese czy nawet współczesne produkcje braci Safdie. W tym świetle ciekawie prezentuje się fakt, iż w momencie premiery filmu Jerzy Stuhr miał dokładnie tyle samo lat co dziś Timothée Chalamet, wcielający się w Marty’ego Mausera w ostatnim hicie studia A24. Z racji na zupełnie inne realia, jak i charakter obrazów obu bohaterów oczywiście wiele różni, ale łączy ich ogromny chaos w jakim z konieczności muszą funkcjonować, a także to, że niezależnie od tego jak trudne wydaje się osiągnięcie celu, który sobie postawili, i jakie trudności piętrzą się na ich drodze, nie ma momentu, w którym straciliby wiarę w to, że ostatecznie postawią na swoim.
Film Feliksa Falka stanowi przy tym niezwykle błyskotliwą i barwną kronikę czasów minionych, w których najciekawsze są szczegóły. Takie jak choćby scena, w której - czekając na dyrektora - znajdujący się w wielkim pędzie Lutek chwyta szklankę z kompotem, z której upija kilka łyków, a następnie dolewa do niej napoju z drugiej, by nikt nie mógł mieć do niego o to pretensji. Cudownie kiczowate teksty rzucane do publiczności o serkach topionych, tudzież same teksty piosenek ze wspaniałym: “Ogromna możliwości skala, kryje się w jednym słowie: la-la”, które do dziś wywołuje szeroki uśmiech na ustach. Reżyser zdaje się przy tym niezwykle zręcznie ukazywać to jak wyniszczającą psychicznie pracą musi być organizowanie zabawy dla ludzi, którzy często nie mają w danej chwili ochoty nie tylko na rozrywkę, ale nawet na zwykły uśmiech. W tym kontekście nie dziwi więc przemożna chęć wyrwania się ku lepszemu światu.
O ile jednak można jeszcze zrozumieć samą motywację Danielaka, o tyle znacznie trudniej zaakceptować jego metody. Scenariusz konsekwentnie piętrzy przed nim kolejne przeszkody — raz popychając go w ramiona pani Meli (świetna Sława Kwaśniewska), innym razem czyniąc z niego wręcz stręczyciela, i to wobec kobiety, z którą pozostaje w związku. Bohater kilkukrotnie sprawia wrażenie zniesmaczonego drogą, którą obrał, jednocześnie nie widząc już możliwości odwrotu. Od momentu, w którym obiecał wpływowemu działaczowi poprowadzenie balu, musi dopiąć swego — nawet jeśli oznacza to zdradę najbliższego przyjaciela. Próbuje przy tym racjonalizować swoje działania koniecznością walki w środowisku opartym na układach, by w finale przedstawić własny sukces jako triumf „młodych” nad „starymi”.
Znakomita rola Jerzy Stuhra, który stworzył portret małego, a zarazem niezwykle charyzmatycznego intryganta, gotowego wykorzystać każdego na drodze do sukcesu, sprawia że “Wodzirej” pozostaje filmem nie tylko aktualnym, ale i zaskakująco bliskim współczesnemu mainstreamowi. Dzisiejsze kino chętnie sięga przecież po bohaterów funkcjonujących w moralnej szarej strefie — a często ją po prostu przekraczających. Sam Feliks Falk wielokrotnie tłumaczył się później ze swojego upodobania do negatywnych postaci, starając się w kolejnych filmach pokazywać także ich przemianę. Dotyczy to nie tylko Lucjana Bohme ze słynnego “Komornika”, ale i samego Danielaka, który powrócił w swoistym sequelu — “Bohater roku” z 1986. Ten jednak, nieprzypadkowo, nie wywarł już tak silnego wrażenia jak pierwszy, przełomowy obraz reżysera.
Przeczytaj również
Komentarze (0)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych