Nie musisz tego lubić. I tak powinieneś to zobaczyć
Są filmy, które wszyscy polecają, ale nikt nie mówi wprost, o czym są. Biedne istoty w reżyserii Yorgosa Lanthimosa to właśnie taki przypadek. Produkcja, która zdobyła cztery Oscary, Złotego Lwa na festiwalu w Wenecji, zarobiła ponad 117 milionów dolarów przy budżecie około 35 milionów i wywołała burzę w mediach społecznościowych.
Jedni sądzą, że to arcydzieło, a drudzy że tortura audiowizualna trwająca prawie dwie i pół godziny. Obie strony mają rację i właśnie dlatego ten film jest wart twojego czasu.
Frankensteina przebudził feministyczny szaleniec
Zacznijmy od sedna, bo bez znajomości fabuły trudno zrozumieć, dlaczego w ogóle rozmawiamy o tym filmie tak długo po jego premierze. Biedne istoty to luźna adaptacja powieści Alasdaira Graya, będąca wariacją na temat klasycznej historii Frankensteina, tyle że wywróconej do góry nogami i przepuszczonej przez filtr surrealistycznego snu.
Główna bohaterka, Bella Baxter, to kobieta, która po śmierci zostaje przywrócona do życia przez ekscentrycznego naukowca, doktora Godwina Baxtera. Haczyk jest jeden. Lekarz przeszczepił jej mózg noworodka. W ciele dorosłej kobiety mieszka więc umysł dziecka, które dopiero uczy się świata - od nowa, bez uprzedzeń, bez wstydu, bez zasad narzuconych przez społeczeństwo. Obserwujemy zatem błyskawiczne dojrzewanie Belli od nieporadnych kroków i bełkotliwej mowy, przez pierwsze odkrycia własnego ciała, aż po pełną samoświadomość kobiety, która sama decyduje o swoim losie.
Akcja toczy się w osobliwej wersji wiktoriańskiej Europy przyszłości, gdzie obok konnych powozów jeżdżą samochody z mechanicznymi końskimi głowami, a latające tramwaje przecinają surrealistyczne niebo. Londyn, Aleksandria, Paryż - Bella przemierza je wszystkie, trafiając pod opiekę kolejnych mężczyzn, z których każdy chce ją mieć wyłącznie dla siebie. Żaden nie rozumie, że ona nie jest niczyją własnością. Nie dlatego, że walczy o wolność. Po prostu jej mózg nigdy nie nauczył się, że wolność może być czymś, o co trzeba walczyć.
Ten film nie przeprasza za to, czym jest
I tu zaczyna się problem, a przynajmniej to, co wielu widzów odbiera jako problem. Biedne istoty są filmem odważnie erotycznym, miejscami wręcz prowokacyjnie dosłownym. Sceny seksualne, nagość, dom publiczny w Paryżu, w którym Bella przez jakiś czas pracuje. To wszystko sprawia, że film jest absolutnie nieodpowiedni dla młodszych widzów i może mocno zaszokować tych, którzy liczą na klasyczne kino z Oscarem w tle. Część recenzentów krytykowała produkcję za zbyt dosłowne traktowanie pewnych tematów, za brak subtelności, której Lanthimos nie stronił w swoich wcześniejszych dziełach.
Do tego dochodzi styl wizualny, który nie każdemu przypadnie do gustu. Operator Robbie Ryan bawi się obiektywem typu rybie oko (fish-eye), nadającym obrazowi krągłą, niemal komiksową deformację. Kolory są nasycone do granic możliwości, scenografia jest barokowa i przerysowana, a całość sprawia wrażenie namalowanego snu albo ożywionego obrazu z galerii, w której wszystko jest trochę zbyt intensywne, żeby było komfortowe. Muzyka Jerskin Fendy (debiutanta w kinie) jest niemelodyczna, miejscami niepokojąca i celowo drażniąca.
To film, który nie stara się przypodobać. Nie łagodzi krawędzi, nie tłumaczy widzowi, jak ma reagować. Jeśli ktoś oczekuje historii opowiedzianej w sposób konwencjonalny - wyjdzie z kina skonsternowany albo zły. Jeśli ktoś nie toleruje nagości na ekranie, będzie miał poważny problem. Jeśli ktoś spodziewał się czegoś w stylu Barbie - do której film jest często porównywany, bo oba dotykają podobnych tematów - dostanie coś znacznie trudniejszego i mniej ugrzecznionego.
To jeden z ważniejszych filmów ostatnich lat
A jednak. Cztery Oscary nie trafiają się przypadkowo. Emma Stone, która wcześniej nagradzana była za La La Land, tutaj stworzyła coś zupełnie innego - kreację porażającą precyzją. Zagrała kobietę, która zaczyna od nieporadności niemowlęcia i przez prawie dwie i pół godziny buduje przed naszymi oczami pełną, skomplikowaną osobowość. Nie ma w tej roli jednej dominującej emocji, bo jest ich cała paleta, precyzyjnie odmierzona i wiarygodna. To jedna z tych ról, które ogląda się z poczuciem, że człowiek właśnie jest świadkiem czegoś rzadkiego.
Ale Biedne istoty to nie tylko popis aktorski. To też jeden z najciekawszych filmów feministycznych ostatnich lat. I to takich, który nie wykłada swojego przesłania łopatą, nie przemawia do widza jak na wykładzie. Lanthimos pokazuje, jak kolejni mężczyźni próbują zamknąć Bellę w złotej klatce, jak wpadają w panikę, gdy ona po prostu żyje na własnych warunkach, i jak śmieszna okazuje się ich bezsilność wobec kobiety, która nie zna wstydu ani lęku. Mark Ruffalo jako Duncan Wedderburn, prawnik przekonany, że Bella jest jego zdobyczą, daje jedną z najlepszych komediowych ról swojej kariery. Willem Dafoe jako Godwin Baxter - pokryty bliznami naukowiec, który w geście miłości tworzy życie - jest z kolei filmowym ojcem, jakiego kino rzadko pokazuje, pełnym sprzeczności, ale autentycznym.
Film zdobył też pięć nagród BAFTA, dwa Złote Globy i okrzyknięty był jednym z najważniejszych tytułów sezonu nagród 2023/2024. Widzowie na całym świecie kupili bilety na prawie 120 milionów dolarów, co jak na dzieło tak radykalnie artystyczne jest wynikiem niebywałym. To znaczy tyle, że mimo całej swojej ostrości i trudności film znalazł publiczność, bo dotknął czegoś prawdziwego.
Podsumowanie
Biedne istoty to film, przy którym można się poczuć niekomfortowo, ale właśnie o to tu chodzi. Lanthimos nie kręci kina po to, żeby widzowie wyszli z poczuciem ciepłego spokoju. Kręci je po to, żeby coś w nich zostało - obraz, myśl, pytanie, które nie daje spokoju przez kilka dni. Jeśli szukasz łatwej rozrywki, szukaj jej gdzie indziej. Ale jeśli chcesz zobaczyć film, o którym będziesz rozmawiać długo po seansie, to ten jest właśnie dla ciebie. Nawet jeśli nie jesteś pewien, czy ci się podobał.
Przeczytaj również
Komentarze (3)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych