Netflix logo na ekranie

Już zapowiedziano trzeci sezon TEGO serialu? I dobrze, bo to HICIOR

Kajetan Węsierski | Dzisiaj, 21:30

Niektóre seriale potrzebują czasu, żeby rozkręcić wokół siebie większy szum. Inne wpadają na platformę i od razu zachowują się tak, jakby przyszły po swoje - biorą uwagę widzów, robią liczby, wywołują dyskusje i bardzo szybko przestają być tylko „kolejną nowością w katalogu”. Przy takich tytułach informacja o następnym sezonie nie brzmi jak uprzejmy gest ze strony platformy, tylko jak ruch absolutnie naturalny.

I właśnie z takim przypadkiem mamy tu do czynienia. Skoro już teraz zapowiedziano trzeci sezon, to znaczy, że ktoś za kulisami bardzo dobrze widzi, jak mocno ten serial zaskoczył i jak skutecznie przyciągnął ludzi do ekranu. Trudno się temu dziwić, bo są produkcje, które po prostu mają w sobie ten trudny do podrobienia miks - odpowiedni timing, własny charakter i energię, przez którą człowiek bardzo szybko rozumie, skąd cały ten zachwyt.

Dalsza część tekstu pod wideo

Co mam na myśli?

Chodzi oczywiście o aktorskie One Piece, czyli serial, który dla wielu osób jeszcze przed premierą wyglądał jak kandydat do spektakularnej porażki, a ostatecznie okazał się jedną z największych pozytywnych niespodzianek ostatnich lat. Netflix wziął na warsztat materiał, który wydawał się niemal nieprzekładalny na live action - przesadzony, komiksowy, pełen dziwności i bardzo charakterystycznego tonu - a jednak udało się z tego złożyć coś, co nie tylko działa, ale po prostu ma własną energię.

Największa siła tego serialu polega na tym, że nie wstydzi się własnego źródła. Nie próbuje na siłę „uczłowieczać” świata One Piece przez wycinanie wszystkiego, co dziwne, kolorowe albo przesadzone. Wręcz przeciwnie - bierze ten szalony fundament i stara się go oswoić w taki sposób, żeby nadal czuć było przygodę, humor i serce tej opowieści. Dzięki temu serial nie wygląda jak chłodna adaptacja zrobiona tylko po to, żeby odhaczyć kolejną znaną markę, a to ogromna pochwała. 

To nie jest wierna kopia scena po scenie, tylko adaptacja, która umie wybierać, skracać, przesuwać akcenty i jednocześnie nie gubić ducha całości. A przy One Piece to naprawdę nie było oczywiste. Bo tu nie wystarczyło odtworzyć fabułę - trzeba było jeszcze złapać ten bardzo specyficzny rytm między beztroską, absurdem, akcją i momentami, które nagle potrafią uderzyć znacznie mocniej, niż się człowiek spodziewa.

Kolejne sezony w ogóle mnie nie dziwią

I mówię to jako ogromny fan oryginału, który naprawdę nie miał zamiaru rozdawać tej adaptacji taryfy ulgowej tylko dlatego, że „fajnie, że spróbowali”. Poziom dwóch pierwszych sezonów jest po prostu wysoki. Nie idealny, jasne, ale wystarczająco dobry, żeby nie patrzeć na ten serial jak na ciekawostkę, tylko jak na pełnoprawną, udaną wersję jednej z największych przygodowych marek w popkulturze.

Dużo rzeczy po prostu tu gra. Obsada ma chemię, a bez tego cała załoga Słomkowych rozpadłaby się natychmiast. Humor nie brzmi jak wstydliwy dodatek, tylko naturalna część świata. Sceny emocjonalne potrafią wybrzmieć, a przygoda naprawdę daje poczucie ruchu do przodu. No i co równie ważne - serial nie wygląda, jakby był robiony ze strachem przed własną dziwnością. 

Nie dziwi mnie też samo zainteresowanie. One Piece to przecież marka gigantyczna, ale nawet poza fanowską bańką serial trafił w coś bardzo uniwersalnego - w potrzebę lekkiej, kolorowej, szczerej przygody, która nie musi być cyniczna ani przesadnie „dorosła”, żeby działać. W czasach, gdy mnóstwo produkcji próbuje być chłodnych, ciężkich albo kalkulowanych pod jeden konkretny trend, taka energia po prostu się wybija.

I chyba właśnie dlatego wiadomość o trzecim sezonie brzmi tak naturalnie. To nie jest przedłużanie życia marce na siłę, tylko rozwijanie serialu, który naprawdę zapracował sobie na kolejne rozdziały. Jeśli utrzyma ten poziom, dalej będzie szanował materiał źródłowy i nie zgubi własnego tempa, to jest szansa na coś wielkiego. 

Konkluzja 

Aktorskie One Piece weszło na ekran z ogromnym ryzykiem, a mimo to bardzo szybko udowodniło, że da się przełożyć ten świat na nowy język bez wyrywania mu serca. A to przy takiej marce jest chyba największy komplement, jaki można wystawić. Zresztą, moja żona nigdy nie przekonała się do anime i mangi od Eiichiro Ody, a live-action pochłania z przyjemnością. 

Najlepsze jest to, że wciąż naprawdę dużo jest jeszcze przed nami. Ta historia dopiero się rozpędza, kolejne etapy przygody są coraz większe, bardziej szalone i zwyczajnie coraz ciekawsze. Jeśli więc serial dalej będzie tak dobrze rozumiał własny ton i bohaterów, to trzeci sezon może być nie tylko dobrą wiadomością, ale też zapowiedzią czegoś jeszcze lepszego.

Kajetan Węsierski Strona autora
Gry są z nim od zawsze! Z racji młodego wieku, dojrzewał, gdy zdążyły już zalać rynek. Poszło więc naturalnie z masą gatunków, a dziś najlepiej bawi się w FIFIE, produkcjach pełnych akcji oraz przygód, a także dziełach na bazie anime i komiksów Marvela. Najlepsza gra? Minecraft. No i Pajączek od Insomniac Games.
cropper