10 aktorów, którzy oddali swój wizerunek sztucznej inteligencji. Teraz gorzko tego żałują
Wyobraź sobie, że pewnego ranka włączasz telewizor i widzisz siebie w reklamie produktu, o którym nigdy wcześniej nie słyszałeś. Mówisz własnym głosem, uśmiechasz się w swój charakterystyczny, wyuczony przez lata sposób, ale w głębi duszy wiesz jedno - nigdy nie stałeś przed kamerą, aby to nagrać. To brzmi jak mroczny scenariusz z odcinka serialu „Czarne lustro”, ale dla wielu gwiazd Hollywood stało się to dziś brutalną rzeczywistością.
Sztuczna inteligencja zrewolucjonizowała przemysł filmowy, obiecując twórcom wieczną młodość, nieskończone możliwości produkcyjne i łatwe pieniądze bez konieczności spędzania długich godzin na planie. Jednak ten cyfrowy pakt z diabłem niezwykle szybko okazał się pułapką bez wyjścia. Aktorzy, którzy z własnej woli dla zysku, z naiwności, lub przez kruczki prawne ukryte głęboko w kontraktach oddali prawa do swojej twarzy i głosu, dziś biją na alarm. Zrozumieli, że stracili to, co dla każdego artysty jest absolutnie najcenniejsze, a mianowicie kontrolę nad własnym wizerunkiem.
Złudzenie łatwego zysku i pułapka „cyfrowej emerytury”
Złudzenie łatwych pieniędzy i perspektywa „cyfrowej emerytury” na początku brzmiały dla wielu niezwykle kusząco. Przykładem, który jako pierwszy wstrząsnął opinią publiczną, był Bruce Willis. Gwiazdor kina akcji stał się dosłowną twarzą problemu, gdy jego cyfrowy sobowtór - tak zwany deepfake - wystąpił w rosyjskiej reklamie telefonii komórkowej. Choć początkowo w mediach huczało o tym, że Willis dobrowolnie sprzedał prawa do swojej twarzy firmie technologicznej, jego prawnicy po czasie stanowczo temu zaprzeczyli. Mleko jednak już się rozlało, a świat zobaczył, że legendę kina można zredukować do pliku na dysku, który zagra we wszystkim, co mu się zaprogramuje.
Problem ten nie dotyczy jednak tylko milionerów z pierwszych stron gazet. Prawdziwy dramat przeżywają tysiące aktorów drugoplanowych. Alexandria Rubalcaba, statystka znana z serialu „WandaVision”. Podczas zeszłorocznego strajku w Hollywood wyznała ona, że drugoplanowi aktorzy byli zmuszani przez wielkie studia do szczegółowego skanowania twarzy za marne 200 dolarów. Oddawali swój wizerunek na zawsze, często nie mając pojęcia, że ich cyfrowe kopie będą odtąd mogły grać w nieskończonej liczbie filmów bez ani jednego centa dodatkowego wynagrodzenia. Pieniądze wzięli, kontrakt podpisali, ale dziś gorzko tego żałują, bo maszyny po prostu odebrały im jedyne źródło utrzymania. Nawet giganci tacy jak James Earl Jones, który z powodu wieku i przejścia na emeryturę oficjalnie przekazał prawa do legendarnego głosu Dartha Vadera ukraińskiej firmie pracującej nad AI (Respeecher), wywołali falę niepokoju w branży. Choć Jones wyraził na to zgodę i zgarnął zyski, jego koledzy po fachu z przerażeniem uświadomili sobie, że aktor staje się powoli tylko wtyczką do programu komputerowego, odartą z prawdziwych, ludzkich niedoskonałości.
Kradzież tożsamości i brutalne przebudzenie na wielkim ekranie
Sytuacja staje się jeszcze mroczniejsza, gdy przyjrzymy się przypadkom aktorów, których wizerunek został użyty w sposób, na jaki nigdy by się świadomie nie zgodzili, a ich naiwność wobec technologii doprowadziła do poczucia głębokiej kradzieży tożsamości. Wielki ekscentryk kina Nicolas Cage przeżył prawdziwy szok, gdy udał się do kina na film „The Flash”. Aktor spędził na planie zdjęciowym zaledwie chwilę, kręcąc prostą scenę, a ostatecznie zobaczył na wielkim ekranie wygenerowaną komputerowo marionetkę ze swoją twarzą, która walczyła z gigantycznym pająkiem. Cage otwarcie przyznał w wywiadach, że czuł się absolutnie ograbiony ze sztuki, a AI wykorzystało go do stworzenia taniej, sztucznej sensacji. Podobne oburzenie i przerażenie przeżył wybitny brytyjski aktor i lektor Stephen Fry. Pewnego dnia znajomy przysłał mu link do historycznego filmu dokumentalnego, który... czytał sam Fry. Problem polegał na tym, że aktor nigdy nie brał udziału w tym projekcie.
Okazało się, że ktoś wziął jego stare nagrania z wielogodzinnych audiobooków o Harrym Potterze, przetworzył je przez sztuczną inteligencję i stworzył system, który potrafił powiedzieć absolutnie wszystko jego głosem. Fry nie krył swojego żalu i przerażenia faktem, że maszyna mogłaby zmusić go do czytania nawet propagandowych kłamstw. Ofiarą bezdusznej technologii padł także ulubieniec Ameryki, Tom Hanks. Aktor musiał nagle chwycić za telefon i opublikować na Instagramie dramatyczne ostrzeżenie. W sieci krążyła bowiem reklama tanich planów dentystycznych, w której jego młodsza, wygenerowana komputerowo wersja zachęcała do usług medycznych. Nikt nie zapytał go o zdanie, a jego twarz została bezczelnie skradziona z publicznie dostępnych materiałów. Równie głośna była sprawa Scarlett Johansson, która po obejrzeniu prezentacji nowego systemu ChatGPT od OpenAI, ze zdumieniem i złością usłyszała sztuczny głos do złudzenia przypominający jej własny. Choć aktorka wcześniej odmówiła firmie współpracy i nie sprzedała im swoich praw, system został wytrenowany w taki sposób, aby brzmiał niemal identycznie jak ona w filmie „Her”. Ostatecznie musiała sięgnąć po pomoc prawników, żałując, że prawo tak wolno nadąża za technologią.
Sądowe batalie, profanacja legend i ojciec chrzestny buntu
Żal, bezradność i poczucie straty z czasem zaczęły przeradzać się w otwarty bunt, a walka o odzyskanie skradzionych twarzy przeniosła się na sale sądowe. Gwiazdor prosto z Bollywood, Anil Kapoor, musiał stoczyć batalię prawną, gdy zorientował się, że jego wizerunek, głos i słynne filmowe powiedzonka są masowo komercjalizowane w Indiach przez programy AI do tworzenia fałszywych filmów i memów. Sąd przyznał mu rację, wydając bezprecedensowy zakaz używania jego cyfrowych cech, ale aktor wielokrotnie podkreślał, ile stresu i upokorzenia kosztowało go oglądanie własnej twarzy w sytuacjach, z którymi nie chciał mieć nic wspólnego.
Ten ból dotyka jednak nie tylko samych żyjących aktorów, ale również ich rodziny, które muszą patrzeć na profanację spuścizny swoich bliskich. Zelda Williams stanęła do walki z bezdusznymi firmami, które próbowały za pomocą AI „ożywiać” głos jej zmarłego ojca, legendarnego Robina Williamsa. Córka aktora nazwała te próby tworzeniem „potwora w ciele Frankensteina”, podkreślając z ogromnym żalem, że technologia ta odziera jej ojca z całego jego geniuszu, pozostawiając jedynie pustą, cyfrową wydmuszkę. Podsumowując tę całą rewolucję, nie sposób nie wspomnieć o ojcu chrzestnym tego buntu. Był nim Crispin Glover, który już pod koniec lat osiemdziesiątych wyprzedził swoje czasy. Kiedy odmówił udziału w filmie „Powrót do przyszłości II”, producenci użyli maski z jego twarzą na innym aktorze (był nim Jeffrey Weissman) i wczesnych efektów specjalnych, aby zasymulować jego obecność na ekranie. Glover wytoczył im proces, który ostatecznie wygrał ponad 750 tysięcy dolarów, a jego działania zmieniły zasady panujące w Gildii Aktorów. Choć wtedy walczył z charakteryzacją i wczesnym CGI, jego obawy, strach i poczucie artystycznej kradzieży idealnie opisują to, co dziś na masową skalę robi z aktorami sztuczna inteligencja. Glover jako pierwszy pojął, jak łatwo można ukraść człowiekowi tożsamość.
Duszy nie da się zapisać na dysku
Podsumowując, historia Hollywood zawsze była oparta na iluzji, ale sztuczna inteligencja przeniosła to zjawisko na zupełnie nowy, niebezpieczny poziom. Wspomniani aktorzy pokazują nam dobitnie, że pakt z cyfrowym diabłem - niezależnie od tego, czy zawierany dla milionów dolarów, z niewiedzy, czy na skutek zwykłego oszustwa - zawsze kończy się poczuciem głębokiej straty. Twarz, głos i specyficzna dla każdego człowieka mimika to nie są jedynie narzędzia pracy, które można zapisać na twardym dysku komputera. To nośniki ludzkich emocji, przeżyć i duszy. Kiedy oddajemy je w ręce bezdusznych algorytmów, tracimy bezpowrotnie cząstkę siebie, której nie jest w stanie wycenić żaden kontrakt. Dzisiejszy żal oszukanych gwiazd kina powinien być potężnym ostrzeżeniem nie tylko dla całej branży rozrywkowej, ale i dla nas wszystkich.
Przeczytaj również
Komentarze (10)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych