Szalony kaznodzieja w wielkich tarapatach! Robert Duvall błyszczał także jako reżyser

Szalony kaznodzieja w wielkich tarapatach! Robert Duvall błyszczał także jako reżyser

Dawid Ilnicki | Dzisiaj, 12:00

Ostatnie dni upłynęły wielu kinomanom na przypominaniu sobie największych kreacji Roberta Duvalla. Zmarłego 15. lutego, w wieku 95 lat, jednego z najwybitniejszych amerykańskich aktorów XX. wieku. Warto jednak przypomnieć o tym, że urodzony w San Diego w Kaliforni artysta był również reżyserem, a w jego dorobku szczególnie wyróżnia się film “Apostoł” z 1997 roku, za który zresztą zasłużenie zgarnął nominację do Oscara. 

Wychowany przez matkę, amatorską aktorkę, oraz ojca – kontradmirała Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych – przyszły artysta długo zdawał się rozdarty między tymi dwiema drogami. William Howard Duvall chciał, by syn poszedł w jego ślady, i wydawało się, że decyzja o wstąpieniu do armii przesądza sprawę. Według wielu późniejszych opisów miał on zresztą uczestniczyć w walkach podczas wojny koreańskiej w latach 50., co okazało się kompletnie wyssane z palca i było prostowane przez samego aktora. Mającego jednoznaczną ocenę tego okresu w swoim życiu. „Byłem koszmarny we wszystkim, co robiłem, oprócz aktorstwa” – wspominał w późniejszych wywiadach. Nic więc dziwnego, że w połowie lat 50. zaczął uczęszczać do Neighborhood Playhouse School of the Theatre, gdzie na jednym roku studiował m.in. z Gene’em Hackmanem i Jamesem Caan’em.

Dalsza część tekstu pod wideo

Jednym z najistotniejszych wydarzeń dla wczesnej kariery Duvalla było niewątpliwie poznanie dramaturga i scenarzysty Hortona Foote’a, który po latach został zresztą jego przyjacielem i wspierał go również w długiej drodze do realizacji filmu, o którym wspomnimy za chwilę. Oprócz zaliczenia pomniejszych ról w kilku zupełnie dziś zapomnianych produkcjach aktor występował również na deskach Gateway Theatre i Augusta Civic Theatre, występując w sztukach napisanych przez Foote’a. I to właśnie on już na początku kolejnej dekady przekonał producentów adaptacji słynnej powieści Harper Lee “Zabić drozda” do obsadzenia w filmie Roberta Duvalla w roli Arthura “Boo” Radleya. Już wtedy rozpoznając w młodziutkim artyście coś co po latach nazwie szczególną miłością dla zwykłych ludzi, wpływającą na umiejętność odnajdywania w swoich rolach fascynujących cech. 

Występ w tak głośnym filmie pozwolił Duvallowi utrzymywać się w branży przez kolejne lata, a prawdziwy przełom w jego karierze nastąpił w następnej dekadzie. Aktor szybko zaznaczył swoją obecność w takich produkcjach jak "MASH" oraz legendarne "THX 1138" w reżyserii George'a Lucasa, by wkrótce zasłynąć jako Tom Hagen w dwóch częściach “Ojca Chrzestnego” Francisa Forda Coppoli, by później wystąpić również w klasycznym “Czasie Apokalipsy”. Duvall szybko zyskał opinię „pierwszego wyboru do ról drugoplanowych w Hollywood”, a sam Francis Ford Coppola określał go mianem „jednego z czterech lub pięciu najlepszych aktorów w branży”.

Kolejne dziesięciolecie pozwoliło mu odkleić od siebie łatkę aktora drugoplanowego. Głównie za sprawą Oscara, jakiego otrzymał za rolę w skromnym i dziś nieco zapomnianym filmie Bruce’a Beresforda “Pod czułą kontrolą”, w którym wcielił się mającego problemy z alkoholem muzyka country, próbującego naprawić relacje ze swoją córką. Na połowę lat 80’ przypada nie tylko zdobycie przez niego najważniejszej nagrody aktorskiej, ale również start prac na własnym filmem, którego realizacja naznaczona została ciągłymi problemami, dotyczącymi głównie kwestii jego sfinansowania, a krążącego wokół dość zawiłego stosunku samego aktora do kwestii religijności.

Szalony kaznodzieja

Apostle
resize icon

Wspomniany już ojciec Roberta Duvalla należał do Kościoła metodystycznego, podczas gdy matka była członkinią dziś dość enigmatycznie brzmiącego Stowarzyszenia Chrześcijańskiej Nauki. To radykalny odłam chrześcijaństwa, założony pod koniec XIX wieku przez mistyczkę Mary Baker Eddy, kładący szczególny nacisk na uzdrowienia duchowe i często odrzucający leczenie farmakologiczne. Wierni uznają, że z choroby można wyjść dzięki intensywnej modlitwie. Z tego względu ruch ten bywał i nadal bywa mocno krytykowany – wskazuje się m.in. na przypadki śmierci z powodu uleczalnych chorób oraz wychowywanie dzieci w duchu, który wyklucza korzystanie z pomocy lekarskiej.

Sam Robert Duvall podkreślał, że ze względu na głęboką wiarę rodziców w młodości regularnie uczęszczał do kościoła. Przez lata bywał też postrzegany jako reprezentant Stowarzyszenia Chrześcijańskiej Nauki wśród aktorów, obok m.in. Marilyn Monroe, Jean Harlow czy Vala Kilmera. Lektura wywiadów z aktorem, w których wypowiada się na temat religii, sugeruje jednak, że bliżej mu do człowieka zafascynowanego duchowością jako taką niż do członka konkretnego wyznania. Bezpośrednią inspiracją scenariusza “Apostoła” była zaś jego wizyta na nabożeństwie zielonoświątkowym, na początku lat 60. Duvall był zafascynowany prostotą i siłą tego wydarzenia, dochodząc wówczas do przekonania, że kaznodziejstwo to „prawdziwie amerykańska forma sztuki”, którą zapragnął wiernie przedstawić w filmie.

Za pracę nad scenariuszem, Duvall zabrał się dwie dekady później, wciąż wspierany przez swego wieloletniego przyjaciela Hortona Foote’a. W postaci Sonny’ego Deweya, przedstawiającego się później jako E.F., wielu odnajduje ślady realnego pastora baptystycznego Johnny’ego Raya Youngblooda, choć oczywiście nie ma on nic wspólnego z główną linią fabularną. Duvall kreśli niezwykle złożoną postać charyzmatycznego przywódcy religijnego, filaru swojej społeczności, który zmaga się z kryzysem w małżeństwie — jego żona w pewnym momencie żąda rozwodu. Niezdolność pogodzenia się z tą sytuacją prowadzi do tragedii, po której bohater decyduje się na ucieczkę. Ostatecznie trafia do Luizjany, gdzie buduje nową wspólnotę wiernych, wspierającą lokalną społeczność — być może traktowaną przez niego jako forma odkupienia wcześniejszych win.

Kilkunastoletnie próby realizacji tego filmu okazały się prawdziwą drogą przez mękę, głównie dlatego, że nikt nie chciał zainwestować w film, w którym co prawda obecny był wątek kryminalny, ale skupiał się on przede wszystkim na powikłanej duchowej drodze głównego bohatera. W końcu Duvall zdecydował się wyłożyć na produkcję 5 milionów dolarów z własnej kieszeni. Później opowiadał, że tuż przed jego oficjalną premierą, gdy prawami do jego dystrybucji interesowali się m.in. przedstawiciele Miramax, jeden z producentów zwierzył mu się z tego, że właśnie takie postacie jak wielebny Sonny przerażają go najbardziej. Nic więc dziwnego, że opór wobec realizacji takiego filmu był ogromny.

Uciec, ale dokąd?

Apostoł
resize icon

Mając szerokie znajomości w branży Duvall nie mógł jednak narzekać na brak zainteresowania występem w nim wśród aktorów. Farrah Fawcett początkowo miała się wcielić w postać Toosie, w końcu jednak zrezygnowała na rzecz zagrania żony głównego bohatera. Gdy do pierwszej z ról została zakontraktowana Miranda Richardson Fawcett jeszcze raz zmieniła zdanie, słysząc jednak od reżysera, że teraz może się już wcielić wyłącznie w małżonkę Sonny’ego lub zrezygnować z udziału w filmie. Malutki, ale zapamiętywalny epizodzik Billy’ego Boba Thorntona zawdzięczamy temu, że Duvall wcześniej, całkowicie za darmo, zagrał w filmie przez niego wyreżyserowanym, wcielając się zresztą w postać ojca głównego bohatera, granego oczywiście przez Thorntona. Na uwagę zwraca również kreacja Waltona Gogginsa, który był wówczas zaledwie początkującym aktorem. 

Film Roberta Duvalla zadebiutował we wrześniu 1997 roku na festiwalu w Toronto, a w końcówce grudnia tego samego roku dostał się do limitowanej oferty amerykańskich kin. Kilka miesięcy później pokazywano go również w sekcji Un Certain Regard na festiwalu w Cannes, gdzie zadebiutował m.in. drugi film Denisa Villeneuve’a “32 sierpnia na Ziemii” czy “Lulu na moście” Paula Astera. “Apostoł” od początku spotkał się z ciepłym przyjęciem obserwatorów. Roger Ebert podkreślał, że film stanowi cenną lekcję tego w jaki sposób można kompletnie uciec od zwyczajowej konwencji, by zgłębić umysłowość prawdziwie niezwykłego bohatera. Wśród piewców filmu znaleźli się zarówno amerykańscy teologowie, jak i sam Marlon Brando, który po seansie obrazu miał przesłać Duvallowi niezwykle serdeczny list, gratulujący mu stworzenia tak znakomitego obrazu.

Pochwały ze strony sławnego kolegi z planu “Ojca Chrzestnego” nie mogą dziwić, gdyż Duvall na dobrą sprawę tworzy w “Apostole” postać niezwykle charyzmatycznego mężczyzny, z którym nie tylko utożsamiać może się wielu Amerykanów, ale również przekazuje on cenną lekcję o micie “American Dream”. Pokazując bohatera, który z jednej strony ucieka karzącej ręce sprawiedliwości, jednocześnie potrafiąc również odbudować swoje życie kompletnie od nowa, bazując na swej naturalnej charyzmie. Wspomniany wcześniej Bruce Beresford określił Duvalla mianem aktora, który potrafi tak mocno przeniknąć granego przez siebie bohatera, całkowicie i bez reszty stając się kreowaną przez siebie postacią do poziomu, który dla ludzi pracujących z nim po raz pierwszy potrafi być wręcz wręcz przerażający. W “Apostole” aktor po raz kolejny dał popisową rolę tworząc obraz człowieka maksymalnie oddanego swoiście rozumianej przez siebie misji, potrafiącego czynić dobro, który jednocześnie bywa tak mocno owładnięty własną wizją rzeczywistości, że czasami przestaje dostrzegać świat na zewnątrz, co nieraz prowadzi do tragedii.

Film Roberta Duvalla oglądany dziś stanowi niezwykle interesujący wgląd w to, jak część obywateli USA postrzega funkcjonowanie amerykańskiego społeczeństwa. W idealnym świecie Sonny’ego Deweya rasa staje się bowiem kategorią nieistotną. Odwołuje się do niej właściwie tylko wewnętrznie skonfliktowany bohater, grany przez Billy'ego Boba Thorntona, który ostatecznie - za sprawą działań wielebnego -  również znajduje ukojenie. Różnice między ludźmi tracą znaczenie, łączy ich bowiem z jednej strony religijność, z drugiej — szeroko rozumiana idea niesienia pomocy członkom wspólnoty. Wizja Duvalla oczywiście potężnie zderza się ze współczesną polaryzacją na wielu frontach, ale być może właśnie dlatego pozostaje tak pociągająca. Stanowi zarazem jedną z cegiełek ogromnej budowli, którą można odczytać jako metaforę całej artystycznej kariery Duvalla. Aktora, o którym współpracujący z nim m.in. na planie ”Bielma” Scott Cooper powiedział, że jego twórczość pozostanie z nami tak długo, jak długo będzie istniała kinematografia.

Źródło: własne
Dawid Ilnicki Strona autora
Z uwagi na zainteresowanie kinem i jego historią nie ma wiele czasu na grę, a mimo to szuka okazji, by kolejny raz przejść trylogię Mass Effect czy też kilka kolejnych tur w Disciples II. Filmowo-serialowo fan produkcji HBO, science fiction, thrillerów i horrorów.
cropper