Nie spodziewałem się, że ten film będzie TAK DOBRY! Sprawdźcie, nie będziecie żałować
Zgodzimy się pewnie, że bywają takie premiery, przy których człowiek jeszcze przed seansem ma przeczucie, że to może „kliknąć”. Opinie z pokazów przedpremierowych, pierwsze reakcje widzów, ciche zachwyty zamiast marketingowego krzyku - to zwykle dobry znak. W tym przypadku dokładnie tak było. Im więcej czytałem i słuchałem, tym mocniej rosło przekonanie, że tu może wydarzyć się coś naprawdę dobrego.
Mimo to zawsze zostaje nutka niepewności. Bo ile razy już zapowiedzi i pierwsze wrażenia pompowały balon, który potem pękał w połowie seansu? Dlatego siadałem do tego filmu z dużymi oczekiwaniami, ale też z lekką rezerwą. Tym większa była satysfakcja, gdy okazało się, że tym razem obietnice miały solidne pokrycie w tym, co faktycznie trafiło na ekran.
Parasite!
Film, o którym mowa, to południowokoreański projekt w reżyserii Bonga Joon-ho, który swoją światową premierę miał w 2019 roku i bardzo szybko przestał być „tylko kolejnym głośnym tytułem z festiwali”. To historia dwóch rodzin z zupełnie różnych światów - jednej żyjącej na granicy ubóstwa, drugiej funkcjonującej w luksusie - których losy zaczynają się ze sobą splatać w coraz bardziej niepokojący sposób.
Film od początku balansuje między gatunkami. Z jednej strony mamy tu czarną komedię i satyrę społeczną, z drugiej thriller, a momentami wręcz kino grozy. Bong Joon-ho bardzo świadomie miesza tonacje, przez co koniec końców wepchnąć “Pasożyta” do jednej, konkretnej grupy stylistycznej.
Skala uznania, jakie zebrał ten tytuł, była ogromna. Film zdobył Złotą Palmę w Cannes, a później sięgnął po najważniejsze Oscary, w tym za najlepszy film - jako pierwszy w historii obraz nieanglojęzyczny. Do dziś jest często przywoływany jako przykład kina, które łączy artystyczną jakość z przystępnością i napięciem typowym dla rasowego thrillera.
I musiałem to sprawdzić
Najmocniej uderzyło mnie to, jak precyzyjnie wszystko jest tu poukładane. Każdy detal scenografii, każdy kadr i każde przesunięcie akcentów ma znaczenie. Dom, przestrzeń, wysokości, schody, okna - to coś jak narzędzia opowiadania historii, choć brzmi to chyba nazbyt doniośle. Oglądając, ma się poczucie, że ktoś naprawdę przemyślał każdy metr tej opowieści.
Ogromne wrażenie zrobiło na mnie też tempo. Film rozwija się spokojnie, wręcz niepozornie, ale napięcie rośnie niemal niezauważalnie. W pewnym momencie zorientowałem się, że siedzę wbity w fotel kina, bo jedna decyzja bohaterów uruchamia kolejne konsekwencje. Zresztą, moja partnerka miała dokładnie tak samo - i reszta sali wcale nie wypadała inaczej.
Do tego dochodzą bohaterowie, których trudno ocenić jednoznacznie. Nikt nie jest tu w pełni czarny ani biały. Widz co chwilę zmienia punkt widzenia, raz kibicuje, raz kręci głową, raz czuje współczucie, a raz niepokój. Ten moralny dyskomfort działa zaskakująco mocno i zostaje w głowie długo po seansie.
Największa siła tego filmu polega jednak na tym, że działa na kilku poziomach jednocześnie. Można go oglądać jako wciągający thriller, można jako komentarz społeczny, można jako precyzyjnie skonstruowaną metaforę. I co najważniejsze - żaden z tych poziomów nie wyklucza pozostałych. Rzadko trafia się kino tak kompletne.
Podsumowując…
To jeden z tych filmów, o których łatwo powiedzieć „trzeba zobaczyć”, ale dużo trudniej wytłumaczyć dlaczego - bez odbierania innym części doświadczenia. Najlepiej działa wtedy, gdy wchodzi się w niego z wiedzą minimalną i pozwala historii robić swoje.
Jeśli ktoś szuka kina, które jednocześnie wciąga, zaskakuje i daje coś do przemyślenia po napisach końcowych, tu naprawdę trudno o lepszy wybór. Seans nie tylko się pamięta - do niego chce się wracać i oglądać go jeszcze raz, już z inną perspektywą. I ja co jakiś czas to robię, bo to po prostu kawał konkretnego kina.
Przeczytaj również
Komentarze (7)
SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych