SKLEP
Jędrzej Dudkiewicz Jędrzej Dudkiewicz 04.04.2018
Player One – recenzja filmu. Spielberg znów porywa na przygodę
2947V

Player One – recenzja filmu. Spielberg znów porywa na przygodę

Ależ zapracowany jest ostatnio Steven Spielberg. Ledwo w naszych kinach wyświetlano nominowaną do Oscarów Czwartą władzę, a już przyszedł czas na Player One. Przyznać muszę, że do kina szedłem bez specjalnych oczekiwań. Okazało się jednak, że Spielberg, mimo 70-tki na karku, wciąż ma w sobie zafascynowanego kinem dzieciaka i potrafi przyrządzić wciągający, efektowny spektakl.

Przyszłość, rok 2045. Świat ma mnóstwo problemów, ale ludzie przestali się już starać je rozwiązywać. Tym bardziej, że przez większość czasu egzystują obecnie w wirtualnej rzeczywistości. Naszym przewodnikiem po świecie, w którym jedynym ograniczeniem jest wyobraźnia będzie Parzival. Razem z przyjaciółmi będzie starał się rozwiązać zagadki pozostawione w grze przez jej twórcę. Jednak nie tylko oni mają ochotę osiągnąć sukces.

Już ekspozycja Player One stoi na wysokim poziomie. Spielberg wie, jak opowiadać nie tylko dialogiem, ale i obrazem, więc wraz z Parzivalem, który tłumaczy, jak wygląda obecnie sytuacja na naszej planecie, schodzimy po kolejnych drabinach jego domostwa, jednocześnie obserwując innych mieszkańców. Od razu wiemy, o co chodzi i jak to wszystko funkcjonuje. Jednak sceny dziejące się w smutnej rzeczywistości stanowią mniejszość filmu. Reszta przenosi nas do Oasis, wirtualnego świata i trzeba przyznać, że jest to niesamowicie wykreowane miejsce. Zasiedlone przez doskonale znane postacie (jak ktoś chce, to spokojnie może wyglądać tam jak Obcy, albo Freddy Krueger), mieni się ono kolorami, tętni życiem i sprawia, że widz w mgnieniu oka rozumie, dlaczego bohaterowie tak bardzo kochają spędzać tam czas. Player One to po prostu wizualno-dźwiękowa uczta, ze scenami – jak szalenie niebezpieczny pościg, czy wizyta w klubie – zwyczajnie zapierającymi dech w piersi. A na dodatek jest tu jedna sekwencja rozgrywająca się w świecie pewnego znanego dzieła, która jest już po prostu całkowitym odlotem. To trochę osobny film w filmie, prawdziwa perełka pośród i tak efektownej otoczki.

Spielberg reżyserem jest znakomitym, więc nawet jeśli większość czasu spędzamy w wirtualnej rzeczywistości i oglądamy avatary bohaterów, kibicujemy im całym sercem. Kiedy trzeba, Player One trzyma w napięciu, w innych momentach wciąga i ekscytuje, w jeszcze innych wzrusza. Powiem więcej, pod koniec zdarzyło mi się nawet dosłownie zacisnąć kciuki, tak bardzo chciałem, żeby postaciom wszystko się udało. Mało który reżyser potrafi tak sprawnie grać na emocjach odbiorcy, jak Spielberg, który dodatkowo sprawia, że Player One wbija w fotel i świetnie trzyma tempo.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, a zrobić to niestety muszę, powiedziałbym, że twórcy niekiedy za bardzo grają na nostalgii widzów, by przykryć tym mielizny fabularne. Jest ich trochę, bo to w gruncie rzeczy bardzo prosta historia, z klasycznym love story. Momentami (ale tylko momentami) wygląda to trochę, jakby zwracali się oni do widza mówiąc: wiemy, że to nic specjalnego, ale skup się na tym, że teraz na ekranie widzisz laleczkę Chucky. Osobiście mam też problem z końcowym przesłaniem, które – to nie jest żaden spoiler – brzmi oczywiście, że prawdziwy świat jest lepszy od rzeczywistości wirtualnej. Niby wiemy, że sceneria, w której poruszają się bohaterowie jest wygenerowana komputerowo i gdzieś tam jest nasza planeta, ale wydaje się to trochę doczepione na siłę. Zwłaszcza, że problemy trapiące świat nie zniknęły, jak za dotknięciem magicznej różdżki. Spielberg trochę za mało uwagi poświęca rzeczywistemu otoczeniu, w którym przebywa Parzival. To jednak niewielkie mankamenty, na które zacząłem zwracać uwagę dopiero po zakończeniu seansu.

Chcę napisać jeszcze jedną ważną rzecz. Myślę, że Player One warto będzie zobaczyć po raz drugi chociażby po to, by na spokojnie tropić wszystkie odniesienia do popkultury, przede wszystkim lat 80. A jest ich mnóstwo, część oczywista i widoczna od razu, część ukryta znacznie lepiej. Z jednej strony jest to bardzo przyjemna kwestia, z drugiej trochę szkoda, że geekostwo ogranicza się tu w zasadzie do krzyczenia „znam to, znam to”, bez żadnej krytycznej analizy. Chodzi mi o to, że już dziś, mimo całej miłości do lat 80., wyraźnie widać, jak wiele złych schematów fabularnych, często szkodliwych społecznie obecnych było w ówczesnych produkcjach. Tym bardziej powinni zauważać to ludzie żyjący w 2045 roku. Zastanawiam się też, do kogo dokładnie skierowany jest Player One. Dla osób w okolicach 30-tki i 40-tki film z pewnością będzie prawdziwą przyjemnością. Ale czy dzisiejsze nastolatki będą zainteresowane Atari i innymi rzeczami, których w ogóle nie kojarzą? Mam wątpliwości. Z drugiej strony przemówić może do nich (i nie tylko) wątek walki ze złą korporacją, która chciałaby wprowadzić do darmowej Oasis mikropłatności za różne elementy. A może po prostu porwie ich przygoda. Bo ta, jak już zostało napisane, jest fenomenalna. Mało kto umie budzić w człowieku dziecko, jak Steven Spielberg.

Tagi: film ready player one recenzja

Werdykt
  • + Świetnie wykreowany świat;
  • + Bardzo dobra reżyseria;
  • + Warto obejrzeć drugi raz chociażby tylko w celu szukania wszystkich nawiązań i mrugnięć okiem do widza;
  • + Niesamowicie efektowne sceny:
  • + Wizualno-dźwiękowa uczta
  • - Twórcy niekiedy sięgają po nostalgię, by przykryć mielizny fabularne i miałkość scenariusza;
  • - Trochę za słabo wybrzmiewające i nieprzekonujące przesłanie
8.0
Jędrzej Dudkiewicz
Jędrzej Dudkiewicz Steven Spielberg przypomniał w Player One, że wciąż jest reżyserem zdolnym zaoferować widzowi niesamowitą i efektowną przygodę.

Miesięcznik PSX Extreme