Najgorsze superbohaterskie filmy - omijajcie je szerokim łukiem...

Najgorsze superbohaterskie filmy - omijajcie je szerokim łukiem...

Kajetan Węsierski | 16.07, 17:00

Obecnie kino bohaterskie kojarzy się różnie - dla jednych każda duża premiera z Marvel Cinematic Universe i DC Extended Universe jest ogromnym świętem, a dla innych to po prostu typowe blockbustery i „popcorniaki”, na które może iść dosłownie każdy i większość tworzona jest na jedno kopyto. Niezależnie od tego, jak to wygląda, dzięki odpowiedniej kasie, najlepszym aktorom oraz nagradzanym reżyserom, udaje się nie schodzić poniżej pewnego poziomu. 

Wiecie, choć zazwyczaj możemy spodziewać się, co dostaniemy przy okazji takiego seansu, to jest też duża szansa, że uda się utrzymać konkretny pułap. Granica normy nie zostanie przełamana, a nawet pomimo pewnych przejawów schematyczności, uda się spędzić dobrze czas. Warto jednak nadmienić, że nie zawsze tak było. Nie przy wszystkich dużych dziełach udało się osiągnąć odpowiedni poziom.

I w dzisiejszym tekście właśnie na takich pełnometrażowych produkcjach aktorskich chciałbym się skupić. Zaprezentuję Wam dziesięć filmów z gatunku superhero, które zebrały najgorsze oceny w historii gatunku (oczywiście z „nowożytnej ery”). Jestem przekonany, że część z nich na pewno sami doskonale kojarzycie, a niektóre być może poznacie pierwszy raz. Jeśli tak, to… Cóż, może odpuśćcie seanse - chyba że dla śmiechu

Blade: Mroczna Trójca (2004)

David S. Goyer i podejście numer trzy do historii najsłynniejszego łowcy wampirów z uniwersum Marvela. Pierwszy film z Bladem był bardzo dobry, drugi najwyżej niezły, natomiast trzeci… Mam wrażenie, że twórcy chcieli całkowicie pojechać po bandzie i dość mocno się na tym wszystkim przejechali. Nie dość, że dostaliśmy tu Drakulę, które sam postanowił zapolować na głównego bohatera, to dołączyło się do tego FBI. 

Green Lantern (2011)

Nie przesadzę, jeśli napiszę, że to najgorsza ekranizacja DC. Prawdopodobnie nie przesadzę też, jeśli wspomnę, że to najgorsza rola Ryana Reynoldsa. I zapewne nie będzie również przegięciem, jeśli stwierdzę wprost, iż to jedna z największych wtop krytycznych minionej dekady. Po tej produkcji obiecywano sobie naprawdę wiele, a koniec końców dostaliśmy całkowite nieporozumienie. 

Superman IV (1987)

Pierwszy Superman z Christopherem Reevem był naprawdę bardzo udany, drugi właściwie podtrzymywał niejako poziom debiutanckiej części i był zwyczajnie poprawny. Po trzecim wielu fanów kręciło nosem i wprost twierdziło, że chyba najwyższa pora dać sobie spokój z dojeniem marki. Twórcy mieli jednak inne zdanie i postanowili uraczyć nas jeszcze jedną odsłoną. Chyba nie muszę mówić, że okazała się tragiczna, co nie? 

The Punisher (2004)

Punisher od Netflixa to - moim skromnym zdaniem - jeden z najlepszych seriali Marvela, jakie kiedykolwiek powstały. Pełnometrażowy Punisher od Jonathan Hensleigh daje zupełnie inne odczucie i nawet pomimo kilku kapitalnych aktorów (John Travolta, Ben Foster, Thomas Jane), można śmiało powiedzieć, iż jest jedną z gorszych ekranizacji jednego z hegemonów branży komiksowej. Kompletna wtopa.

Ghost Rider 2 (2012)

Jeśli miałbym na siłę znaleźć jakieś plusy tego filmu, to chyba wyłącznie efekty specjalne i nazwiska aktorów. Wszystko inne kompletnie nie zagrało. Dostaliśmy beznadziejny wątek fabularny, całkowicie niezrozumiałe motywy bohaterów opowieści i - co najgorsze - niesamowicie nudne kreacje. Można było przysnąć, a jeśli używa się takiego stwierdzenia przy okazji postaci Ghost Ridera, to można być pewnym, że jest to jakiś koszmar. 

Batman & Robin (1997)

Ah ten słynny film z 1997 roku… Joel Schumacher przegiął i to grubo. Złota Malina w pełni zasłużona, a to, jaka profanacja wyszła przy okazji tej produkcji, jest zdecydowanie czymś, czego fani prędko nie zapomną. Nie jestem ani trochę zaskoczony, że mówi się o tym filmie, jak o jednym z najgorszych w historii (bez podziału na kategorie i gatunku). A to przecież jest osiągnięciem samym w sobie, jeśli weźmiemy pod uwagę, jak kapitalni aktorzy tam zagrali. 

Elektra (2005)

Elektra jest jedną z tych postaci Marvela, które bardzo lubię i które moim zdaniem zwyczajnie zasługują na znacznie więcej uwagi. Żałuję, że nie może liczyć na lepsze traktowanie przy okazji komiksów i zazwyczaj odgrywa wyłącznie poboczne role, albo wypada jako tło dla znacznie bardziej znanych ksywek. Film mógł być dla niej przełamaniem - jak oba w MCU dla Strażników Galaktyki - ale niestety okazał się koszmarnie nudny i sztuczny. Nie polecam… 

Fantastyczna Czwórka (2015)

Najnowsze dzieło w zestawieniu i jednocześnie takie, o którym szybko chciałbym zapomnieć. Komiksową Fantastyczną Czwórkę darzę sporym uczuciem i podobnie ma się to w przypadku kreskówki, która niegdyś emitowana była na Fox Kids. Jeśli porównamy sobie wątki fabularne w tym filmie i wspomnianej animacji, to ten pierwszy okaże się zwykłym bublem. I to chyba najlepiej wyjaśnia, skąd taka ocena. 

Catwoman (2004)

Cztery Złote Maliny. Cztery. I nawet zjawiskowa Halle Berry tu nie pomogła. Choć ona sama w roli wypadła przynajmniej przyzwoicie, to cała reszta - od reżyserii, aż po scenariusz - woła o pomstę do nieba. Miałem wrażenie, oglądając ten film, jakby stał za nim ktoś, kto najwyżej przekartkował najważniejsze komiksy traktujące o tej postaci. I to do góry nogami… Jeśli lubicie tę bohaterkę, nigdy tego nie odpalajcie.

Supergirl (1984)

Na sam koniec najstarsza pozycja na liście! Film, który na fali popularności kinowego Supermana miał odnieść ogromny sukces i trafić do serc żeńskiej części widowni. Cóż, nie wyszło. Kara Zor-El, zamiast dać zupełnie inny vibe, ale oparty na podobnych schematach, wypadła po prostu sztucznie. Jak bollywoodzka podróbka Clarka Kenta. Nie wiem, dlaczego do tego doszło, ale zdecydowanie lepiej zapomnieć o tej produkcji! 

cropper