Star Wars

Star Wars: Jedi Fallen Order - dlaczego Zakon ponownie musi upaść?

Krzysztof Grabarczyk | 21.05, 20:00

Miecze świetlne fascynowały od samego początku, tj. od 1977 roku przy Nowej Nadziei. Stały się nieodłącznym orężem pokoleń popkultury. Kiedy pierwsze gry osadzone w gigantycznym uniwersum Gwiezdnych Wojen zeszły na ten świat, oczekiwano wciąż produkcji godnie reprezentujących filmowe pojedynki przy użyciu broni świetlnej. Tak naprawdę, musieliśmy długo czekać. 

Wejście branży gier do galaktyki trówymiaru zrodziło wiele niezapomnianych, interaktywnych wizji. PC otrzymał fantastyczne Star Wars: Jedi Academy. Pierwszy raz czułem, że ktoś wykorzystał potencjał mieczy świetlnych w grze komputerowej. Tych była cała masa, lepszych czy gorszych. Oczekiwałem jednak czegoś więcej, ponieważ nadal brakowało pewnej świeżości, nawet jeśli miałaby zostać zapożyczona z całkiem innej epoki. Tak też się stało gdy Respawn Entertainment po dwóch rewelacyjnych częściach Titanfall wzięli się za Gwiezdną Sagę. Punktem odniesienia stało się Sekiro: Shadows Die Twice. Nigdy wcześniej walka mieczem nie zapewniła mi takiej satysfakcji. Skoncentrowano się wyłącznie na pojedynczym orężu wykorzystując do maksimum jego możliwości ofensywne oraz defensywne. Respawn uczynili to samo pisząc międzygwiezdną historię młodego padawana, wyjętego żywcem z postaci Jokera w serialu Gotham.

Wezwanie Mocy

Star Wars

Projekt imponował od pierwszych zapowiedzi. Wreszcie powstaje gra, która kładzie nacisk w równym stopniu na mocny scenariusz oraz kwestie czysto techniczne. Większość gier traktowałem z reguły w ramach ciekawostek opartych na nostalgii fanów. Miło oglądać ulubieńców ze starej trylogii w interaktywnym wydaniu. Niczym Anakin Skywalker z "Zemsty Sithów" - zawsze chciałem czegoś więcej, czegoś bardziej ambitnego z jednoczesnym poczuciem wyzwania. Gwiezdne Wojny: Upadły Zakon sprostało tym oczekiwaniom. Walka brzmi tutaj jak należy. Liczy się wręcz matematyczny refleks, wyliczony co do sekundy. Upadły Zakon jest gwiezdną analogią dla cyklu Batman Arkham - projekt wnoszący fabularną oraz koncepcyjną świeżość do powszechnie znanego kanonu postaci oraz wydarzeń. Przyznał to również aktor odgrywający rolę głównego bohatera, Cala Kestisa. Oddajmy na moment głos Cameronowi Monaghanowi - "Długo czasu upłynęło, zanim jakakolwiek gra była w stanie wypełnić tę lukę. Zawsze chciałem czegoś takiego jako fan Gwiezdnych Wojen oraz gracz. Opowiedziano historię tak znaną a jednocześnie tak świeżą w uniwersum. Historia bardzo epicka i osobista zarazem. Zespół wykonał fantastyczną pracę" - wspominał rychło przed premierą w listopadzie, 2019 roku. Gra wówczas zaliczyła swój pierwszy debiut, w ostatnim pełnym roku starszej generacji konsol. 

Dla Monaghana, możliwość zagrania roli w bogatym uniwersum głównej sagi to zaszczyt. Jego autorska kreacja Księcia Zbrodni w Gotham dawała pewne podstawy by sądzić, iż dysponuje talentem aktorskim. Widziałem w nim jednak osobę skłonną do ról antybohaterskich. Upadły Zakon pozytywnie zweryfikował spostrzeżenia. Nieznany wcześniej szerszej publice Cal Kestis wyrasta na pierwsze rycerza Jedi z nowego pokolenia. Przetrwał rozkaz 66. Star Wars: Jedi Fallen Order to nie tylko pomysłowa, wypełniająca lukę między starą a nową sagą opowieść. Przede wszystkim jest gwarantem bardzo satysfakcjonującej i wymagającej rozgrywki. Inspiracje nurtem From Software uderzają z każdej strony. Punkty medytacji to przecież reinkarnacja ognisk z serii Souls. 

Odradzanie się przeciwników, starcia opierające się na obserwacji i poszukiwaniu luk w obronie oraz odbicia - esencja Sekiro: Shadows Die Twice została przeniesiona bardzo sprawnie. Walki brzmią jak należy, wreszcie mogliśmy poczuć faktyczny ciężar starć w realiach Gwiezdnych Wojen. W czasach gdy kina wyświetlały niezapomniane starcie z Darth Maulem - żadna gra nie była w stanie choć częściowo oddać wielowymiarowości takiego pojedynku. Upadły Zakon pozwolił na to. Nawet jeśli to jedynie wytrawny pastisz Uncharted z Sekiro. Sukcesem w tworzeniu wciągających produkcji nie zawsze jest nowatorskie podejście, lecz umiejętności dobrania znanych składników. Respawn Entertainment skorzystali z najlepszych receptur. Przed Calem Kestisem jedynie Galen Marek zbliżył się do tego poziomu. Star Wars: the Force Unleashed podążało jednak drogą Boga Wojny wchodząc bardziej w ramy slashera. To nie był jeszcze czas współczesnej hegemonii souls-like'ów. 

"May the 4th be with You"

Star Wars

Niedawno obchodzono coroczne święto fanów Gwiezdnej Sagi na całym świecie. Wszak 4 maja jest uznany "Dniem Gwiezdnych Wojen". Postanowiłem chwilę skorzystać z okazji by w akcie solidarności z fanami uniwersum - również nieco skosztować gwiezdnych słodkości. Zakupiłem Upadły Zakon w edycji PlayStation 5. Wcześniej zmagałem się z produkcją na PS4 PRo. Rozgrywka w luksusie 60 klatek na sekundę to rzecz bezcenna. Każdy atak, każde odbicie wygląda i porusza się z nieludzką sprawnością, niczym Jedi. Postanowiłem uruchomić tytuł na najwyższym poziomie trudności. Gwiezdne Wojny: Upadły Zakon tym samym odsłonił mi pełnię swoich możliwości. Walki z łowcami stały się trudne jak w grze From Software, porażka motywuje niczym trening. w tej kompletnej edycji nie brakuje już niczego. Oprawa podciągnięta do lepszych standardów i wydajność. 

Moim celem jest wydobycie platynowego trofeum. Wszystko w oczekiwaniu na powstający sequel. Przynajmniej taką żywię nadzieję. Gameplay dzięki wyraźnym podobieństwom do Sekiro/Dark Souls (lecz prędzej rozdaje ukłony w stronę tego pierwszego) pozostanie uniwersalny, niczego nie trzeba w tej materii zmieniać, tym bardziej rodzaju oręża. Historia i sposób ujęcia zachwyca już w pierwszej grze. Swobodne lawirowanie pomiędzy planetami, garść widowiskowości z Uncharted, soulsowa eksploracja z uwzględnieniem ciężaru postaci. Cal w trakcie wędrówki ku odkryciu prawdy o historii Zakonu nie bawi się w akrobacje, to dość "przyziemna" wycieczka. Doceniam chęć zachowania poczucia realizmu w świecie fantastyki. Zawsze. Sequel nie potrzebuje zatem wielkich zmian, ponieważ opiera się na uniwersalnym i wciąż niepodważalnym schemacie - ciągłemu wyzwaniu. Nic nie nastraja w grach tego typu lepiej niż walka i kara za najmniejsze błędy. Jeśli ktokolwiek z Was twierdzi inaczej, polecamy wrócić do gry z wyborem najwyższego poziomu trudności. Docenicie grę bardziej niż samego Cala Kestisa. Respawn, czekamy na więcej. Powodem jest arcyudana część pierwsza. Lepszej rekomendacji nie będzie. 

cropper