wiking

Czy The Northman to najbardziej realistyczny film o wikingach w historii?

Dawid Ilnicki | 15.05, 16:00

W końcówce kwietnia doczekaliśmy się w końcu premiery “Wikinga” Roberta Eggersa, który miał połączyć interesującą tematykę z niezwykle oryginalną wyobraźnią, jednego z najbardziej cenionych, młodych twórców filmowych. Choć gdzieniegdzie można usłyszeć pomruki niezadowolenia ludzi narzekających na to, że nie dostali filmu jakiego się spodziewali, kolejne artykuły odsłaniają kulisy niezwykle skomplikowanego i długiego okresu przygotowawczego do realizacji tego widowiska. 

“The Northman” cieszył się ogromnym zainteresowaniem właściwie od momentu samego ogłoszenia realizacji projektu, a wielu kinomanów odliczało dni do premiery tego widowiska. Można zaryzykować stwierdzenie, że nie było w ostatnim czasie tak wyczekiwanego obrazu, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę produkcje niepowiązane ze znaną, filmową serią. Powodów tego było kilka. Pierwszym jest oczywiście ogromne zainteresowanie ludami Północy, głównie za sprawą wielkiego sukcesu serialu History “Wikingowie”, a także niezłego przyjęcia serii BBC “The Last Kingdom”, ufundowanej na twórczości Bernarda Cornwella. Drugim czynnikiem była jednak niewątpliwie postać wciąż młodego, reżyserskiego wizjonera, Roberta Eggersa, który za sprawą swych dwóch wcześniejszych filmów zdołał zapisać się w świadomości widzów jako twórca bardzo nietypowych dzieł.

Sławna jest w środowisku ogromna dbałość Eggersa o szczegół i wielomiesięczna praca nad dokładnym rozpisaniem scenariusza, scena po scenie, jak również dokładne badanie okresu historycznego, w którym osadzony zostaje jego nowy film. Przygotowania te budzą respekt, nawet wśród zdecydowanie bardziej doświadczonych kolegów po fachu. “Nigdy nie widziałem tak dokładnej rozpiski poszczególnych scen, stworzonej przez samego reżysera. 90 procent twórców nie robi tego typu rzeczy. Jego scenorysy były drobiazgowe, wręcz hitchcockowskie” - powiedział, cytowany przez New Yorkera, Chris Columbus, pełniący rolę producenta wykonawczego na planach dwóch pierwszych filmów Eggersa, które zapewniły mu międzynarodową sławę.

Choć bowiem urodzony w 1983 roku twórca nadal uważa się za reżysera początkującego, z nieudawaną skromnością rozpoczynającego choćby wykład o scenopisarstwie i reżyserii pod egidą BAFTA, to jednak jest już artystą uznanym, zwłaszcza wśród fanów ambitnego horroru. Głównie dzięki sukcesowi “Czarownicy: bajki ludowej z Nowej Anglii” z 2015 roku, która przy niewielkim budżecie (4 miliony), zarobiła ponad 40 milionów dolarów, stając się jednym z pierwszych, wielkich sukcesów prężnie działającej dziś wytwórni A24. Ciężej o niego było już w przypadku “The Lighthouse”, które mimo doskonałej obsady, okazało się dziełem na tyle hermetycznym, że nie zarobiło nawet 20 milionów, nie zaliczając jednak finansowej klapy, bo zwracając z nawiązką kwotę budżetu.

Fakt, iż za realizację, wydawać by się mogło bardzo typowej, sagi o wikingach bierze się autor tak osobliwych filmów mógł jednak zaskakiwać, a uczucie niepewności dodatkowo potęgowały wypowiedzi samego Eggersa. Reżyser przyznawał, że sam nie interesował się wcześniej zbyt mocno ludami Północy, uznając ich historie za zbyt maczystowskie i z jego perspektywy zwyczajnie nudne. Choć bowiem Amerykanin wychowywał się na filmach takich jak “Conan Barbarzyńca” to jednak ostatnimi czasy stronił od kina czysto rozrywkowego. Jak sam wspominał, w wywiadzie dla Total Film: “Nawet moi znajomi, których można uznać za filmowych snobów, mają od czasu do czasu chęć na obejrzenie dla rozrywki choćby “Szklanej Pułapki”; cóż, ja zupełnie nie”. Jak więc się stało, że twórca niszowych obrazów otrzymał od dystrybutorów ogromne pieniądze (od 70 do 90 milionów dolarów) na realizację mrocznego, ale również nietypowego widowiska o wikingach?

Zaskakujące spotkanie

wiking

Historia realizacji tego dzieła jest już dobrze znana. Tak naprawdę pomysł stworzenia opowieści na bazie skandynawskich sag wyszedł od grającego w filmie główną rolę Alexandra Skarsgårda, który od dawna - wraz z producentem Larsem Knudsenem - zastanawiał się nad zrobieniem filmu na ich podstawie. Dobrze znany szwedzki odtwórca poznał Roberta Eggersa w 2017 roku, na jednym z typowych biznesowych spotkań, o których sam reżyser wspominał jednak jako o rozmowach zwykle nie przynoszących żadnych konkretów. W trakcie dyskusji aktor wspomniał o swych planach i przywołał postać Knudsena, z którym Amerykanin znał się z planu “The VVitch”. Dość niespodziewanie sam projekt mocno przypadł mu do gustu; jeszcze kilka lat temu pewnie w ogóle by go zlekceważył, ale wszystko zmienił jeden wyjazd zagraniczny.

 Wcześniej bowiem reżyser, wraz z żoną Alexandrą Shaker, był w podróży na Islandii, gdzie zachwyciły go tamtejsze krajobrazy, które prawdopodobnie otworzyły go na tematy, eksplorowane przez niego już we wcześniejszych filmach. W jednym z wywiadów wspominał zresztą, że małżonka od początku uważała, że powinien dać szansę wikińskim sagom, które - biorąc pod uwagę jego własne zainteresowania - powinny go zachwycić. Po powrocie do domu twórca rzucił się w wir zgłębiania wspomnianych historii, w których odnalazł sporo punktów stycznych z własnym kulturowym, anglosaskim backgroundem. Jak się okazało zupełnie nieprzypadkowo. 

 Bardzo ważnym spotkaniem na Islandii okazała się również rozmowa z Björk, z którą małżeństwo zapoznało się dzięki wspólnej znajomości z Robinem Carolanem, szefem muzycznej wytwórni Tri Angle, będącym również jednym ze współpracowników islandzkiej artystki. Okazała się ona zresztą fanką pierwszego obrazu reżysera i od razu przedstawiła ich swemu przyjacielowi, pisarzowi i poecie Sjónowi. Późniejszy wkład Sigurjóna Birgira Sigurðssona w wizję amerykańskiego twórcy okazał się kluczowy. Nie dość bowiem, że sam był on zakorzeniony w tego typu historiach i sposobie opowiadania, to jeszcze równoważył naturalny pierwiastek szekspirowski, ku któremu z oczywistych względów ciążył sam Eggers, i do czego przyznawał się zresztą w późniejszych wywiadach.

To co dziś znamy pod tytułem “The Northman” od początku nie miało być jednak typową produkcją o wikingach, jaką znamy z dzisiejszych czasów. Choć bowiem Eggers dobrze zna serial History, stara się raczej - z czystej kurtuazji - nie wypowiadać na temat jego zgodności z historią. Brak doświadczenia w realizacji wielkich widowisk akcji, jakim z konieczności miał być “Wiking”, mógł też stanowić problem, zwłaszcza gdy mówimy o ogromnym budżecie tego filmu. Sam reżyser przyznał jednak, na wspomnianym już wykładzie BAFTA, że w rozmowach z przedstawicielami finansującymi produkcję stara się zawsze przedstawiać swoje projekty z jak najgorszej - z punktu widzenia marketingowego - strony, by uniknąć wszelkich nieporozumień już na początku współpracy. Widocznie jednak wizja połączenia “Conana Barbarzyńcy” z “Andriejem Rublowem” przypadła im do gustu, bo film otrzymał solidne finansowanie, którego potrzebował.

Ogromny research 

Wiking film

“Kiedy pierwszy raz pomyślałem: chcę zrobić film o wikingach, wiedziałem trzy rzeczy. Akcja musi się toczyć głównie na Islandii, musi być historią o zemście, a do tego w finale zobaczymy bitwę dwóch nagich mężczyzn pod wulkanem” - powiedział Robert Eggers i słowa oczywiście dotrzymał. Już w trakcie prac ze wspomnianym już wcześniej Sjónem najbardziej do gustu przypadła im XIII-wieczna duńska opowieść o Amleth’cie, która znalazła się w zbiorach najbardziej znanego kronikarza tych czasów, Saxo Grammaticusa, którego spuścizna stała się również podstawą losów Ragnara Lodbroka, głównego bohatera serialu History. Sam reżyser przyznał, że nie był wcześniej świadomy tego, że zainspirowała ona również Szekspira do napisania jednego ze swych najważniejszych dramatów.

Z długiej rozmowy, jaką Marc Maron przeprowadził z Robertem Eggersem w swoim podcaście, wiadomo że po napisaniu skryptu twórcy postanowili zasięgnąć opinii największych znawców kultury ludów Północy, wśród których byli przede wszystkim Neil Price, Jóhanna Friðriksdóttir i Terry Gunnell. Nawet oni nie byli jednak świadomi nad jak drobnymi szczegółami zastanawiali się realizatorzy filmu. Dotyczyły one nie tylko tego w jaki sposób właściwie oświetlić miejsce tradycyjnych spotkań wikingów, ale nawet takich detali jak ówczesne przesądy związane z krwią menstruacyjną. Zabawną anegdotą, związaną z realizacją obrazu, a pokazującą dokładność jakiej hołdowali Eggers wraz z Sjónem, było odkrycie - przez wspomnianego już Neila Price’a - niewłaściwej runy, umieszczonej tuż przed napisami końcowymi. Mimo tego, iż produkcja była już w zasadzie skończona, a sam ekspert powiedział, że zorientować w tym błędzie mogłoby się zaledwie około 40 osób na całym świecie, musiał on zostać poprawiony.  

Bardzo dokładnie wybrano również plany zdjęciowe, jak się okazuje ledwie imitujące miejsce akcji samego filmu, czyli Islandię. Najlepiej okazała się do tego nadawać Irlandia, gdzie rzeczywiście zrealizowano najwięcej materiału. Robert Eggers sam przyznał w wywiadzie, że zajmował się doborem odpowiednich terenów, najpierw oglądając je z pokładu łodzi do połowu homarów, a następnie z helikoptera. Kluczowe w całym obrazie, bo kończące go sekwencje, toczone w bardzo specyficznym miejscu, zostały nakręcone w Hightown Quarry, w północnej Irlandii. Niezwykle istotne dla oddania właściwej atmosfery okazała się również współpraca z ekipą, która wcześniej realizowała obrazy Ridleya Scotta, a także odcinki “Gry o Tron”.

Warto się pochylić również nad tworzeniem konkretnych obiektów, a nawet małych przedmiotów, które widać w filmie. Ogromny budżet obrazu sprawił, że reżyser mógł na jego planie pozwolić sobie niemal na wszystko, co było dla niego nowością, szczególnie biorąc pod uwagę to, że jeszcze podczas kręcenia “The VVitch” - jak sam wspominał - znał każdą najmniejszą rzecz wytworzoną na potrzeby filmu. W przypadku “Wikinga” nie było już to możliwe. Ekipa realizująca widowisko sama przyznawała, że makiety osad czy fortyfikacji obronnych mogłyby - po zakończeniu tworzenia produkcji - zostać oddane do muzeum wikingów. Nieodłączną częścią ekwipunku, który musiał się znaleźć na planie, były naturalnie tradycyjne łodzie. Ich twórcy byli tak pewni jakości swego wyrobu, że od razu postanowili wypróbować je w naturalnym środowisku. Dotyczy to również grającego w filmie główną rolę Alexandra Skarsgårda, którego poświęcenie dla tego projektu okazało się bezgraniczne. Jak się okazuje zresztą nie tylko jego.

Absolutne poświęcenie dla projektu

Wiking

By zagrać potężnego Amletha, nieustraszonego wojownika, owładniętego żądzą zemsty na zabójcach jego ojca, szwedzki odtwórca musiał powrócić do swej fizycznej formy z czasów realizacji pamiętnego “Tarzana: Legendy” z 2016 roku, w czym pomagał mu asystent, pracujący z nim również na tamtym planie, Magnus Lygdbäck. Ciekawostką jest fakt, iż jeszcze kilkadziesiąt dni wcześniej Szwed, w otoczeniu ekskluzywnych willi, jachtów i helikopterów, grał rolę jednego z najbogatszych ludzi na świecie, odtwarzając Lukasa Mattsona w trzecim sezonie “Sukcesji”. Tym razem, wraz z całą ekipą, musiał mierzyć się z trudem pracy w deszczu i błocie.

 Robert Eggers powiedział bowiem, że przez 98 dni kręcenia zdjęć do jego obrazu właściwie cały czas padał deszcz, co jednak dość dobrze oddało znój i trud życia ludzi w konkretnym miejscu i czasie. Na szczęście większość obsady była już przyzwyczajona do pracy z Amerykaninem i mocno wierzyła w powodzenie jego nowego projektu. Dotyczy to zarówno Anyi Taylor-Joy, grającej już w “The VVItch”, jak i aktora znanego z “The Lighthouse”, czyli Willema Dafoe. Reżyser wspominał zresztą, że o ile - bodaj najbardziej doświadczony artysta na jego planie - jeszcze podczas realizacji poprzedniego, wspólnego filmu narzekał na pewne rozwiązania młodego twórcy, przy tworzeniu “Wikinga” był już do nich przyzwyczajony. Interesująco wypadły w filmie również role dwójki odtwórców, kojarzonych zdecydowanie z innymi postaciami, czyli Nicole Kidman i Claesa Banga, którego anglosaska widowni kojarzyła raczej jako eleganckiego przedstawiciela artystycznej elity z uhonorowanego Złotą Palmą w Cannes “The Square” Rubena Ostlunda, ewentualnie jako hrabiego Draculę. W kompletnie innym wydaniu wypadł jednak znakomicie. 

Ulewa i duża ilość błota sprawdziły się zwłaszcza przy kręceniu wyjątkowo osobliwej rozgrywki w tzw. Knattleikr, którą sami twórcy określili mianem “popieprzonego lacrosse”, stanowiącego połączenie wspomnianego sportu z futbolem australijskim, mającego opinię dużo brutalniejszego od swego amerykańskiego odpowiednika. Rozpoznanie charakteru samej rozgrywki, pojawiającej się od czasu do czasu w skandynawskich sagach, i jej zasad jest zresztą kolejnym przykładem tego jak dalece sięgnęły badania nad okresem historycznym, w którym umiejscowiono akcję filmu. Choć sam Eggers przyznaje, że w filmie da się pewnie dostrzec sporo błędów, to jednak pracujący dla niego eksperci postrzegają jego widowisko jako prawdopodobnie najdoskonalszą produkcję o wikingach w historii, nazywając wręcz swoim wymarzonym projektem.

W momencie pisania tego artykułu “The Northman”, wedle oficjalnych danych, nie zdołał jeszcze zwrócić kosztów realizacji, zawodząc przede wszystkim w pierwszym tygodniu wyświetlania (23 miliony w box office w trakcie premierowych trzech dni), który dla większości produkcji jest okresem kluczowym. Niestety ten wynik może wpłynąć negatywnie na realizację podobnych widowisk w przyszłości. Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę to, że - jak wspominał sam reżyser - Eggers nie miał pełnej kontroli nad montowaniem swego filmu, który zapewne ostatecznie nie jest do końca jego własną, autorską wizją. Być może zatem tworzenie tak skomplikowanych, poprzedzonych drobiazgowymi badaniami fabuł rzeczywiście nie ma dziś sensu, bo tak czy inaczej zaliczą one finansową klapę. 

Z drugiej jednak strony akurat rok 2022 może być postrzegany jako kluczowy dla kina rozrywkowego. W ciągu kilku miesięcy do kin weszły bowiem dwa interesujące obrazy, rozszerzające formułę typowych masowych widowisk filmowych. Z jednej strony mowa tu o “Wszystko Wszędzie Naraz” Kwana i Scheinerta, którego powszechne, entuzjastyczne przyjęcie może się wiązać z marzeniem o czasach, w których standardowe, bo mocno zachowawcze filmy głównonurtowe, staną się dla większej części widowni zbyt nudne, co wzmoże kreatywność w tworzeniu kolejnych opowieści. Podobny szlak mogłoby wytyczyć, dla kina około-historycznego, widowisko Roberta Eggersa, które obok sporej widowiskowości może się pochwalić również solidnym researchem i ogromną ilością nawiązań filmowych: od “Wikingów” do kina Andrieja Tarkowskiego, i w tym sensie jest bliskie innej, podobnej produkcji z ostatnich miesięcy, czyli „Zielonego Rycerza” Davida Lowery'ego. Dlatego też z całą pewnością warto jeszcze wybrać się na ten film do kina lub kupić wydanie Blu-ray, by poprawić jego bilans finansowy.  

cropper