Krzysztof Grabarczyk Krzysztof Grabarczyk 11.09.2021
Film Resident Evil: Welcome to Racoon City - horror czy zmora?
2362V

Film Resident Evil: Welcome to Racoon City - horror czy zmora?

Andersonowska epopeja nawarstwiona festiwalem scen i dialogów wręcz kiczowatych, dobiegła już końca. Chciałoby się rzecz, "na szczęście". Resident Evil: Genesis, czyli pierwsza tak udana adaptacja gry komputerowej od lat zwiastowała powrót reżyserkiej kliszy na właściwy tor. Był to obraz solidnie zrealizowany, wyważono tutaj zarówno sceny intensywnej akcji przeplatając je z logicznymi próbami wyjaśnienia genezy "zombifikacji" uprzednio zmarłych. 

W praktyce, debiut Alice Prospero (Milla Jovovich) stanowił pierwszy film z zombie od przeszło dekady (2002). Przynajmniej tak wówczas mówiono. Rodzi się więc pytanie na początek - czy film oparty na "grze o zombie" ma szansę na bycie czymś więcej niżeli wabikiem i ciekawostką dla fanów legendarnego cyklu Capcom? Znamy już marne losy dalszych filmów spod oka Paula W.S. Andersona, jego perypetii wspólnie z panią Jovovich.

Niestety, zdecydowanie woleliśmy zapomnieć o całej filmowej dramie. Promykiem nadziei stały się produkcje oparte na CGI, z różnymi skutkami. Dawniej, sam George Romero usiłował nakręcić autorski scenariusz, lecz do porozumienia nie doszło, natomiast jedynym spadkiem w tej kategorii pozostaje jego słynna reklama Biohazard 2 z żywymi aktorami. Po szczytne ambicje sięgnął dekady potem Johannes Roberts, reżyser brytyjskiego pochodzenia. Pod koniec roku przywita nas w filmowym Raccoon City. Należę do grona wieloletnich fanów cyklu, więc z mojej skromnej perspektywy - nachodzą mnie czasem lekkie obawy. 

Przy nadziei

Resident Evil film

Często przy nazwisku reżysera kierujemy się jego wcześniejszymi dokonaniami. Sam o Robertsie tak naprawdę, niewiele słyszałem. Nazwisko przyciągnęło moją uwagę dopiero w chwili ogłoszenia całego przedsięwzięcia. Z czasem, Internet nawiedziły pierwsze ujęcia z filmowego planu. Ukazujące najbardziej ikoniczne z chronologicznych wydarzeń oryginalnej trylogii. A ta otrzymała już pełne renowacje, z wielkim uznaniem publiczności. Czego jednak naprawdę potrzebuje dobry horror, zwłaszcza taki utrwalony na filmowej kliszy? Przede wszystkim, nieco kameralności. Ten aspekt mocno zaniedbano już przy Resident Evil 2: Apokalipsa (2004), rzucając akcję na ulice Raccoon City. Teraz sięgnijcie wspomnieniami, jeśli czytając dzisiejszy wpis pamiętacie beztroskie wieczory na 32-bitowych ulicach prerenderowanego Raccoon z klasycznego PlayStation. To dwie, totalnie odmienne wizje. Raccoon City w grach symbolizowało raczej spokojne, mniejsze miasteczko, bez wystrzelonych w niebo drapaczy chmur, czyli zawartości filmowej adaptacji. Zupełnie jak dwie alternatywne rzeczywistości. 

Roberts zdaje się uciekać w stronę najmniejszego ryzyka, czyli nostalgii weteranów cyklu. Pierwsze ujęcia z planu wywołały spory odzew, zupełnie inaczej niż w przypadku każdej kolejnej propozycji Andersona i jemu podobnych (nie zawsze reżyserował). Nierzadko już przed oficjalną premierą skazywano owe filmy na porażkę. I równie nierzadko, bardzo słusznie. Stężeniem kiczu stała się nieudolna próba wiernego naśladownictwa starcia w RE: Afterlife nawiązująca do kluczowej potyczki piątej odsłony gry. Pamiętacie czy woleliście zapomnieć? Nowa ekipa filmowa próbuje zabrać dryfującego nostalgicznie widza w realia upalnego lata, 1998 roku. Gdzieś tam w górach Arklay. O dziwo, już wcześniej próbowano tego dokonać za pośrednictwem niedoszłego serialu. Resident Evil: Arklay zapowiadało się na serial o podłożu kryminalnym, z niewyjaśnionymi zabójstwami i zaginięciami w tle. Temat znany co bardziej pamiętliwym do treści graczom sprzed rocznika '96. W rozmaitych dokumentach oraz przeraźliwych notkach natrafialiśmy na wzmianki dotyczące makabrycznego preludium upadku Raccoon City i jego mieszkańców, oczywiście w grach. 

Zaprezentowano nawet pierwsze materiały z serialu, lecz cała inicjatywa ostatecznie trafiła do szuflady martwych koncepcji. Resident Evil: Witajcie w Raccoon City uderza w moje nastoletnie wspomnienia, kiedy dorastałem jako gracz. Czy to jednak w całej swojej okazałości wystarczy aby odnieść sukces? Weźmy pod uwagę, że oryginalna trylogia to mimo wszystko, scenariusze klasy B ze szczyptą kinowego rozmachu, choć nadal w charakterystycznym, kameralny ciągu. Wystarczyło umieścić dwa, pikselowate modele zombie w narysowanym ręcznie korytarzu, ubarwić to odpowiednią nutką i otrzymywaliśmy survival-horror wyprzedzający swoje czasy. Dlaczego nigdy potem nie udało się to w skrypcie filmowego scenariusza? Czy wizja Robertsa hołdująca wydarzenia z dwóch pierwszych odsłon serii sprosta temu zadaniu? Na pozór, wydaje się to względnie łatwe. Pozory bardzo często bywają mylące. 

Niezbędna poprawność

Resident Evil film

Docieramy do kolejnego z wielu miejsc, w których diabeł mówi "dobranoc". Ostatnimi czasy dość często używam tego sformułowania, co zapewne widzisz, kimkolwiek jesteś, Czytelniku. Poprawność polityczna wkroczyła na salony zarówno interaktywnej jak i kinowej rozrywki. Słowem, nietrudno dzisiaj o naruszenie czyiś uczuć, przekonań bądź idei. Nastały czasy bezkrytycznej akceptacji rozwiązań, nawet wbrew materiałowi źródłowemu. Czy to dobrze, czy źle? Oceńcie sami. Dzisiaj, obecność wielokulturowej obsady staje się niezbędną formalnością, być może dokładającą część publiczności. Tymczasem geneza oryginalnych, ikonicznych bohaterów Resident Evil 1/2 to przede wszystkim USA. Roberts jednak woli ostrożniej stąpać wzdłuż tematów tabu, stąd ekipa aktorów reprezentuje różne narodowości. Takie już mamy czasy. 

Najważniejszy jest bowiem efekt końcowy. A skoro już na temat poprawności wkraczamy, pozostaje jeszcze najważniejsza kwestia - chronologia zdarzeń. Czy zatem możliwe jest skutecznie upchnąć wydarzenia z obu kluczowych, otwierających uniwersum gier? W końcu klasyk i jego jeszcze bardziej klasyczny sukcesor to miks wielu bardzo znanych i lubianych wydarzeń. Od misji S.T.A.R.S. upalnej, lipcowej nocy po jesienny przyjazd do zarażonego już miasta świeżo upieczonego funkcjonariusza tutejszego departamentu policji (R.P.D.). Wszyscy dobrze wiemy, że troszkę tego jest. Upychanie znanych scen w ograniczonym czasie nie wróży nic dobrego. Ewentualnie reżyser sięgnie po fabularne przeskoki, lecz Resident Evil nigdy nie podejmowało tematu w pofragmentowanym stylu. Oglądając niedawne zdjęcia z rezydencji Specnera, uwagę przykuła filmowa Lisa Trevor. W świetle remake'u Resident Evil (2002, GameCube) jej historia, sposób przemieszczania się, aparycja ofiary dotkniętej wieloletnim eksperymentami z użyciem wirusa czyniły wizerunek postaci niemal tragicznej. Przynajmniej sam tak to zapamiętałem. 

Ciekawą koncepcją byłoby rozwinięcie wątku Lisy. Obawiam się jednak, że reżyserskie oko decyduje się na jej obecność i charakteryzację wyłącznie w celach dekoracyjnych. Choć moje osobiste obawy wydają się być lekko na wyrost, nie sądzę abyśmy mówili o nadchodzącej, wielkiej adaptacji. Z jednej strony, cieszy wybór tradycyjnej scenografii, z zachowaniem chronologii. Z drugiej, niczym nie zaskoczy to miłośników cyklu. Roberts zdaje się dostosowywać pod pokoleniowy materiał źródłowy, lecz wystawia się mocno na krytykę. Kiedy wybierzemy się już do kina pod koniec roku, z miejsca będziemy porównywać Resident Evil: Witajcie w Raccoon City (ah, ten wymowny tytuł) z grami. I uwierzcie mi, nie będzie to bezkrytyczne podejście. Dlatego w tekście mowa jednocześnie o pójściu na łatwiznę i sporym ryzyku wizerunkowym filmu. Anderson szedł własnym torem, daleko nie zaszedł. Co zrobi Roberts? Idzie wraz z oczekiwaniami fanów, lecz również stąpa po bardzo cienkim lodzie. Wybierzecie się na film czy zaczekacie na platformy streamingowe? 

Tagi: Capcom Resident Evil