Prawna hipokryzja Sony obnażona. Fani wypunktowali PlayStation i politykę gier cyfrowych
W toczącym się w Kalifornii pozwie zbiorowym przeciwko Sony doszło do kuriozalnego starcia argumentów, które wywołało powszechne oburzenie w społeczności graczy.
Odpowiadając na zarzuty o wprowadzanie konsumentów w błąd i niedostateczne informowanie o tym, że zakup cyfrowy to jedynie odwoływalna licencja, prawnicy japońskiego giganta stwierdzili, iż każdy „rozsądny konsument” doskonale zdaje sobie sprawę, że nie staje się właścicielem gry po transakcji w PlayStation Store.
Linia obrony korporacji zakłada, że zasady te są oczywiste i wynikają z regulaminów, dlatego sklep nie musi eksponować faktu, iż użytkownik kupuje jedynie czasowy dostęp do pliku.
Na reakcję graczy nie trzeba było długo czekać. Społeczność natychmiast ruszyła do archiwów i zaczęła skrupulatnie dokumentować wszystkie przypadki, w których Sony we własnych materiałach promocyjnych, komunikatach systemowych i na stronach sklepu bez ogródek używało słów „posiadać”, „własność” czy „właściciel”.
W ramach inicjatywy Consumers Rights Wiki powstała obszerna baza dowodów demaskująca marketingowy język korporacji. Internauci wykazali, że przez lata to sam producent konsekwentnie budował w klientach poczucie pełnej własności cyfrowych produktów, rzadko opatrując te komunikaty jakimikolwiek gwiazdkami czy zastrzeżeniami prawnymi.
Zgromadzona lista przykładów jest porażająco długa i obejmuje niemal każdy obszar ekosystemu PlayStation. W oficjalnych instrukcjach dotyczących darmowych ulepszeń tytułów z PS4 na PS5 widnieje jednoznaczny zwrot: „aby uaktualnić grę, którą już posiadasz”, z kolei na stronach pomocy sklep ostrzega użytkowników słowami: „uważaj, aby nie kupić zawartości, którą już posiadasz”.
W komunikatach konsoli gracze są zachęcani do sprawdzania statystyk „posiadanych gier”, opinie w PlayStation Store mogą wystawiać wyłącznie „zweryfikowani właściciele”, a nawet przy okazji zapowiedzi nowości pokroju Marvel’s Wolverine wprost pisano o opcjach ulepszeń dla „właścicieli edycji standardowej”.
Choć z czysto formalnego punktu widzenia o prawach użytkownika decydują wielostronicowe umowy licencyjne (EULA), postawa korporacji w sądzie zakrawa na jawną kpinę ze zwykłych odbiorców. W dobie, gdy Sony planuje całkowitą rezygnację z płyt i forsowanie wyłącznie cyfrowej dystrybucji na kolejnej generacji, wmawianie sądowi, że przeciętny gracz czy rodzic kupujący grę dziecku powinien ignorować komunikaty o „posiadaniu” i studiować zawiłe pisma prawnicze, brzmi kuriozalnie.