Nowa Zelda wykorzysta 100% możliwości Switcha 2? Nintendo każe czekać, ale nie pozostawia złudzeń
Chociaż kurz po premierze The Legend of Zelda: Tears of the Kingdom już opadł, to społeczność graczy wciąż wybiega w przyszłość, pytając o kolejną wielką przygodę Linka.
Niestety, chłodna analiza cyklu wydawniczego Nintendo sugeruje, że fani powinni przygotować się na bardzo długi post. Według najnowszych spekulacji, kolejna, w pełni trójwymiarowa odsłona serii może zadebiutować dopiero pod koniec obecnej dekady, celując w okolice 2029/2030.
Skąd ten pesymizm? Wystarczy spojrzeć na liczby. Stworzenie przełomowego Breath of the Wild zajęło deweloperom około sześciu lat. Tears of the Kingdom, mimo że korzystało z tego samego silnika i mapy (choć mocno zmodyfikowanej), wymagało podobnego nakładu czasu na dopracowanie fizyki i mechanik.
Eiji Aonuma, producent serii, jasno zadeklarował, że era BotW i TotK dobiegła końca. Oznacza to, że następna gra powstanie od absolutnego zera - na nowym silniku graficznym oraz unikalnym stylem artystycznym, skrojonym już pod możliwości Switcha 2.
Taki kreatywny reset to gwarancja świeżości, ale i tytanicznej pracy. Na osłodę pozostaje rok 2026, w którym przypada 40. rocznica marki. Zamiast nowej dużej gry, możemy spodziewać się wtedy mniejszych projektów lub odświeżonych klasyków (fani wciąż marzą o remasterze lub remake’u Wind Waker na Switcha).
Historia uczy, że Nintendo nie lubi się spieszyć - Shigeru Miyamoto mawiał, że „opóźniona gra może ostatecznie wyjść dobrze, ale zła gra pozostanie taką na zawsze”. Wygląda na to, że w przypadku nowej Zeldy to motto będzie przyświecać nam przez najbliższe pół dekady.