Maciej Klimaszewski Maciej Klimaszewski 12.05.2012 21:03
Bleszinski udziela rad japońskim deweloperom
765V

Bleszinski udziela rad japońskim deweloperom

Ogromna większość wydawanych obecnie produkcji pochodzących z KKW może co najwyżej pomarzyć o wynikach sprzedaży i popularności serii Gears of War, za którą stoi człowiek określający się jako Tony Stark branży gier video. CliffyB ma jednak dobre serduszko i służy radą skośnookim kolegom, tak by ich cele wykroczyły poza ramy mokrych snów. 

xxxxx

 

Clifford uważa, iż japońscy producenci powinni z uwielbieniem spojrzeć na wieloosobową rozgrywkę, by trafić w gusta zachodnich graczy. Nie chodzi jednak o namolne wpychanie multi do każdego tytułu, a o pomysł, ciekawą implementację trybów, w ramach których bawić może się kilku graczy. Jako przykład Dude Huge podaje jedną z najlepszych gier zeszłego roku, Dark Souls.

 

"Moja rada dla Japonii brzmi następująco: nie możecie ignorować multiplayera na rynku opartym o fizyczny model dystrybucji. Jeżeli planujecie zrobić strzelankę z perspektywy trzeciej osoby, to nie popełniajcie błędu, który strzeliło Platinum, nie umieszczając w Vanquish multi. IP było naprawdę w porządku, gameplay za to był świetny, ale największe wrażenie robił feeling... Gdy Gears of War porównamy do parowej lokomotywy z czasów Dzikiego Zachodu, to Vanquish jest w tym momencie ultra-szybkim składem kolejowym prosto z Japonii."

 

Ojciec Gearsów stwierdził, że cała zabawa w ślizganie się i inne szaleńcze akcje, nie powinna powstrzymać dewelopera przed opracowaniem stosownego trybu multi. Drugim przykładem jest Shadows of the Damned, przy którym CliffyB zarywał boki (dialogi), które także nie  zabrakło jakiegokolwiek wieloosobowego doświadczenia.

 

Można spierać się o to, czy każdy tytuł potrzebuje sieciowej strony zabawy, ale niepodważalnym faktem jest to, że przemyślane multi i/lub co-op potrafią podbić wrażenia z gry do niebotycznego poziomu. Trochę jak z seksem - można niby bawić się samemu, ale dopiero z kimś cała impreza nabiera rumieńców. Nie to, żebym przyrównywał deathmatche do jakichś gangbangów...

Tagi: