30 lat na karku i tysiące godzin przed ekranem. Jak zostałem graczem i dlaczego wciąż nim jestem
Dzisiejszy wpis jest dla mnie dość szczególny. Trzydzieste urodziny to chyba całkiem dobry moment, żeby na chwilę się zatrzymać i spojrzeć za siebie. To ten specyficzny moment w życiu, kiedy coraz częściej wracają wspomnienia z czasów, gdy największym zmartwieniem było to, czy gra zdąży się zainstalować przed pójściem spać.
Dzisiaj, mając 30 lat na karku, nadal gram. Zmieniły się konsole, zmieniły się gry, zmieniłem się również ja. Ale gdy uruchamiam nowy tytuł i po kilku minutach całkowicie wsiąkam w jego świat, gdzieś tam w środku wciąż odzywa się ten sam dzieciak, który wiele lat temu siedział przed telewizorem z padem w dłoniach.

Moje pierwsze zetknięcie z elektroniczną rozrywką było dość mgliste. Jak większość dzieciaków w tamtych czasach, zaczynałem od kultowego Pegasusa i nieśmiertelnych kartridży „100-in-1” kupowanych na lokalnym rynku. Najcieplej z tego okresu wspominam legendarną Contrę. Nieco później w naszym domu pojawiło się Nintendo 64 wraz z kultowym GoldenEye 007, który był zresztą ulubioną grą mojego taty. W tamtym okresie posiadaliśmy zaledwie sześć gier na tę konsolę, więc w praktyce na okrągło ograny był głównie wspomniany James Bond oraz Super Mario 64. Bawiłem się świetnie, jednak byłem wtedy jeszcze zbyt młody, by w pełni docenić możliwości tych sprzętów. Z tamtych lat pamiętam głównie emocje, pojedyncze kadry i sceny. To były pierwsze iskry, które rozpaliły hobby towarzyszące mi do dziś.
Najpiękniejsze lata dzieciństwa
PlayStation 2 było pierwszą konsolą, którą naprawdę mogę nazwać swoją konsolą dzieciństwa. To właśnie tutaj gry przestały być jedynie chwilową rozrywką i zaczęły stawać się czymś więcej. PS2 kojarzy mi się z czasami, kiedy nikt nie zastanawiał się nad rozdzielczością, ray tracingiem, liczbą klatek na sekundę czy recenzjami. Wkładało się płytę do napędu i po prostu grało. Każda nowa produkcja była wydarzeniem, na które czekało się tygodniami.
Nie mieliśmy przecież dostępu do setek produkcji na wyciągnięcie ręki. Nie było abonamentów z ogromnymi bibliotekami. Gra, którą człowiek dostał albo kupił, potrafiła wystarczyć na wiele tygodni czy nawet miesięcy. I chyba właśnie dlatego tak wiele z nich pamiętam do dziś.

W pewnym momencie, przy okazji komunii mojego brata, w naszym domu pojawił się pierwszy komputer osobisty. To nie była po prostu nowa platforma do grania. To było zderzenie z zupełnie nowym światem. Nagle przed nami pojawiły się możliwości, których wcześniej właściwie nie znaliśmy. Nagle obok gier pojawił się internet, muzyka, filmy, komunikatory i programy. Wszystko znajdowało się w jednym miejscu. To, co uderzyło mnie najmocniej, to fakt, że gry na PC były… po polsku. Na PS2 większość rzeczy była po angielsku i choć radziłem sobie, to wiele dialogów czy fabularnych niuansów zwyczajnie mi umykało.
Pierwszą grą, którą dostaliśmy wspólnie z bratem, było Giants: Obywatel Kabuto. Gra została wydana w Polsce przez CD Projekt, który wtedy dopiero budował swoją pozycję na rynku. Do dziś pamiętam fenomenalne dialogi, absurdalny humor i niesamowity klimat produkcji. Pamiętam także samo wydanie. Wielki kartonowy big box, gruba instrukcja, dwie płyty i poczucie, że dostało się coś naprawdę wyjątkowego. Dzisiaj coraz częściej dostajemy kod do pobrania gry lub pudełko z jedną płytą zawierającą część danych. Patrząc na to z perspektywy czasu, trudno nie zatęsknić za dawnymi wydaniami.
Pamiętam, jak niedługo potem mój tata udał się z bratem do sklepu i wrócili z kolejnymi dwoma wielkimi pudłami: The Longest Journey: Najdłuższa podróż oraz Iron Storm.
Jednym z najważniejszych odkryć tamtego okresu był jednak dla mnie Tzar: Ciężar Korony. Któregoś dnia odwiedził nas kolega mojego brata i przyniósł kilka swoich gier. Wśród nich znajdował się właśnie Tzar. Nie spodziewałem się wtedy, że ten RTS zostanie ze mną na ponad dwie dekady. Do dziś lubię wracać do tej produkcji. Jest w niej coś niezwykle przyjemnego i ponadczasowego. Co ciekawe, niedawno ta historia zatoczyła koło. Udało mi się wygrać internetową aukcję i zdobyć premierowe, wciąż zafoliowane wydanie gry. Dla kogoś, kto jako dzieciak poznawał gry właśnie poprzez takie pudełka, trudno o bardziej symboliczny powrót do przeszłości.

Coraz bardziej odchodzimy od fizycznych wydań. Decyzje producentów sprzętu i rosnąca popularność dystrybucji cyfrowej tylko przyspieszają ten proces. Dlatego chciałbym jeszcze w przyszłości upolować kilka tytułów, które kojarzą mi się z dzieciństwem i stopniowo rozbudowywać swoją kolekcję.
Każdy z nas chyba pamięta czasy kupowania gier dołączanych do czasopism - CyberMycha, Play, Click! czy Cd-Action. Właśnie dzięki takim pismom poznawało się produkcje, o których inaczej pewnie nigdy by się nie usłyszało. Niektóre z nich pozostawały z człowiekiem na długie lata. Samo pójście do kiosku po nowy numer było czasem niemal tak samo ekscytujące jak zdobycie nowej gry. Pamiętam też sam proces instalowania gier. Pasek postępu był jak odliczanie do wielkiej przygody. Czasem trwało to kilka minut, czasem godzinę. Bywało też, że pojawiały się tajemnicze błędy czy brakujące sterowniki. Wtedy były źródłem frustracji, dziś wspominam je z uśmiechem.
PC to oczywiście nie tylko gry. Był Winamp, było Nero i całe stosy nagrywanych płyt. Był też BearShare, gdzie nigdy do końca nie można było mieć pewności, czy pobierany przez kilka godzin plik rzeczywiście okaże się tym, co sugerowała jego nazwa. Dzisiejszy internet jest bez porównania wygodniejszy, ale tamten miał w sobie pewną dzikość i poczucie odkrywania czegoś zupełnie nowego.

Z czasem zauważyłem, że coraz rzadziej sięgam po pada i PS2, a coraz częściej siadam przy biurku. Komputer stał się miejscem, w którym mogłem grać w strategię, w RPG, w symulatory, w rzeczy, które na konsolach — przynajmniej wtedy — były rzadkie, trudniej dostępne albo w ogóle nie istniały. Nagle mogłem nie tylko grać, ale też czytać, szukać poradników, kombinować, modyfikować, rozmawiać z innymi. PC otworzył przede mną świat większy niż kiedykolwiek moglbym przypuszczac.
Patrząc na to wszystko z perspektywy czasu, widzę bardzo wyraźną granicę między dwoma etapami mojego życia. PlayStation 2 było moim dzieciństwem — pełnym kolorów, magii i prostych zasad, które w tamtym momencie wydawały się wszystkim, czego potrzebuję. PC stał się moją młodością — bardziej świadomą, bardziej wymagającą, bogatszą w treść, czasem trudniejszą, ale też nieskończenie bardziej ekscytującą.
Mój powrót do konsol
Po kilku latach sprzedaliśmy komputer i kupiliśmy laptopa. Niestety nie był to sprzęt stworzony do grania. Problemy z rozdzielczością, czarne pasy po bokach ekranu, Windows Vista i gry, które często odmawiały współpracy, skutecznie utrudniały zabawę. Po przeprowadzce do Irlandii około 2012 roku tata zdobył dla mnie i mojego brata Xboxa 360. To był moment, w którym ponownie pokochałem granie na konsolach. Tworzenie własnego avatara, zdobywanie osiągnięć, rozgrywka online i dziesiątki świetnych gier. FIFA, Max Payne 3, GTA V czy Forza Horizon pochłaniały nas na długie godziny. Do tego dochodził Kinect, który wtedy wydawał się technologią rodem z przyszłości. Dzisiaj patrzymy na niego z pewnym przymrużeniem oka, ale w tamtych czasach naprawdę robił ogromne wrażenie.

Za pierwsze własne zarobione pieniądze, kupiłem PlayStation 4 Slim. Dlaczego konsola, a nie nowy komputer?
Przede wszystkim ze względu na cenę i wygodę. Podobało mi się, że wszystkie gry znajdują się w jednym miejscu, a ja mogę po prostu usiąść na kanapie i zacząć grać. Im jestem starszy, tym bardziej doceniam prostotę. Na PC biblioteka potrafi być dziś rozrzucona pomiędzy Steamem, GOG-iem, Epic Games Store, Ubisoft Connect, EA App czy launcherami poszczególnych wydawców. Na konsoli bardziej odpowiada mi poczucie, że wszystko mam zamknięte w jednym ekosystemie – jedną bibliotekę, listę znajomych, osiągnięcia i sklep.
Obecnie moją główną platformą jest PlayStation 5. Od czasu do czasu gram również w mniejsze produkcje indie na MacBooku, ale to właśnie konsola pozostaje moim podstawowym sprzętem.

Co ciekawe, coraz częściej wracam także do starszych produkcji. Nie dlatego, że współczesne gry są złe. Wręcz przeciwnie. Powstaje mnóstwo fantastycznych produkcji. Problem polega na tym, że wraz z wiekiem coraz bardziej doceniam gry, które dają czystą frajdę z rozgrywki. Bez niekończących się przepustek sezonowych, wielostronicowych samouczków i dziesiątek mechanik walczących o moją uwagę. Dlatego ostatnio spędzam sporo czasu przy Def Jam: Fight for NY na PlayStation 2. I muszę przyznać, że bawię się rewelacyjnie. Czasami nawet lepiej niż przy niektórych współczesnych hitach. Ta gra przypomina mi, dlaczego w ogóle pokochałem gaming. Wystarczy usiąść, włączyć konsolę i po prostu dobrze się bawić.
Jak zostałem graczem i dlaczego wciąż nim jestem
Przez lata zmieniały się platformy, zmieniały się trendy i zmieniało się moje życie. Szkoła, przeprowadzka, pierwsza praca, dorosłość i obowiązki. Były okresy, kiedy grałem więcej, i takie, kiedy czasu było znacznie mniej. Nigdy jednak nie przestałem być graczem. Bo granie nigdy nie było dla mnie tylko sposobem na zabicie czasu. To hobby, które pozwoliło mi przeżyć setki historii, poznać fantastyczne osoby, odpocząć po ciężkim dniu i na chwilę oderwać się od codzienności.

Dzisiaj mam 30 lat. Nie gram już od rana do wieczora. Często nie mam też czasu kończyć wszystkich gier, które mnie interesują.Kupka wstydu rośnie szybciej niż chciałbym przyznać. Ale kiedy odpalam nową grę i po kilku minutach całkowicie zanurzam się w jej świecie, wiem jedno. Ten dzieciak siedzący kiedyś przed konsolą czy starym komputerem nigdzie nie zniknął. Po prostu trochę urósł. A ten tekst jest dla mnie swoistą kapsułą czasu. Mam nadzieję, że za pięć, dziesięć albo nawet dwadzieścia lat wrócę do niego i przypomnę sobie, skąd wzięła się moja pasja do gier. Bo niezależnie od tego, ile świeczek pojawi się na torcie, jedno raczej się nie zmieni.
Wciąż będę graczem.
A jak wyglądała Wasza droga gracza? Od jakiej platformy zaczynaliście i czy po latach nadal gracie z taką samą pasją? Chętnie przeczytam Wasze historie, wspomnienia i tytuły, które najmocniej wpłynęły na Wasze gamingowe życie.