Blog użytkownika Lukas Alexander

Lukas Alexander Lukas Alexander 30.07.2021, 11:46
Orły którym obcięli skrzydła cz. 4
290V

Orły którym obcięli skrzydła cz. 4

Czwarta część historii niemieckich wojsk powietrznodesantowych. Planowanie operacji na Zachodzie. Atak na Francję, Belgię i Holandię.
Ze względu na ilość materiału źródłowego, rozdział poświęcony kampanii roku 1940 został podzielony na kilka fragmentów. Niestety, tym razem musiałem zrezygnować z sekcji dotyczącej sprzętu. Postaram się to nadrobić następnym razem. Zapraszam do lektury.

Front Zachodni 1940

część 1

 

Dziwna wojna

        Po sukcesie odniesionym w Polsce niemieckie siły zbrojne potrzebowały czasu na odpoczynek i regenerację, co jednoznacznie wykluczało działania ofensywne w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Naczelne dowództwo było w tym względzie dosyć jednomyślne, podkreślając intensywność dopiero co zakończonej kampanii i jej wpływ na kondycję poszczególnych jednostek. Historycy wojskowości czasem porównuj­ą Wehrmacht do biegacza- bardzo sprawnego i zdolnego do osiągania spektakularnych sukcesów, ale tylko przez ograniczony okres czasu. Potem konieczne jest ponowne zebranie sił, gdyż wydolność przemysłu i potencjał demograficzny państwa nie gwarantowały powodzenia w trakcie przedłużającego się konfliktu.

        Nie ma wątpliwości, że to Francja była głównym przeciwnikiem III Rzeszy na tamtym etapie wojny, a napaść na II Rzeczpospolitą miała jedynie zagwarantować bezpieczeństwo wschodnich granic. Wraz z sukcesem „Planu Białego” możliwe stało się przerzucenie części jednostek na zachodni kierunek działań, wydatnie wzmacniając stacjonujące tam siły. Już w pierwszym tygodniu października Hitler poruszył temat inwazji w obecności Franza Haldera, szefa sztabu OKH (Oberkommando des Heeres- Naczelne Dowództwo Wojsk Lądowych). Dyktator polecił rozpoczęcie przygotowań do przedsięwzięcia które mało rozpocząć się za pięć tygodni, ale spotkał się z jednoznacznie brzmiącą odmową i zapewnieniami, że Wehrmacht nie jest w stanie podjąć kolejnego, tak intensywnego wysiłku w najbliższych miesiącach. Wskazano na problemy logistyczne, niedostatki w wyszkoleniu części jednostek i zbyt późną porę roku, która to okazała się czynnikiem decydującym, doprowadzając do ostatecznego odsunięcia całości w czasie. Z perspektywy dzisiejszej historiografii wiadomo również, iż starano się możliwie jak najdłużej odkładać termin inwazji w nadziei na polityczne rozwiązanie kwestii wojny i obalenie Rządu. Jak na ironię, czas ten posłużył na doskonalenie planów operacyjnych i zasilanie formacji liniowych nowym sprzętem i ludźmi.

        Hitler dał się przekonać, że jesienna ofensywa będzie niewykonalna, ale jednocześnie bardzo szybko „wymyślił sobie”, iż uda się przeprowadzić ją porą zimową. Zlecił ścisłe monitorowanie raportów nadsyłanych przez stacje meteorologiczne i w oparciu o nie, często bezpodstawnie, nakazywał rozpoczęcie przygotowań do wymarszu na pozycje wyjściowe. Każdy, nawet krótkotrwały okres dobrej pogody był dla niego jednoznaczny z warunkami odpowiednimi do rozpoczęcia inwazji. Jakże wielka była jego frustracja, kiedy dostawał w ręce dokument mówiący o opadach deszczu i śniegu, w oczach dowództwa jednoznacznie przekreślający udział wojsk pancernych i lotnictwa. Panująca sytuacja była niekorzystna zarówno dla kierownictwa partyjnego, jak i wojskowego, ponieważ powodowała stale rosnące napięcie. Generałowie oskarżani byli o zbytni konserwatyzm i przesadną ostrożność, czasem wręcz o sabotowanie narodowego wysiłku. Ostatecznym przejawem nieufności Hitlera względem Armii było wysyłanie własnego adiutanta, Rudolfa Schmundta, aby na własne oczy zobaczył jak wyglądają rejony wyjściowe dla wojsk. Kolejne raporty z marszów po błotnistych polach i rozmiękłych drogach skłoniły Wodza do zaprzestania kwestionowania wiarygodności meteorologów.

We wrześniu 1939 francuską granicę obsadzały 43 dywizje podporządkowane „Heeresgruppe C” (Grupie Armii C) dowodzonej przez Feldmarszałka von Leeba. Niemcy podtrzymywali swe siły w ciągłej gotowości i wypatrywali wszelkich przejawów aktywności przeciwnika. Należy w tym momencie zaznaczyć, iż ówczesne zgrupowanie zachodnie nie posiadało żadnych planów ofensywnych, a jedynie koncepcję „zabezpieczenia granicy”. Po francuskiej stronie rozmieszczono 51 regularnych i 37 rezerwowych dywizji, których część zgodnie z międzysojuszniczą umową została zaangażowana w walki zwane „Ofensywą w Saarze”.

Żołnierze francuscy w niemieckim miasteczku. Ofensywa w Saarze, 1939.

        Same starcia trwały raptem 9 dni i nie przyniosły żadnych wymiernych korzyści dla agresora. Niemieckie raporty donoszą, iż przeciwnik był bardzo zachowawczy w tym co robił, starając się jak gdyby nie wedrzeć zbyt głęboko w rejon operacji. Piechota bardzo często zatrzymywała się i okopywała, tracąc tym samym resztki inicjatywy w momencie, który należało wykorzystać właśnie do zdobywania terenu. Według relacji obrońców, w starciach brały udział jednostki nie przekraczające rozmiarem batalionów, wspieranych w bardzo ograniczony sposób przez czołgi Renault R35. Co warto odnotować, wspomina się również o nieproporcjonalnie silnym francuskim ostrzale artyleryjskim, kompletnie niepasującym do skali przeprowadzanych działań. Kilka kilometrów od umocnień Linii Zygfryda ofensywa została wstrzymana, a kolejne jednostki sukcesywnie wycofywano. Niemcy kilkukrotnie kontratakowali, ale za każdym razem byli odpierani.

         To co działo się na tamtym obszarze później jest niesamowicie komiczne i groteskowe zarazem. Zgodnie z umową podpisaną w listopadzie 1939 roku, jedna z angielskich brygad została oddana pod francuskie dowództwo, celem nabrania frontowych doświadczeń. Jakże wielkie było zdziwienie jednego z sierżantów kiedy dowiedział się, iż zgodnie z panującą, niepisaną umową nie wolno strzelać do grup liczących mniej niż sześciu ludzi. Ponadto, ciężarówki przewożące zaopatrzenie są równie nietykalne do momentu, aż nie wykonają trzech kursów dziennie (dwa były jak najbardziej akceptowalne). Do jeszcze większych kuriozów dochodziło w momencie luzowania przez siły sojusznicze. Kiedy indziej ten sam sierżant przybył na pozycję z bagnetem nasadzonym na karabin, czym wywołał niesamowity popłoch wśród francuzów, którzy natychmiast nakazali mu zdjęcie ostrza aby nie prowokował wroga. Żadne patrole „ziemi niczyjej” nie wchodziły w grę, a atakowanie zwiadowców przeciwnika było surowo zabronione, gdyż mogłoby doprowadzić do niepożądanej wymiany ognia. Absurd osiągnął swoje wyżyny gdy polecono Brytyjczykom wymontować ze znajdujących się na stanie erkaemów jakiś kluczowy element, aby nie dało się z nich strzelać. Kategorycznie zakazano używania moździerzy, gdyż kończyło się ono zdecydowaną kontrakcją ze strony niemieckiej, w wyniku której ginęło co najmniej kilku niezdyscyplinowanych piechurów.

        Warto również wspomnieć o dosyć nietypowej sytuacji panującej na relatywnie spokojniejszych odcinkach frontu, w pobliżu granicy francusko-belgijskiej. Żołnierz III Republiki prezentował się marnie. Obsadzający Linię Gorta (obszar broniony przez Brytyjski Korpus Ekspedycyjny) piechurzy wspominają tłumy brodatych, całkowicie niezdyscyplinowanych mężczyzn, którzy bardziej niż formacje liniowe przypominali dezerterów. W relacjach wyspiarzy powtarza się również bardzo liberalne podejście do panujących w armii przepisów, czego manifestacją byli między innymi palący na służbie wartownicy, noszący cywilne pantofle zamiast regulaminowego obuwia. Większość kwater była niesamowicie brudna oraz zagracona, ale francuzom najwyraźniej to nie przeszkadzało, i w pewnym momencie zaczęli nawet drwić z brytyjskich sojuszników, kiedy ci postanowili uporządkować obsadzane przez siebie pozycje. Nierzadkim widokiem były „polowe obiadki”, podczas których słano stoły i pito alkohol.

Brytyjscy żołnierze z pułku Queen's Royal West Kent-  Okolice Roubaix, Francja, 1940. 

 
Francuscy żołnierze podczas gry w karty- Linia Maginota, Francja, 1939.

Słabość militarna Francji z Linią Maginota w tle

       Ktoś mądry stwierdził, że „generałowie zawsze przygotowują się do poprzedniej wojny”, a wydarzenia z przełomu wiosny i lata 1940 roku tylko te słowa potwierdzają. Zakończony 22 lata wcześniej konflikt zostawił Francuzów w rozsypce, zarówno fizycznej jak i psychicznej. Mało było rodzin w których ktoś nie zginął, bądź nie został trwale okaleczony. Ten naród nie chciał więcej wojen, a politycy podchwycili panujące nastroje i ograniczyli zbrojenia do niezbędnego minimum, zapominając jakby o tym, że technika i strategia będą ewoluować bez względu na pacyfistyczne poglądy społeczeństw. Mechanizacja armii nie postępowała tak szybko jak powinna, a sam sprzęt już dawno przestał przystawać do realiów ówczesnego pola walki. Dopiero coraz śmielsze poczynania Hitlera skłoniły rząd do zrewidowania swoich poglądów i wznowienia zbrojeń, tym razem ze zdwojonym wysiłkiem. Dokonywano zakupów w USA, aby chociaż trochę zniwelować technologiczną przepaść będącą efektem kilkuletniego zastoju.

      Zaczęto formować dywizje pancerne, które następnie zaprzęgnięto do wspierania mas piechoty, tak jak miało to miejsce podczas minionego konfliktu. Czołgi utraciły w ten sposób jakąkolwiek autonomię i zdolność do oddziaływania na szczeblu operacyjnym, stając się niczym więcej niż powolnym bunkrem na gąsienicach. Decyzja ta okazała się brzemienna w skutkach, gdyż w trakcie walk kilkukrotnie nadarzyła się okazja (np. atak 4. Dywizji Kirasjerów de Gaulle'a pod Montcornet) do powstrzymania pochodu Panzerwaffe, ale nie można było nic zrobić właśnie ze względu na niefortunne rozmieszczenie poszczególnych pododdziałów. Pojazdy francuskie posiadały zdecydowanie lepsze parametry niż ich niemieckie odpowiedniki, co zostało niejednokrotnie uwzględnione w raportach. Bywało, że poruszające się w bezładzie Char B1 bis zatrzymywało dopiero trafienie z armaty przeciwlotniczej 8,8 cm pospiesznie podciągniętej w rejon starcia, gdyż działa 3,7 cm znajdujące się na etatowym wyposażeniu pododdziałów obrony przeciwpancernej nie były w stanie niczego zdziałać.

       Poszczególne rodzaje sił zbrojnych nie potrafiły ze sobą skutecznie współpracować, tak jak miało to miejsce w przypadku Niemców, odnoszących dzięki tego rodzaju synergii kolejne, coraz bardziej spektakularne zwycięstwa. Nastawienie na produkcję artylerii dużych kalibrów sprawiło, iż armia stawała się dosyć statyczna, w związku z czym nie mogła reagować adekwatnie do błyskawicznie zmieniającej się sytuacji. Liczono, że w trakcie nadchodzącej wojny po raz kolejny zwycięży ten, kto sprawniej miażdżył będzie siłę żywą oponenta przy pomocy skoncentrowanego ognia. Jak na ironię, poglądy tego typu wtłaczano do głów oficerów wszystkich narodowości, kiedy przyjeżdżali oni studiować we francuskich akademiach wojskowych uznawanych jeszcze wtedy za najlepsze na świecie.

    Budowa Linia Maginota wiąże się bezpośrednio z faktem francuskiej okupacji obszaru Nadrenii, zakończonej w roku 1930, na cztery lata przed terminem docelowym wyznaczonym przez Traktat Wersalski. Minister Wojny Maginot stwierdził, że skoro gwarant bezpieczeństwa jakim były nadreńskie garnizony przestaje obowiązywać, należy skupić się na fortyfikacji rejonów przygranicznych. Parlament przystał na jego propozycję, uchwalając pierwszą ratę pięciomiliardowego kredytu przeznaczonego na ten cel. Prace budowlane trwały w latach 1931-1935.

      Pierwotnie umocnienia miały ograniczyć się do rejonów „Metz” i „Lauter”, ale wkrótce rozciągnięto je na całą długość granicy, od Belgii po Szwajcarię. Warto nadmienić, iż w trakcie budowy „Linii” Bruksela była postrzegana jako sojusznik, co z dyplomatycznego punktu widzenia wykluczyło odgrodzenie się od niej pasem bunkrów. W kolejnych latach państwo to stało się „agresywnie neutralne”, zakazując przeprowadzania na swoim terytorium jakichkolwiek działań o charakterze wojskowym (włączając w to zwiad lotniczy) w obawie przed reakcją ze strony Berlina. Alianckie dowództwo nie miało jednak wątpliwości, że w kryzysowej sytuacji Belgia po raz kolejny stanie się polem bitwy, tym razem ze względu na topografię pozwalającą na skuteczne użycie wojsk pancernych. Jedyną niewiadomą była data rozpoczęcia inwazji.

Opancerzona kopuła artyleryjska. Umocnienia Linii Maginota.

     Należy wspomnieć, że system fortyfikacji różnił się na poszczególnych odcinkach, ze względu na dosyć niejednolite, często niesprzyjające natarciu ukształtowanie terenu. Wbrew temu co głosiły ówczesne media, Linia Maginota nie wszędzie składała się z wielopoziomowych, żelbetonowych schronów najeżonych wieżami artyleryjskimi. Główny ciężar walk wciąż spoczywać miał na barkach wojsk regularnych rozmieszczonych w bezpośrednim sąsiedztwie, i to właśnie założenie doprowadziło do ostatecznej klęski. Doszło do sytuacji, gdzie rycerz zamiast walczyć z wrogiem musi koncentrować się na obronie swojej tarczy. Dwie grupy armii zostały „przywiązane” do pasa umocnień i nie ruszyły z miejsca do momentu, aż inicjatywa została bezpowrotnie utracona i trzeba było się wycofywać aby uniknąć okrążenia.

Fall Gelb- faza planowania

        Do ataku na Francję podchodzono w kręgach niemieckiej generalicji z dużą dozą niepewności, głównie ze względu na dosyć ograniczone możliwości prezentowane przez tamtejszy teatr działań. W głowach wojskowych przez cały czas ­pokutował obraz porażki roku 1914, kiedy to realizująca plan Schlieffena Armia Cesarska zatrzymana została niemalże na przedpolach Paryża. Zmęczeni wieloma dniami forsownego marszu żołnierze nie byli w stanie przebić się przez alianckie linie obrony, co ostatecznie doprowadziło do stagnacji na froncie i rozpoczęcia kolejnego, najbardziej charakterystycznego etapu Wielkiej Wojny.

        Sztab Generalny słusznie obawiał się powtórki z tamtych wydarzeń gdyż wiedział, że w warunkach przedłużającej się kampanii III Rzesza nie jest w stanie osiągnąć zwycięstwa, głównie ze względu na olbrzymie możliwość mobilizacyjne swoich przeciwników, którzy niebawem zaczęliby transportować na kontynent wojska kolonialne. Również świadomość intencji kierownictwa politycznego Związku Sowieckiego kazała dążyć do jak najszybszego rozstrzygnięcia. Zdawano sobie sprawę, iż wschodni sąsiad będzie „przychylnie nastawiony” tak długo, jak długo zachowana zostanie siła bojowa Wehrmachtu.

Ironią jest, że pomimo świadomości istnienia wszystkich, powyższych czynników zaproponowano plan niewiele różniący się od zastosowanej dwadzieścia lat wcześniej koncepcji Schlieffenowskiej. OKH po raz kolejny wyznaczyło osie natarcia przebiegające przez terytoria państw dzisiejszego Beneluxu w kierunku kanału La Manche, dążąc zdawałoby się do bezpośredniej konfrontacji z wrogiem obsadzającym belgijsko-francuską granicę. Głównym celem kampanii było częściowe zniszczenie sił przeciwnika, oraz zdobycie baz wypadowych umożliwiających kontynuowanie wojny morskiej i powietrznej przeciwko Wielkiej Brytanii.

 Układ sił prezentował się w sposób następujący:

     - Grupa Armii „B” pod dowództwem von Bocka: armie 4., 6., 18., 2.,

     -Grupa Armii „A” pod dowództwem von Rundstedta: armie 12. i 16.,

     -Grupa Armii „C” pod dowództwem von Leeba: armie 1. i 7.

 

 

Ewolucja "Fall Gelb"Lepsza jakość.

     Według wielu wyższych rangą wojskowych propozycja złożona przez OKH nie rokowała dobrze, głównie ze względu na to, że środek ciężkości ataku ponownie leżał na północy (lub jak kto woli, na prawym skrzydle), dając przeciwnikowi możliwość wycofania się w razie konieczności na południowy-zachód, tak jak miało to miejsce za pierwszym razem. O sceptycyzmie względem tej koncepcji świadczy sposób w jaki wypowiadano się na jej temat:

„Czy po dwudziestu latach nie jesteśmy w stanie stworzyć niczego poza Planem Schlieffena? Jaki może być skutek wyciągnięcia z szafy planu prowadzenia wojny, który został już raz przećwiczony z przeciwnikiem i ten na pewno liczy się z możliwością powtórki ?!”

Erich von Manstein

„Czy dowództwo Wehrmachtu nie jest w stanie wymyślić czegoś innego niż Prawe Skrzydło?”

Generał Hoepner podczas rozmowy z Friedrichem Paulusem

        Warto w tym momencie wspomnieć o różnicach pomiędzy wariantami z roku 1914* i 1940, ponieważ są one dosyć istotne jeśli chcemy zrozumieć motywy sztabowców. W czasie Wielkiej Wojny zakładano obejście przeciwnika szerokim frontem na północy (przy założeniu, że Belgowie nie będą sprawiać problemów), skierowanie się na południe po dotarciu do wybrzeża i ominięcie Paryża tak, aby cały czas zmuszać wroga do wycofywania się w rejony przygraniczne na wschodzie. Ostateczna rozprawa miała nastąpić w momencie, gdy armie francuskie zostałyby okrążone w rejonie Alzacji i Lotaryngii, gdzie też starano się je w początkowym okresie walk zwabić. W roku 1940 nie można było liczyć na efekt zaskoczenia, pozwalający dwadzieścia lat wcześniej na osiągnięcie tak oszałamiających sukcesów we wstępnej fazie inwazji. Teraz wróg był w pełni świadom skąd nastąpi uderzenie i w jakich miejscach należało szczególnie głęboko urzutować linie obrony. Poza tym, Linia Maginota znacząco ograniczała niemieckie pole manewru, upewniając jednocześnie sztabowców, że żadna ofensywa z tamtego rejonu nie wyjdzie.

*Oryginalny plan Schlieffena stworzony został w roku 1905.

        Tym razem, jak już wspomniałem, starano się zniszczyć możliwie dużo jednostek przeciwnika skoncentrowanych w rejonie operacyjnym i zająć tereny północnej Francji, celem zabezpieczenia pozycji do kontynuowania wojny. Najbardziej zacięte walki miały rozegrać się na terenie Belgii, gdzie Wehrmacht zetrze się z Francuzami i Brytyjskim Korpusem Ekspedycyjnym, co częściowo tłumaczy ponowne skoncentrowanie większości sił w tym miejscu. Największym problemem tego wariantu był fakt, że jego sukces miał przynieść jedynie cząstkowe zwycięstwo. Kierownictwo wojskowe zdawało sobie z tego sprawę i dosyć niechętnie przyznawało, że osiągnięcie całkowitego zwycięstwa jest w ówczesnych realiach niewykonalne. Co więcej, szanse powodzenia przyszłej operacji opartej na przedłożonym planie również określano jako wątpliwe.

Erich von Manstein (właściwie von Lewinski)

        W tym momencie na scenę wchodzi Sztab Grupy Armii „A” reprezentowany przez duet von Rundstedt-von Manstein. Proponują oni przeniesienie środka ciężkości ofensywy na południe. Kluczowym manewrem miał być skryty marsz przez lasy ardeńskie i przekroczenie Mozy w okolicach Sedanu, tam gdzie wróg się tego nie spodziewał. Stwarzało to możliwość wdarcia się na głębokie tyły aliantów zaangażowanych w bitwę na terytorium Belgii, a następnie odcięcie ich pod dotarciu do wybrzeża kanału La Manche. Niezbędne do tego były silne związki pancerne, których przekazania zażądało dowództwo Grupy Armii „A. Ponadto do walk miała zaangażowana zostać 2. Armia, której wyznaczono zadanie obrony południowej flanki na styku linii Maginota, celem zabezpieczenia wyłomu pod Sedanem przed potencjalną kontrofensywą Francuzów. Grupa Armii „C” miała za zadanie jedynie wiązać walką obsadę pasa przygranicznych umocnień i nie dysponowała zbyt dużą siłą bojową.

        Rundstedt i Manstein argumentowali, że ich plan w przeciwieństwie do tego przedłożonego przez OKH, zapewni solidne podstawy dla całkowitego zwycięstwa już w swojej pierwszej fazie, doprowadzając do unicestwienia północnego skrzydła wojsk przeciwnika i rozerwania frontu obrońców na pół. Sprzymierzeni z pewnością zorientują się o grożącym im niebezpieczeństwie i rozpoczną odwrót z Belgii, tracąc w ten sposób inicjatywę.

        Nowa koncepcja przewidywała następujący układ sił:

             -Grupa Armii „B”: armie 18. i 6.,

             -Grupa Armii „A”: armie 4., 12., 2. i 16.,

             -Grupa Armii „C”: armie 1. i 7.

 

        Początkowo plan spotykał się z odmową ze strony kierownictwa wojskowego, niemniej jednak, jego twórcy byli wytrwali w swych dążeniach i z niemalże maniakalnym uporem forsowali autorski pomysł. Kolejne pisma spływały do naczelnego dowództwa wojsk lądowych, doprowadzając wręcz do szewskiej pasji pracujących tam oficerów. Dopiero 17 lutego 1940 roku, przy okazji wizyty w Berlinie, von Manstein zaproszony został na rozmowę przez samego Hitlera, na której poproszono go o wyłożenie poglądów w kwestii ataku na Francję. Wódz żywo zainteresował się zaprezentowaną koncepcją i już niedługo potem wydano nową dyrektywę operacyjną, tym razem opartą o spostrzeżenia i sugestie dowództwa Grupy Armii „A”. Nie była to idealna kalka forsowanego miesiącami planu, ale inspiracja była na tyle duża, że von Manstein został oficjalnie okrzyknięty architektem zwycięstwa na Zachodzie, a sama koncepcja ataku zyskała miano „Cięcia sierpem”, od wyprowadzonego spod Sedanu ataku odcinającego walczącego w Belgii wroga. Termin rozpoczęcia kampanii wyznaczono na 10 maja 1940 roku.

Ostateczna wersja "Fall Gelb" po uwzględnieniu uwag sztabu Grupy Armii A. Lepsza jakość.

 

Fall Gelb- desanty spadochronowe 

        W 27 października 1939 roku doszło do spotkania twarzą w twarz pomiędzy Adolfem Hitlerem a Kurtem Studentem. Wtedy też po raz pierwszy poruszono temat operacyjnego użycia wojsk powietrznodesantowych podczas inwazji na Francję. Generał wspomniał o podupadającym morale jego formacji, związanym bezpośrednio z ciągłym przebywaniem na tyłach frontu i brakiem okazji do wykazywania się, w czasie gdy inne rodzaje sił zbrojnych bez przerwy brały udział w walkach. Kanclerz szybko go uspokoił zapewnieniem, że w trakcie nadchodzącej kampanii jego ludzie odegrają niebagatelną rolę, a od powodzenia ich działań zależeć będzie sukces całego przedsięwzięcia. Przedstawił ówczesną wersję „Planu Żółtego”, w ramach której spadochroniarze mieli zneutralizować fort Eben-Emael i powstrzymać wycofujące się wojska belgijskie przed połączeniem się z oddziałami anglo-francuskimi w okolicach Gandawy, daleko za linią frontu. Po radykalnych przekształceniach wprowadzonych z inicjatywy duetu Manstein-von Rundstedt, drugi z celów został wycięty i zastąpiony przez inny, będący pomysłem samego Studenta. Generał zaproponował zdobycie mostów rozrzuconych wokół Rotterdamu i Dordrechtu, co miało wpłynąć na przyspieszenie pochodu 18. Armii. Ponadto wydano rozkaz opanowania trzech lotnisk otaczających Hagę, aby przetransportowana samolotami piechota z 22. Dywizji mogła zająć miasto i wziąć do niewoli rząd wraz z królową.

        Z 1. kompanii 1. Pułku Strzelców Spadochronowych wydzielono oddział pod dowództwem kapitana Waltera Kocha, który na potrzeby zadania nazwano Spadochronową Grupą Szturmową „Koch” (Fallschirmjäger-Sturm-Abteilung "Koch"). W skład jednostki włączono pluton saperów z II. batalionu 1. Pułku Strzelców Spadochronowych porucznika Witziga oraz grupę szybowcową. Całość uzupełniono żołnierzami z zapasowej szkoły spadochronowej, dzięki czemu Strumgruppe „Koch” osiągnęło liczebność na poziomie 500.

        Przygotowania do operacji rozpoczęto w ścisłej tajemnicy, rzekomo rezygnując nawet z papierowej formy przekazywania informacji. Oddział ćwiczył na lotnisku w Hildesheim zupełne odizolowany od świata zewnętrznego. Żołnierzom zakazano kontaktowania się z kimkolwiek, czy to werbalnie, czy przy pomocy listów. Nie wydawano żadnych przepustek i nakazano podpisanie specjalnego oświadczenia, obligującego sygnatariusza do bezwzględnego zachowania tajemnicy państwowej pod groźbą surowych kar.

        Świadomy jestem tego, że za umyślne lub będące wynikiem niedbalstwa przekazanie komukolwiek jakichkolwiek informacji o bazie, w której obecnie służę- za pomocą słów, pisma lub ilustracji- mogę zostać skazany na karę śmierci.

        Na potrzeby przyszłej kampanii sformowano Korpus Powietrzno-Desantowy (Luftlandekorps) pod dowództwem generała Kurta Studenta. W jego skład wchodziły: 7. Dywizja Lotnicza, 22. Dywizja Piechoty „Luftlande” i Oddział Szturmowy "Koch". Do osłony działań naziemnych wydzielono specjalną grupę składającą się z ośmiu dywizjonów bombowych i ośmiu myśliwskich. Transport miało zapewnić 430 Junkersów Ju 52.

        Zadania poszczególnych elementów Korpusu Powietrzno-Desantowego wyglądały następująco:

- Na południu pododdziały 7. Dywizji Lotniczej (cztery bataliony spadochronowe, trzy bataliony piechoty i dwie baterie artylerii) otrzymały zadanie zabezpieczenia kluczowych z punktu widzenia ofensywy elementów infrastruktury. Chodzi tu głównie o mosty i wiadukty, które nadchodząca 9. Dywizja Pancerna wykorzysta podczas wdzierania się w głąb Holandii. Istotne było również lotnisko w Waalhaven, którego zajęcie miało umożliwić dosyłanie posiłków.

- 22. Dywizja „Luftlande” miała zabezpieczyć stolicę, neutralizując w ten sposób holenderskie kierownictwo wojskowe i polityczne. Na samym początku celem spadochroniarzy były trzy otaczające Hagę lotniska (Ockenburg, Ypenburg i Valkenburg) których zajęcie pozwoli na dalsze dosyłanie posiłków drogą powietrzną. Do wykonania tej misji oddelegowano sześć batalionów piechoty (w tym jeden saperów), dziewięć baterii artylerii, a także pomocnicze jednostki przeciwlotnicze i przeciwpancerne.

- Grupa Szturmowa Koch podzielona została na cztery oddziały: „Granit”, „Beton”, „Stal” i „Żelazo”. Grupa „Granit” otrzymała zadanie najważniejsze, ale jednocześnie najtrudniejsze- zdobycie fortecy Eben Emael. Pozostałe pododdziały miały zabezpieczyć przed wysadzeniem otaczające twierdzę mosty, co z kolei umożliwi elementom 4. Dywizji Pancernej kontynuowanie natarcia na zachód.

Holandia

Mosty Moerdijk-Willemsdorp

Most kolejowy w Moerdijk

        Najbardziej wysuniętym na południe celem żołnierzy 7. Dywizji były dwa mosty (drogowy i kolejowy) łączący wioski Moerdijk i Willemsdorp. Planiści niemieccy chcieli za wszelką cenę uniknąć zniszczenia tych konstrukcji, gdyż silne prądy rzeki Hollandsch Diep bardzo utrudniłyby saperom budowę ewentualnych przepraw. Do zadania oddelegowano II. batalion 1. Pułku (600 osób) pod dowództwem Hauptmanna Pragera, który chwilę wcześniej, na własne życzenie, opuścił szpital w którym przebywał z powodu raka jelita. Był on słusznie przekonany, iż swoją obecnością pozytywnie wpłynie na sprawność bojową podwładnych.

        Obrońcy obsadzali pozycje po obydwu stronach rzeki, przy czym brzeg południowy był zdecydowanie gorzej ufortyfikowany, gdyż spodziewano się szybkiej jego utraty w trakcie potencjalnej napaści. Na północy znajdował się trzypiętrowy, żelbetonowy schron, który stanowić miał pierwszą linię obrony „Twierdzy Holandia” po tym, jak rozlokowane w okolicy siły osłonowe przeprawią się, a same mosty zostaną wysadzone.

Przeprawy  Moerdijk- Willemsdorp widziane z powietrza.

Kompanie 5. i 6. miały wylądować po północnej stronie rzeki, około 500 metrów za plecami przeciwnika. Kompanie 7. i 8., wraz z jednostką sygnałową, saperami i sztabem zrzucano na południu. Żołnierze z tego zgrupowania otrzymali zadanie jak najszybszej likwidacji obsady mostu i rozbrojenia rozmieszczonych w jego newralgicznych punktach ładunków wybuchowych. Ponadto, należało unieszkodliwić holendrów obsadzających pobliską stację kolejową i nadbrzeżną wioskę.

        Atak rozpoczął się 10 maja o godzinie 5.40 (4.00 czasu Holenderskiego), kiedy na głowy obrońców zaczęły spadać bomby i pociski z działek samolotów Luftwaffe. Stanowisko obrony przeciwlotniczej w Moerdijk zostało błyskawicznie uciszone, a jego obsada uciekła w poszukiwaniu kryjówek. Około godziny 6.25, gdy okolicę wciąż terroryzowały szturmowo-bombowe Junkersy, na niebie pojawiły się pierwsze transportowce, dokonując zrzutu z bardzo niskiego pułapu (jedno ze źródeł mówi o około 100 metrach). Spadochroniarze wylądowali po obydwu stronach Hollandsch Diep, zlokalizowali kontenery z uzbrojeniem i błyskawicznie przystąpili do wykonywania przydzielonych im zadań. Poranny nalot pozbawił Holendrów niemal całej inicjatywy, w związku z czym nie byli w stanie kontratakować chwilowo bezbronnych, uwalniających się z linek i uprzęży ludzi Pragera. Niemcy wykorzystali moment i przejęli kontrolę nad polem bitwy neutralizując kolejne, nieprzyjacielskie punkty oporu zlokalizowane wokół celu.

        Dwie grupy saperów wywalczyły sobie drogę ku mostom- żołnierze ci mieli znaleźć i rozbroić rozmieszczone przez wroga ładunki wybuchowe. Gdzieś w połowie długości konstrukcji zostali przygwożdżeni ogniem karabinów maszynowych rozstawionych w bunkrze strzegącym północnego brzegu rzeki. Byli zabici i ranni. Dowodzący oddziałem podoficer rozkazał swoim ludziom ukryć się pomiędzy masywnymi, stalowymi elementami konstrukcji i zaczekać, aż blokhauz zostanie unieszkodliwiony. Jak się później okazało, kilku skoczków pod przewodnictwem podporucznika Tietjena zdołało przedostać się na drugą stronę chwilę przed tym, jak droga została zablokowana. Wrócimy do nich później, podczas omawiania starć na północy .

        W innym miejscu spadochroniarze przypuścili szturm na wioskę Moerdijk, ale bardzo szybko dostali się pod ogień dwóch dział polowych kaliber 57 milimetrów. Artylerzyści rozstawili się na poboczu drogi prowadzącej na południowy wschód. Jedna z armat uległa zacięciu już po oddaniu drugiego strzału, więc jej obsada wzięła karabiny w dłoń i zaczęła osłaniać swych towarzyszy. Niemcy szybko skrócili dystans i z nowej pozycji położyli ogień zaporowy, zmuszając w ten sposób kanonierów do znalezienia osłony. Holenderskie działa nie posiadały tarczy ochronnej*, w związku z czym każda próba załadowania i odpalenia wystawiała obsługę na śmiertelne niebezpieczeństwo. Nagle oficer przeciwnika poderwał się w górę i samodzielnie próbował ponownie wycelować w zbliżających się Niemców. Ośmieleni jego inicjatywą podkomendni ruszyli z pomocą, ale już za moment stali sparaliżowani strachem, gdy twarz ich bohatera roztrzaskała kula. Stanowisko zostało otoczone, a wciąż spanikowani żołnierze wzięci do niewoli.

       

*Działo Stuk van 6-veld posiadało wysoką lawetę i przed rozpoczęciem ostrzału powinno być rozmieszczone na specjalnie przygotowanych, umocnionych pozycjach. W przeciwnym wypadku obsługa była całkowicie odsłonięta.

        Oberleutnant Alfred Schwarzmann przewodził pięćdziesięcioosobowej grupie żołnierzy  8. Batalionu nacierającej od wschodu na Moerdijk. Dosyć szybko dostał się pod intensywny ogień saperów obsadzających nabrzeże, i zaległ tam gdzie się znajdował- na środku pola. Holendrzy strzegący przystani należeli do jednostki inżynieryjnej obsługującej lokalny prom. Mieli oni umożliwić siłom sojuszniczym przedostanie się na drugi brzeg gdyby przeprawy zostały wysadzone. Porucznik spadochroniarzy natknął się na silnie umocnioną pozycję, a jego przeciwnik wyposażony był w ręczny karabin maszynowy. Od wioski dzieliło go dwieście metrów a wiedział, że nie uda mu się pokonać tej odległości bez poniesienia znacznych strat. Postanowił się wycofać i wraz z kilkoma ludźmi dotarł w pobliże zabudowań. Reszta jego plutonu pozostanie przyszpilona niemal do samego końca akcji.

        Oddział Leutnanta Lemma wylądował na południowy wschód od atakowanej miejscowości i zbliżał się do zabudowań wzdłuż głównej drogi. Grupa składała się z żołnierzy kompanii sztabowej 7. Batalionu i obsady lekkiego moździerza (jak na ironię, pozbawionej broni zespołowej). Udało im się dotrzeć do celu bez wikłania się w walkę, gdyż wioska z tamtej strony nie była obsadzona przez wroga. Wkroczyli pomiędzy budynki i zaczęli przeczesywać obszar, natykając się po chwili na punkt dowodzenia obrońców. Zaskoczony nagłym wtargnięciem spadochroniarzy holenderski oficer nie stawiał oporu, i oddał się w niewolę wraz ze swoimi najbliższymi współpracownikami. Po wyjściu na zewnątrz oddział Lemma dostał się pod ostrzał prowadzony z ulokowanych obok przystani koszar żandarmerii wojskowej. Podporucznik w towarzystwie jednego z podwładnych ruszył do przodu, przemieszczając się od osłony do osłony tak, aby nie wchodzić pod lufy dopiero co zlokalizowanego przeciwnika. Po przebiegnięciu kilkunastu metrów padł na ziemię- jedna z kul trafiła w głowę. Żołnierze odciągnęli jego ciało w bezpieczne miejsce i próbowali reanimować zwłoki. Rozwścieczeni utratą dowódcy spadochroniarze przypuścili szaleńczy szturm na budynek koszar, w środku których napotkali jedynie kilku podoficerów. Potyczka nie trwała długo- obrońcy po chwili skapitulowali i oddali się w niewolę.     

Miejsce spoczynku Leutnanta Lemma. Cmentarz w Dordrechcie.

        Opisana wyżej potyczka zwróciła uwagę saperów obsadzających przystań, którzy zreorganizowali się w taki sposób, aby pokryć ogniem punkt w którym za chwilę mieli pojawić się wrogowie. Gdy tylko Niemcy wyszli na główną ulicę, wokół nich zaczęły spadać wraże pociski. Pierwszy spadochroniarz zginął tam gdzie stał. Drugiego, próbującego rozeznać się w sytuacji, trafiono w twarz gdy wyjrzał zza rogu budynku. Skoczkowie spanikowali i wypchnęli do przodu kilku ze swoich jeńców, tworząc z nich żywą tarczę. W tym momencie na miejsce dociera Schwarzmann i przejmuje dowodzenie- reszta jego oddziału wciąż zalega na polu, na wschód od wioski.

Obserwujący bieg wydarzeń oficer saperów rozkazał po raz kolejny przemieścić się swoim ludziom, tym razem w pobliże wejścia na teren przystani. Chciał  zyskać jak najwięcej czasu, gdyż zaplanował ewakuację swoich sił przy użyciu barek. Gdy większość była już na pokładzie, polecił ostatnim sześciu żołnierzom osłaniać odwrót, a co za tym idzie, walczyć do samego końca, bez nadziei na ratunek. Niemcy rozpoczęli atak. Schwarzmann wysunął się na czoło natarcia i już po chwili leżał  na ziemi- miał przestrzelone ramię i płuco. Towarzyszący mu starszy sierżant również został trafiony, co po raz kolejny wprawiło oddział w osłupienie graniczące z paniką. W ruch poszły granaty trzonkowe. Kilka z nich zostaje odrzuconych, raniąc właścicieli i prowadzonych obok jeńców. W trakcie wymiany ognia podoficer spadochroniarzy każe pojmanemu holenderskiemu kapitanowi wezwać swych rodaków do poddania się. Gdy ten wychyla się zza osłony i zaczyna krzyczeć, dosięga go bratnia kula- został wzięty za zdrajcę i kolaboranta.

Do walki dołączyły kolejne grupy spadochroniarzy, okrążając zamkniętych w swej „fortecy” holendrów. Miały miejsce starcia na bardzo bliskim dystansie. Niektóre strzały padały niemalże z przyłożenia. Zdesperowany przeciwnik mógł czaić się za każdym rogiem. Eksplozje granatów ręcznych doprowadziły przystań do ruiny. Wróg utracił ostatecznie wolę walki. Niedobitki saperów poddały się. Niemcy kontynuowali przeczesywanie okolicy w poszukiwaniu reszty obrońców. Nie byli w stanie uwierzyć, że tak nieliczny oddział był w stanie szachować ich przez kilka godzin. Starcia w Moerdijk dobiegły końca. Skoczkowie utracili kilkunastu zabitych i tyle samo rannych. Ofiary wśród holenderskich jeńców wynikały z faktu, iż ludzie ci byli stłoczeni w strefie działań bojowych i mimowolnie dostali się w ogień krzyżowy. Spadochroniarze nie mieli możliwości oddelegowania kogokolwiek do pilnowania pojmanego wroga i „ciągnęli” go wszędzie za sobą. Mogli rozstrzelać schwytanych żołnierzy na miejscu, tak jak robili to cztery lata później Amerykanie ze 101 Dywizji Powietrznodesantowej podczas inwazji w Normandii.

Strzelcy spadochronowi nacierają. W tle eksplozja granatu moździeżowego.

Poza walkami w bezpośredniej bliskości przepraw i oczyszczaniu Moerdijk z wojsk holenderskich, żołnierze Studenta wdali się w szereg starć wokół położonej na południowym wschodzie stacji kolejowej. Zewnętrzna linia obrony została uformowana w półokrąg o promieniu dwóch kilometrów (licząc od mostów), zabezpieczając wspomniany dworzec i drogi wjazdowe na północną stronę. Całe to uszykowanie miało jedną, zasadniczą wadę- było nastawione przeciwko wojskom lądowym, w związku z czym, wewnątrz nie istniały żadne siły zdolne przeciwdziałać na wypadek pojawienia się oponenta na tyłach. Oficerowie holenderscy nie przewidzieli, że ktoś może dokonać desantu powietrznego za ich liniami. Jest to o tyle dziwne, że niecały miesiąc wcześniej podobne przypadki miały miejsce w trakcie kampanii Norweskiej, momentami powodując prawdziwą psychozę w szeregach aliantów. Spadochroniarze wykorzystali ten fakt, bardzo szybko rozczłonkowując wraże pozycje i eliminując odseparowane gniazda oporu jedno po drugim. Południowy brzeg był w rękach Niemieckich.

Na przeciwległym brzegu rzeki siły Holendrów składały się z pięciu plutonów piechoty obsadzających sieć umocnień skierowanych na południe. Znów nikt nie zadbał o zabezpieczenie tyłów, w związku z czym II. Batalion 1. Pułku wylądował na okolicznych polach bez ponoszenia strat. Żołnierze bardzo szybko wydobyli broń z kontenerów i w akompaniamencie eksplodujących bomb rozpoczęli zabezpieczanie obszaru. Obrońcy stracili mnóstwo czasu na rozbijanie zawiasów zatrzaśniętej skrzyni amunicyjnej, przez co ich kontrakcja była opóźniona już na pierwszym, krytycznym etapie operacji. Sytuacja ta staje się jeszcze bardziej groteskowa gdy zdamy sobie sprawę, iż nie jest ona przypadkiem odosobnionym- na całej długości granicy miały miejsce takie ekscesy. Wielokrotnie zdarzało się, że wydane wartownikom granaty nie posiadały zapalników, ponieważ „przezorni” podoficerowie zamykali je w skrzyniach swoich kwater. Nie ma wątpliwości, że tego typu  zaniedbania mocno przyczyniły się do Niemieckiego sukcesu, oszczędzając lądującym spadochroniarzom znacznych strat.

Piętrowy schron strzegący północnego brzegu Hollandsch Diep. Zwraca uwagę napis wykonany przez zdobywców z 1. Pułku Spadochronowego.

Jako jedne z pierwszych zajęte zostały stodoły i obory w których kwaterowała część obsady mostów. Jak na ironię, ludzie ci również byli kompletnie bezbronni, przez co nie pozostało im nic innego, jak tylko oddać się w niewolę lub uciekać. W zbombardowanych koszarach jednemu z oficerów udało się zreorganizować i uzbroić pokaźny oddział, którego część skierował ku wzniesieniu po którym biegła droga prowadząca na most. Druga część tej zbieraniny rozstawiła się obok, pilnując wschodniego podejścia i tunelu biegnącego pod drogą. To właśnie tu miała miejsce seria potyczek, kiedy to spadochroniarze próbowali przedostać się na drugą stronę nasypu kolejowego, ale ostatecznie zostali powstrzymani. Napastnicy rozmieścili na szczycie usypiska kilka ręcznych karabinów maszynowych celem związania przeciwnika ogniem, w czasie gdy reszta oddziału ruszyła w kierunku mostów korzystając z osłony ziemnego wału. Po drodze udało im się uciszyć jeden z piętrowych bunkrów wybudowanych obok torów. Dotarli do samego brzegu rzeki i przeszli bezpośrednio pod stalową konstrukcją na drugą stronę, wdzierając się na flankę Holendrów.

Nagle wydarzyła się rzecz niespodziewana- z północy nadjechał autobus pełen spadochroniarzy. Lufy obrońców natychmiast zostały zwrócone w jego kierunku, ale nikt nie wydał rozkazu otwarcia ognia. Nie było pewności, że nie wiezie on jeńców schwytanych przez lepiej zorganizowane jednostki w okolicach Dordrechtu. Sytuacja wyklarowała się błyskawicznie, kiedy z okien pojazdu zaczęły nadlatywać pociski wystrzelone z broni automatycznej. Nie było już wątpliwości- to był wróg. Pociski zaczęły przebijać karoserię, a do środka wrzucono kilka granatów. W powietrzu rozległ się krzyk rannych, którzy ostatnimi siłami wygramolili się na zewnątrz prosząc o litość. Wszystko zamarło, a Holendrzy opuścili swoje pozycje licząc, że walka już skończona. Jak wielkie musiało być ich zdziwienie, gdy nagle pod nogami zauważyli charakterystyczne, przypominające tłuczki do ziemniaków przedmioty? Walka rozgorzała na nowo, ale tym razem to Niemcy mieli przewagę. Rozporoszone po okolicy grupki skoczków, korzystając z panującego zamętu, niepostrzeżenie przedarły się na miejsce, zdecydowanie przechylając szalę zwycięstwa na swoją stronę.

Spadochroniarze w towarzystwie holenderskich jeńców.

Natarcie postępowało dalej, a siły wroga blokujące nasyp kolejowy zostały zlikwidowane. Zyskano tym sposobem znacznie większą swobodę w przemieszczaniu się po okolicy, a co za tym idzie, możliwość narzucenia przeciwnikowi własnych warunków prowadzenia walki. Inny oddział obrońców obsadził tunel biegnący pod mostem drogowym, zmuszając spadochroniarzy do walki na małych odległościach. Oczyszczanie korytarza rozpoczęto od wrzucenia kilku granatów, których eksplozje poraniły i ogłuszyły żołnierzy wroga. Chwilę później przeprowadzono gwałtowny szturm- Niemcy wpadli do środka, cały czas strzelając z pistoletów maszynowych, dążąc do jak najszybszego skrócenia dystansu. Strzelanina zakończyła się dosyć szybko, gdyż holenderski oficer zorientował się, że został okrążony. Razem z kilkoma oszołomionymi podwładnymi podniósł ręce w górę i ogłosił kapitulację.

Największy z okolicznych bunkrów wciąż stawiał opór i, jak już zostało napisane, skutecznie blokował niemieckich saperów próbujących przedrzeć się na północną stronę. Sytuacja była o tyle poważna, że most wciąż pozostawał zaminowany, a niepotrzebna zwłoka narażała misję na niepowodzenie. Tutaj na pierwszy plan wysunął się Leutnant Johann Tietjen, który wraz z kilkoma ludźmi jakimś cudem przebiegł na drugi brzeg zanim holenderskie karabiny otworzyły ogień. Udało mu się zlokalizować część ładunków, po czym wraz ze swymi podkomendnymi przystąpił do ich neutralizacji. Jedyne czego się obawiał to zwrócenie na siebie uwagi obsady blokhauzu- w środku mogły znajdować się dodatkowe detonatory połączone z jeszcze nie unieszkodliwionymi bombami. W związku z powyższym, zaniechał ataku i skupił się na rozminowywaniu przeprawy. Nie wiedział, że Holendrzy nie zdołali jeszcze nawet rozprowadzić przewodów, co w trakcie ćwiczeń zajmowało im około godziny, a teraz było dodatkowo utrudnione przez wroga. Szpula z kablem została wyniesiona z bunkra, ale bardzo szybko ją porzucono, gdyż niosący ją żołnierze dostali się pod ostrzał ręcznego karabinu maszynowego rozmieszczonego na przeciwległym brzegu.

Po oczyszczeniu okolic Willemsdorp spadochroniarze z 5. i 6. kompanii przystąpili do neutralizacji schronu blokującego most. Budowla nie posiadała żadnych otworów strzelniczych skierowanych na północ, co pozwoliło na niepostrzeżone podejście i spokojne ustalenie planu działania. Początkowo próbowano trafiać w otwory strzelnicze, co okazało się czasochłonne i kompletnie nieefektywne. Później zatkano otwory wentylacyjne i odpalono granaty dymne licząc na to, że obsada podda się w obawie przed uduszeniem. Nic bardziej mylnego- Holendrzy założyli maski przeciwgazowe i kontynuowali walkę. W końcu Niemcy postanowili zastosować bardziej drastyczne metody, a  mianowicie, przymocowali wiązkę trotylu do pancernych drzwi. Eksplozja otworzyła im drogę do środka, ale po krótkiej walce na parterze zorientowali się, że piętro również zostało odizolowane i trzeba operację powtórzyć. Sytuacja zmieniła się diametralnie po tym, jak w piwnicy schronu odkryto skład materiałów wybuchowych przeznaczonych do zniszczenia mostu. Dowódca spadochroniarzy zażądał kapitulacji ostrzegając, że w wypadku odmowy doprowadzi do detonacji swego znaleziska, niszcząc całą konstrukcję i grzebiąc jej obsadę pod gruzami. Szantaż zadziałał- obrońcy wyszli z rękami w górze. Mosty na Hollandsch Diep zostały zabezpieczone.

Żołnierze 1. Pułku eskortują pojmanych przeciwników.

Straty po stronie niemieckiej były bardzo skromne- około pół kompanii (24 zabitych i około 50 rannych). Po stronie przeciwnej życie straciło jedynie 20 osób. Wzięto kilkuset jeńców. Do momentu przybycia na miejsce wojsk lądowych, spadochroniarze musieli odpierać przeciwnika starającego się za wszelką cenę odbić przeprawy. Udało się przygotować kilka pozycji i w oparciu o nie prowadzono obronę przyczółków. Wróg wprowadził do walki artylerię i lotnictwo, ale ostatecznie nie osiągnął żadnego z założonych celów.

 

Ciąg dalszy nastąpi

Źródła:

„Niemieckie Wojska Spadochronowe 1936-1945”  Nowakowski, Skotnicki, Zbiegniewski

"Kreta 1941" Callum MacDonald

"Monty and Rommel: Pararell Lives" Peter Caddick-Adams

"Stracone Zwycięstwa" Erich von Manstein

"Dunkierka: Walka do ostatniego żołnierza" Hugh Sebag Montefiore

"II Wojna Światowa" Antony Beevor

"Wykonać 4444" praca zbiorowa żołnierzy 1 Dywizji Grenadierów

"Pauls: Trauma Stalingradu" Torsted Diedrich

"Francja Vichy i jej armia" Technika Wojskowa Historia 6/2013

Wikipedia

Youtube: Military History Visualized

https://forum.axishistory.com

http://www.waroverholland.nl

https://testofbattle.com

Tagi:

Oceń notkę
+ +9 -

Oceń profil
+ +33 -
Lukas Alexander
Ranking: 1307 Poziom: 44
PD: 11750
REPUTACJA: 1986