Blog użytkownika Dwutlenek

Dwutlenek Dwutlenek 18.07.2020, 12:16
Wszystko, co warto nadrobić po Sleeping Dogs - Kultura Gry #2
207V

Wszystko, co warto nadrobić po Sleeping Dogs - Kultura Gry #2

Kultura Gry ma już tydzień i muszę przyznać, że ten premierowy odcinek przyjął się całkiem nieźle, mimo tego, że nie wylądował na stronie głównej. Również całkiem spora liczba komentarzy oznacza, że kogoś te kilkanaście tysięcy słów obchodzi i komuś podsunąłem pod nos kilka interesujących tytułów do sprawdzenia. Cóż, mogę wam tylko podziękować i odwdzięczyć się drugim epizodem Kultury Gry!

Rozpracować, a następnie zniszczyć mafię jest niezwykle trudno, no chyba, że mówimy o tej z Pruszkowa. Sytuacja jednak się komplikuje, gdy mamy do czynienia z gangiem z Hong Kongu - Sun On Yee - którego nazwa bardziej mi przypomina album Kanyego Westa, niż gang. Bezradna policja musi więc kombinować i zastosować czym prędzej drastyczne i przede wszystkim - nieoczywiste kroki. Takim jest próba wniknięcia w struktury mafii, zdobycia informacji i zniszczenia jej od środka. 

 

Wei Shen - oficer wywodzący się z tych raczej biedniejszych, a zarazem mroczniejszych stron Hong Kongu. Mimo dość fatalnego startu, los odwrócił karty i dał mu szansę na emigrację do Stanów Zjednoczonych. Tam zatrudnia się w policji, a po latach wraca w swoje rodzime strony, aby rozprawić się z Wielką Triadą, okazjonalnie załatwiając pewne porachunki sprzed kilku - kilkunastu lat. Jednak robi to poprzez "zatrudnienie się" w mafii, tam wykonuje kolejne i kolejne zadania pozwalające mu na wspinanie się po szczeblach krypto-kryminalnej kariery. Tylko.. no właśnie - gdy trafiamy do pewnej grupy, z czasem odczuwamy z nimi pewną więź, wręcz stajemy się tacy jak oni. Problem w tym, że z tej drogi ciężko jest już zawrócić i można łatwo zapomnieć, kim się było wcześniej.

 

Taki temat przewodni Sleeping Dogs zaserwowało nam United Front Games, u których ten tytuł był ich pierwszym poważnym i skierowanym do dorosłego gracza produktem. Jak na taki debiut trzeba przyznać, że może nie trafili w "dziesiątkę", ale trochę obok celu, bo w "dziewiątkę" lub "ósemkę". O ile pod względem mechaniki "Śpiące psy" nie są niczym odkrywczym, bo to tylko kolejna wariacja otwartego świata wzorowanego na m.in. serii Grand Theft Auto, tak to co wyróżnia ten tytuł to fabuła - nieoczywista, zaskakująca i dojrzała. Choć w mojej opinii słabsza niż ta w wielu odsłonach GTA lub Yakuza, tak to wciąż jest wysoka półka. Sama tematyka jak na gry wideo jest też świeża, bo True Crime to raczej domena seriali lub filmów. Kapitalną decyzją było umieszczenie gry w Hong Kongu - Ameryka Północna zdążyła już się graczom znudzić, a takie wirtualne odskoki w inne, mniej popularne w popkulturze rejony świata po prostu cieszą. Dlatego można tylko twórcom pogratulować tej decyzji, gdyż mimo wszystko mogło to zniechęcić niektórych konsumentów. No i przede wszystkim - lewostronny ruch uliczny! Na początku jednak ciężko się przyzwyczaić...

 

Tak jak już wspomniałem, o ile fabuła jest całkiem świeża i nieoczywista, tak mechanicznie gra nie jest niczym oryginalnym. Bo walka to jest lekko przerobiony system z serii Batman: Arkham, na potrzeby Sleeping Dogs. Otwarty świat nie jest zły, ale - umówmy się - widzieliśmy lepsze. I mógłbym tak wymieniać kolejne przykłady, tylko, że... jest to całkowicie bez sensu. Bo twórcy zwyczajnie zapożyczyli to co działa dobrze i się po prostu sprawdza z innych tytułów i umieścili to w swojej grze. I jest to jak najbardziej w porządku! Tym bardziej, że twórcy nadrabiają ten brak oryginalności w fabule, postaciach które spotykamy na swej drodze oraz w zadaniach pobocznych. Te ostatnie są świetne! Od takich egzotycznych lub jak kto woli - dzikich - możliwości jak karaoke czy walki kogutów możemy również hakować kamery, łamać kody, czy wykonywać tradycyjne zadania narzucone nam przez postacie niezależne. Dlatego nie mam absolutnie żadnego problemu z odtwórczością Sleeping Dogs, zresztą - przypomnijcie sobie Grand Theft Auto V. Ludzie pokochali produkcję Rockstara ze względu na możliwości, na to co możemy tam zrobić. Od grania w tenisa czy golfa, braniu udziału w różnych biegach, triatlonach, wyścigach na morzu jak i na lądzie itp. To dlatego dziś GTA Online jest tak popularne i to dlatego Sleeping Dogs wciąż jest świetną grą.

 

Ciężko mi nawet wymienić jakieś grzechy główne tej gry. Oczywiście ma wady i to całkiem sporo, ale one zwyczajnie gdzieś przepadają w trakcie rozgrywki i nie mają większego znaczenia. Niektórzy będą narzekać na jazdę samochodem, no i będą mieli rację - jednak ja z czasem przyzwyczajam się do danego systemu i o tym zapominam, podobnie miałem z Watch Dogs 2 - tam również o tym nie myślałem, bo zwyczajnie wolałem się skupić na hakowaniu sygnalizacji świetnej, czy po prostu pochłaniał mnie wtedy bardzo sympatyczny soundtrack. Podobnie ktoś może powiedzieć, że część zadań wykonuje się schematycznie lub zakończenie jest mało satysfakcjonujące. Ja mam tylko zarzut do warstwy technicznej, bo grafika jest po prostu słaba, ale ona nie robiła już wrażenia przy okazji premiery gry, oraz do kompletnie wymarłego miasta - kuje w oczy, bo jest to nierealistyczne.

 

Warto jednak dać Sleeping Dogs szansę. Na komputerach osobistych ta gra najpewniej kosztuje z 5 złotych, a z konsol mogę się wypowiedzieć tylko o PS4, tam zakup nie wyniesie was więcej niż 20 złociszy. Dlatego gdy znajdziecie "Śpiące Psy" na jakiejś wyprzedaży, proponuje tym co nie grali dokonać zakupu i sprawdzić samemu, bo nawet jeśli by wam nie przypadło do gustu, to nie dochodzi do jakiejś wielkiej straty majątkowej. Dodatkowo, najczęściej sprzedawana jest teraz wersja Definitive Edition, gdzie macie do dyspozycji dwa rozszerzenia fabularne - nie tak udane jak podstawka, ale to wciąż kilka dodatkowych godzin dobrze spędzonego czasu.

Gry
 
 
Far Cry 3
 
Pewnie spytacie co ma ze sobą wspólnego Far Cry 3 i Sleeping Dogs? Tu jednak muszę przestrzec przed spoilerami z tej gry Ubisoftu.
*część spolierowa*
Otóż ma wiele, szczególnie w końcówce wątku fabularnego. Jak dobrze wiemy, wcielamy się w Jasona Brody'ego, który na wskutek pewnych wydarzeń trafia wraz ze swoimi przyjaciółmi na wyspę ogarniętą ludobójstwami, handlem narkotyków i można sobie tylko wyobrażać i domyślać się, co tam dzieje się jeszcze. Udaje nam się wraz z bratem jednak uciec z tej klatki (w przenośni, jak i dosłownie), ale na wskutek wiadomych wydarzeń, tylko Jason daje rade uniknąć śmierci. Przygodę w Far Cry 3 zaczynamy jako typowy chłopak - imprezowicz. Plany jednak trafia szlag i potencjalna zabawa zmienia się w koszmar, piekło tych młodych dorosłych. Historię jednak kończymy jako zaprawiony w bojach wojownik, gość który liczbę swoich ofiar musiałby podać w setkach, gość który musiał w mig zmienić się w bezwzględnego zabójcę, gość, który musiał sobie ucywilizować temat śmierci i pozbawić się wewnętrznych hamulców. Gdzie widzę jednak podobieństwo ze Sleeping Dogs? Już tłumaczę - poza kwestiami budowy świata, bo obie gry są sandboxami wypełnionymi po brzegi zawartością poza-fabularną, mamy bliźniaczą sytuację do finiszu tego tytułu Ubisoftu. Otóż, naszego Jasona po prostu doszczętnie pochłania wyspa. Od dziwnych tatuaży, które wydziarał sobie podczas pobytu w tym mało przyjemnym kurorcie, przez okrutne sytuacje i popieprzonych typów spotkanych na swojej drodze, którzy na zawsze zmienią jego psychikę, po jak już wspomniałem wyżej liczne ludobójstwa na naszych oponentach (to też jest ciekawe, że zostało nam to sprzedane jako coś normalnego). Dlatego genialnym zagraniem było postawienie nas, graczy, przed wyborem - uwolnić przyjaciół czy dołączyć do ludzi rządzących wyspą? Na pozór wybór prosty - ratujemy kumpli - chyba nie po to się tyle czasu męczyliśmy, żeby teraz ich zabić. Ja przy tej opcji tak pomyślałem i było to dla mnie normalne. Jednak podczas napisów końcowych naszła mnie refleksja, bo czy na pewno Jason by się tak zachował? Czy Jason po takim czasie i swoich przejściach nie zaufałby Citrze i Dennisowi? Czy wyspa nie zmieniła jego wartości? Na te pytania trudno odpowiedzieć - ale mimo wszystko uważam, że Ubisoft wywiązał się ze swojego zadania i spójnie domknął opowieść w obu przypadkach.
 
Podobnie jest w Sleeping Dogs - Wei Shen też miał podobny, równie ciężki wybór. Te decyzje są na pozór proste, a szczególnie wtedy gdy patrzymy na to z boku. Jednak to są potwornie trudne dylematy, bo gdy z kimś spędzamy bardzo dużo czasu, to naturalne jest to, że łączy nas więcej niż zwykła znajomość. Tak rodzą się przyjaźnie i koleżeństwa, a logicznym jest, że w takich okolicznościach, gdy razem uczestniczy się w akcjach w których bohaterowie ocierają się o śmierć, te powiązania są wręcz zbudowane na żelbetonowej konstrukcji. Dlatego wtedy zaczynają się pytania " Czy aby na pewno chcę wrócić do starego życia?". 
 
*koniec spoilerów*
 
Far Cry 3 to produkcja, która jak na rok 2012 była szalenie dobrą grą. Vaas został zagrany kapitalnie przez Michaela Mando - on po prostu stworzył kultową postać, która utkwiła już w growej kulturze. Ale grzechem byłoby nie wspomnieć o reszcie chorej i popieprzonej zgrai - tu każdy jest osobą wyrazistą o której będziemy pamiętać jeszcze długo po poznaniu głównego wątku. Nigdy później Ubisoft nie stworzył tak interesujących postaci jak tu (oczywiście nie mówię o postaciach którymi sterujemy, bo Jasona przewyższa Edward Conway). 
Dziś jednak ta gra nie robi aż takiego wrażenia, podkreślam tu kwestie mechaniczne gry, które już zwyczajnie się zestarzały. Ci co nie grali, powinni jak najszybciej nadrobić Far Cry 3 - szczególnie, że ostatnio był za ok. 12zł w PS Storze. Tym co grali i im się podobało, nie radziłbym wracać - nasz umysł jest potworny i niestety lubi idealizować przeszłość. Proponuje po prostu miło wspominać dobrze spędzone godziny przy tym tytule.
 
 
 
Watch Dogs 2
 
Tu akurat mamy tytuł który w żaden sposób nie łączy się pod względem podobieństw fabularnych ze Sleeping Dogs. Postanowiłem jednak i tak go tu dodać, bo pod względem mechaniki, sterowania i po prostu stylu rozgrywki jest bardzo podobny do produkcji wydanej przez Square Enix i fanów gatunku może ta produkcja zainteresować.
 
Gdy pierwszy raz odpaliłem Watch Dogs 2 byłem oczarowany - wstęp do gry jest po prostu rewelacyjnie zbudowany i napisany a temu wszystkiemu przygrywa oszałamiający i piękny numer Hudsona Mohawke - Play N Go
 
 
(nie tylko mi się tak spodobał, nawet NRGeek napisał kilka wersów pod ten kapitalny bit:
 
jednak ten remix jest niestety dosyć mierny, wszak doceniam chęci)
 
Wracając, start gry robił wrażenie. Nasza paczka lub jak kto woli - gang - potrafiła zaintrygować i szczerze to nie czułem wtedy jakiejś infantylności ziejącej ze strony bohaterów - ich zachowanie wydawało mi się wtedy całkiem normalne, muszę przyznać, że nawet ich polubiłem. I tak naprawdę, przez większość gry nie ma się z tym problemu, jednak gra się wykłada w tym temacie w momentach, gdy próbuje być poważna. W Watch Dogs 2 wydarza się pewna sytuacja zmuszająca główne postacie do powagi i na początku jest wszystko cacy - my się jeszcze bardziej wciągamy i nawet doceniamy reżysera i scenarzystów, tylko, że... no zaraz po tym nasi bohaterzy przypominają sobie, że "ej ale my mieliśmy być cool i w ogóle" i wtedy zaczynają się dowcipasy i ogólna próba zmienienia tego ponurego nastroju. Wtedy po prostu robi się dziwnie, ci wrażliwsi pewnie poczują lekkie zażenowanie. 
 
Poza tym fabuła jest naprawdę niezła, bo poza tymi niechlubnymi momentami, historia hipsterskich hakerów potrafi wkręcić i zachęcić do spędzenia kilku godzin przed ekranem telewizora. Być może końcówka kuleje i mimo wszystko to nie jest gra najwyższych lotów - odnosiłem czasem wrażenie, że Ubisoft chciał na siłę zrobić swoje GTA V. Wiecie, luzacki-ziomeczkowy klimat, który kompletnie nie ma startu do tego z produkcji Rockstara, czy nawet miasto - również znajdujemy się w Kalifornii, tylko w "Patrz Psy 2" sterujemy Marcusem w San Francisco. Tylko, że te miasto nie żyje tak jak Los Santos - brakuje jeszcze większej ilości przechodniów, czy samochodów na ulicach. To są niby drobnostki, ale ja zwracam uwagę na takie szczegóły.
 
Jeśli jednak odbiliście się od "jedynki", to warto spróbować zagrać w kontynuacje. Jest totalnie inna, usprawnia to co nie zagrało w historii Aidena, opowieść ma jakiś polot, a kolorowe San Francisco (mimo swoich wad) po prostu zachęca do zwiedzania. Sam z przyjemnością robiłem zdjęcia growym telefonem, przy okazji zbierając jakieś znajdźki. Sam oceniam ten tytuł na 6/10 - czyli grę niezłą, warto się skusić, zwłaszcza, że była ostatnio za darmoszkę.
 
 
 
Yakuza Kiwami
 
To jest jedyna gra z tego cyklu w jaką do tej pory grałem, dlatego piszę akurat o tej części.
 
Kiedyś, a właściwie to jeśli się nie mylę było to rok temu - ten tytuł wpadł do usługi Playstation Plus, a ja po licznych pozytywnych komentarzach i opiniach postanowiłem dać szansę Yakuzie. Nastawiałem się na cokolwiek, bo to w końcu japońska gra, więc dla mnie - odbiorcy głównie zachodnich gier - produkcja wydana przez Segę była czymś wręcz dzikim. I szczerze mówiąc - patrząc na jedną stronę medalu, pomyliłem się okrutnie, zaś patrząc na drugą, miałem też w tych przemyśleniach wiele racji.
 
Myliłem się pod względem fabuły, bo jest ona niesłychanie dojrzała i zarazem interesująca. Wcielamy się w Kazume Kiryu - mafiozę, który wziął na siebie morderstwo jednego z wysoko postawionych członków mafii, co kończy się dziesięcioletnią odsiadką w więzieniu. Dekada mija, Japończyk wychodzi z paki i jak to zwykle bywa w takich sytuacjach - ciężko mu się odnaleźć w nowej sytuacji - miasto w którym do tej pory mieszkał - Kamurocho - całkowicie się zmieniło. Próbuje odnaleźć swoją siostrę, która zniknęła wraz z 10 milionami jenów, a dodatkowo w wątki wplata się tajemnicza dziewczynka - Haruka. Fabuła choć ma już trochę lat na karku - wciąż robi tak samo dobre wrażenie i po dziś dzień przewyższa pod tym kątem wiele aktualnych pozycji. A mówię to ja - gość totalnie zielony w temacie japońskich gier i serii Yakuza.
 
O ile główny wątek śledzi się niczym dobry film, o tyle zaczyna być dziwnie przy rozpoczęciu zadań pobocznych - to co tam się dzieje to jest totalna abstrakcja. Ale zostawiam to wam, abyście sami mogli odkryć i poznać te pomysły twórców. To co mi się w nich nie podoba, to nieme postacie, bo cut-scenki są zastąpione blokami tekstów. Rozumiem - cięcia budżetowe, ale ta gra wyszła w 2017 roku, gdzie w branży mamy już pewne standardy.
 
Jest też mnóstwo mini-gier: karaoke, wyścigi małymi samochodzikami, kasyno z różnymi grami (m.in. bijatyki ala Tekken), bar z hostessami i wiele, wiele więcej. Jednak wiele z tych aktywności może być nie do przełknięcia dla osób wrażliwych na japońskie udziwnienia. 
 
Gra stoi walką - tak, to w dużej mierze bijatyka, będziemy często i gęsto wyjaśniać kolejnych niemilców, a nasze mokasyny będą stale gościły na ich twarzach. Nie ma jednak też żadnego problemu aby zaatakować ich rowerem, czy dowolnym innym elementem otoczenia. To może brzmieć dziwnie, ale trzeba przyznać, że to robi wrażenie, walka przez to nie nudzi się aż tak szybko i ciągle odkrywamy nowe możliwości wykończenia przeciwników. Mamy też specjalne finishery, tu również dużą rolę odgrywa otaczający nas świat. Mamy też drzewko umiejętności, gdzie ulepszamy nasze 4 style walki. O ile przy zwykłych balasach to nie ma większego znaczenia, o tyle w przypadku bossów, a z nimi walczymy na koniec każdego rozdziału, bez ogarnięcia różnych technik i kombinacji, może być ciężko o pozytywny rezultat.
 
Trochę się rozpisałem, ale i tak liznąłem co najwyżej wierzchołek góry lodowej. Yakuza Kiwami jest ogromne, wręcz molochowe. Pod względem możliwości i aktywności pobocznych przebija momentami wszystko co do tej pory widzieliście, a fabuła - choć nie jest szczytowym osiągnięciem w tej materii - zaskakuje i jej poznawanie sprawia przyjemność. Klimat japońskiego Kamurocho nadaje się w sam raz dla spragnionych pobycia jeszcze w azjatyckich stronach, po skończeniu Sleeping Dogs.
 
 
 
 
 
Jednak jeśli nie macie wolnych tylu godzin na poznanie tych historii, może skorzystacie z jednego z poniższych biernych dwugodzinnych zamienników.
 
Donnie Brasco
 
Film opowiada o agencie FBI działającym pod przykrywką Donnie Brasco, który wnika w środowisko mafii, próbując je rozpracować, a następnie zlikwidować. Oprócz niebanalnej i wciągającej historii, mamy tu do czynienia z absolutnie fenomenalną rolą Ala Pacino i nie mniej świetną grą aktorską Johnny'ego Deppa. Ten film to taka stara dobra szkoła Hollywood lat 90. - zagrało tu wszystko, od reżyserii, po budowanie napięcia i postaci. Krótko mówiąc - jest to doskonała gangsterska historia, opowiadająca o zasadach i sposobie działania mafii. A najlepsze jest to, że jest to opowieść oparta na faktach.
 
Film jest dostępny na Netflixie.
 
 
Dawno temu w Ameryce
 
Choć jest to dosyć naciągane połączenie z Sleeping Dogs, to tematyka w jakimś stopniu jest podobna - kilkadziesiąt lat po prohibicji były gangster wraca na Manhattan aby rozliczyć się ze swoją przeszłością. W grze jednak mamy do czynienia z policjantem, ale reszta w jakimś stopniu się zgadza, bo to również jest opowieść pełna brutalnej przemocy i przyjaźni, która się tworzy i kształtuje na przestrzeni lat między mafiozami. Once Upon a Time in America to film genialny, z wielkim aktorstwem, zmuszającym do refleksji scenariuszem, rewelacyjną muzyką, klimatem... i można tak wymieniać i wymieniać. Sergio Leone stworzył dzieło kompletne, pełne symbolicznych i kultowych scen. Jeśli ktoś tego tytułu nie zna, to proszę to czym prędzej zmienić. Nie sugerujcie się też długim, bo prawie 4-godzinnym metrażem - ten film mimo tego ogląda się szybko i warto to zrobić na raz. Myślę, że to film w sam raz dla ludzi, którzy zniechęcili się Irlandczykiem do kina gangsterskiego. 
 
Film jest do obejrzenia na Amazon Prime Video.
 

 

Muzyka
 
Postanowiłem się tutaj skupić głównie na soundtracku z gry Sleeping Dogs, bo jest on nadzwyczajnie dobry. Mamy tu ze 150 piosenek i jak to bywa w tego typu grach - jest tam wszystko. Rap, pop, klasyka, rock, cokolwiek sobie byście zażyczyli (no dobra, disco-polo tu nie ma). Podobnie jak u konkurencji, muzyka jest ładnie posegregowana na stacje radiowe, więc każdy może wybrać swoją rozgłośnię i słuchać na niej swojego ulubionego gatunku muzycznego. Całość jednak jest mocno polana chińskim sosem, nie mam słów aby opisać, jak bardzo ta ścieżka dźwiękowa jest klimatyczna i podkręca urok miasta. Wiecie, w przypadku takich gier jak Watch Dogs 2, GTA: Vice City czy San Andreas twórcy mieli nieco łatwiej - gry te są umiejscowione w popularnych na świecie miejscach, no i przede wszystkim - dzieją się w Ameryce. Tu jednak twórcy musieli przeprowadzić jakiś research i zgromadzić warte uwagi kawałki w jedną wielką playlistę i to się im po prostu udało. To jest jeden z moich ulubionych soundtracków ostatnich lat. Dzięki United Front Games!
 
Jednak przede wszystkim zwróćcie uwagę na jeden z lepszych motywów muzycznych ogólnie. Aż przypomina się wesele (ci co grali zrozumieją).
 
 
W pewnym stopniu przypomina ten z Grand Theft Auto IV.
 
 
Dla fanów bardziej chillowych utworów, gorąco zachęcam do przesłuchania tego utworu. Choć sugeruje to zrobić tylko mającym za sobą historię Wei Shena - to u nich być może odpali się malutka lampka nostalgii. Tym co nie grali mogę tylko powiedzieć, że ten utwór działa inaczej gdy znamy cały kontekst fabularny, dlatego radziłbym najpierw skończyć grę. Jeśli i tak planujecie posłuchać, to lepiej nie wchodźcie w sekcję komentarzy, aby nie natknąć się na spoilery, bo trochę ich tam jest.
 
 
 
United Front Games pamiętali też o fanach rapu. 24Herbs to hongkoński zespół produkujący nieco mocniejsze brzmienia progresywnego hip-hopu. Trzeba docenić, że twórcy nie szukali po świecie odpowiednich artystów, a skorzystali z usług lokalnych muzyków. 5 utworów z albumu Bring It On trafiło do gry, a moim ulubionym jest chyba ten: 
 
Choć trzeba przyznać, że ten utwór już się nieco zestarzał i raczej nie zrobiłby dziś furory.
 
 
Dla fanów rapu mam jeszcze dwa kawałki. Choć wychodzą one już poza strefę Sleeping Dogs, jeszcze nie wylatujemy z Azji. 
 
Quebonafide - Między Słowami, to track pochodzący z albumu Egzotyka, gdzie artysta odwiedził kilkanaście krajów, a następnie skomponował utwory w klimacie danych państw; nie obyło się również bez świetnie nakręconych teledysków. Quebo wprowadza tym trackiem niesamowity vibe, a podkręca to tylko klimatyczny refren zaśpiewany przez kanadyjskiego młodego artystę - Young Lungsa.
 
 
Mniej poważny utwór nagrali chłopaki z Higher Brothers. Nie będę tu nic dodawał, bo numer broni się sam - z każdym odsłuchem wywołuje we mnie jakąś radość, a poza tym jest to po prostu dobre. Polecam!
 
 
Na koniec wrócimy jeszcze do Hong Kongu, zostawiam was tu z dwoma numerami Menahan Street Band. Oba znalazły się w Sleeping Dogs i są według mnie po prostu przyjemne w odsłuchu - ciężko mi jednak dokładnie sprecyzować co to jest za gatunek, sklasyfikowałbym to gdzieś w okolicach rocka.
 
 
 
 
 
 
 
Tymczasem ja się z wami żegnam, ogromnie dziękuje jeśli dotrwaliście do tego momentu, proszę też o branie udziału w ankiecie, która znajduje się poniżej. Przypominam, że wybieramy w nim grę do omówienia za tydzień. Widzimy się w następną sobotę!
 

 

 

Tagi: sleeping dogs

Oceń notkę
+ +9 -

Oceń profil
+ +16 -
Dwutlenek
Ranking: 4365 Poziom: 26
PD: 2716
REPUTACJA: 1011