Japońszczyzna okiem Januszy

Subiektywnie z zajawką

L3SIU L3SIU 06.01.2015, 20:39
Podsumowanie Anime w roku 2014
1182V

Podsumowanie Anime w roku 2014

Po trzech tekstach na blogu wypadałoby w końcu napisać jakoś ogólniej o tej japońskiej animacji. A nie ma lepszego sposobu niż podsumowanie mijających 12 miesięcy.

Podsumowanie roku w Anime 2014
Po trzech tekstach na blogu wypadałoby w końcu napisać jakoś ogólniej o tej japońskiej animacji. A nie ma lepszego sposobu niż podsumowanie mijających 12 miesięcy. Miesięcy wyjątkowo udanych, a zarazem dających nadzieje na jeszcze lepszy rok 2015. Towarzyszyć mi będzie naturalnie Zubek, znany choćby z dwugłosu na temat Magi, który swego czasu pojawił się na sajcie. Poza nim Tomek, nagrywający z nami podcast AnimeLogia powoli przeradzający się w coś fajnego. Lasiu i Synek z grupy na facebooku dopomogą nam w zestawieniu, tak absurdalnie subiektywnym, że bardziej już się chyba nie dało tego rozwiązać. Kategorie powstawały w trakcie pisania, a całość pochłonęła “jedynie” 12 godzin.  Nie widzieliśmy oczywiście tych wszystkich niesamowitych serii, jak Mushishi, czy Ping Pon (Tomek widział, ale nie dodał). Nie ma ich na liście z powodu naszej ogromnej ignorancji, ale musicie to jakoś przeboleć.Podsumowanie roku czas zacząć!
Braki stylistyczne wynikają z ograniczeń długości, które nakłada na nas strona.

Seria roku

L3SIU: Magi the Kingdom of Magic
ZUBEK: Log Horizon
TOMEK: Kill La Kill
LASIU: Fate/stay night: Unlimited Blade Works (TV)
SYNEK: Zankyou no Terror

 Magi to seria dla mnie szczególna. Przede wszystkim z powodu bycia tematem dwugłosu, który swego czasu popełniliśmy tutaj z Zubkiem. Materiał pochłonął naprawdę dużo czasu, ale do dzisiaj jesteśmy zadowoleni z efektów. Czy byśmy to powtórzyli? Oczywiście i to jeszcze lepiej. W tekście rozłożyliśmy całą serię na czynniki pierwsze, więc ja jedynie podsumuje myśli. Magi the Kingdom of Magic to mój ulubiony shounen ze wszystkimi swoimi składowymi. Oczywiście miejscami brakuje mu wiele do takiego Hunter x Hunter jednak, jako całość, jest dla mnie pozycją, zwyczajnie lepszą. Świetna muzyka, wspaniała oprawa graficzna, niesamowity klimat, a wszystko to okraszone naprawdę niezłymi postaciami. Wrażenie dopełnia bardzo dobry pace’ing drugiego sezonu, który jeszcze mocniej zwiększa zabawę, jaką daje oglądanie każdego odcinka. To wszystko składa się na serię, którą mogę śmiało nazwać najlepszą w tym roku.

 Serie z podgatunku “ekonomia”, są zdecydowaniem jednym z najlepszych, jakie można uświadczyć w dobrze napisanej produkcji. Należy również to moich ulubionych, przez co ubolewam, iż jest zaledwie kilka tytułów tego typu, a w ostatnich czasach były to tylko Mayoo Maou Yuusha i właśnie Log horizon.  Jako, że zawsze lubiłem grać w gry różne i różniste, a wiele godzin spędziłem w światach mmo, co z miejsca przełożyło się na moje zainteresowanie tą pozycją. Początkowo, patrząc przez pryzmat wydanego w roku 2012 Sword Art Online, miałem złe przeczucia. Na szczęście jest to seria z gatunku „To nie jest Sword art Online” (razem z nią takie pozycje jak np NgNl, czy Accel World) i w dodatku bardzo dobra. Jest to swoiste połączenie zarządzania miastem z dokładnym poradnikiem, pt „Moje pierwsze mmo, jak grać?”. Jako że oglądałem tę serie świeżo po mojej przygodzie z WoW’em, sam pomysł „poradnika” bardzo przypadł mi do gustu. W bardzo przystępny sposób krok po kroku tłumaczył wszystkie ważniejsze, i te mniej ważne zagadnienia z zakresu MMO RPG. Log Horizon cieszy właśnie takimi aspektami, jest bardzo przemyślan i wcale nie nudzi (chodź po opisach można różne rzeczy myśleć). Jedynym mankamentem może być wątek dzieci, które zawsze(!) są graczami niskopoziomowymi, a dorośli zawzyczaj stanowią elitę w świecie gry. Ogółem polecam serdecznie. Pisałem właśnie o tej produkcji, ponieważ serie roku wybierałem ostatni. W skrócie, inne były zajęte, a mi zostało No Gome No Life (o którym nie napiszę, bo samobójcą nie jestem) i Log Horizon.

 Rok 2014 przyniósł nam sporą liczbę serii na naprawdę wysokim poziomie, i wydawałoby się,  że wybór anime roku będzie raczej ciężki. Nic bardziej mylnego! Ponieważ tylko jedna produkcja uratowała japońskie animacje, a jest nią produkcja studia Trigger(odpowiedzialnego za takie cuda jak Little Witch Academia czy też Inferno Cop), o tytule Kill la KIl. Czymże jest ta seria? Produkcja ta, to esencja dobrej zabawy doprawiona wspaniałą ścieżką dźwiękową oraz jedyną w swoim rodzaju animacją. Kill la Kill jest momentami tak szalone i absurdalne, że sprawia, iż nie wszystkim przypada gustu. Wiele osób z pewnością zakwestionuje mój wybór, ale cóż osobiście urzekło mnie to anime i uważam je za jedno z najciekawszych pozycji ostatnich paru lat.

 Mój wybór padł na fate'a, nie dlatego, że jest tak dobry (chociaż jest zdecydowanie porządną serią), a dlatego, że poziom większości innych serii z tego roku w którymś momencie zaczynał mieć tendencję spadkową, przez co stawały się średniakami w mgnieniu oka. Fate jednak trzymał swój poziom przez większość czasu, ale mam mu do zarzucenia nie równy pacing, który był bardzo widoczny i tym samym irytujący. (odczułem to jednak również w fate/zero, więc jest to zapewne sposób prowadzenia historii wspólny dla każdej serii z tego uniwersum lub robionej przez ufotable). Zdecydowanym plusem jest oprawa graficzna, która stała na najwyższym poziomie, przez co uważam tę serie za najlepszą pod względem wizualnym (oczywiście obok Guilty Crowna) jaką kiedykolwiek widziałem. Po paru odcinkach dowiadujemy się nieco więcej zarówno o bohaterach jak i  ich sługach oraz o co dokładnie chodzi w tym anime. Przez pierwsze 2 odcinki widzieliśmy wszystko z perspektywy Rin, która według mnie wyszłaby o wiele lepiej jako główna bohaterka, niż Shiro, który po prostu "chciał a nie mógł". Co prawda zrehabilitował się w odcinku bodajże 10 lub 11, jednak nie było to nic co nadrobiłoby 11 odcinków bycia słabą postacią.  Ciekawym jest fakt, że nie każdego mistrza, jak i nie każdego sługę obchodzi walka o Graala, a ich poglądy często się ze sobą nie zgadzają, co prowadzi do ciekawych sytuacji i przemyśleń. Z tego co widziałem oraz słyszałem to druga część (emitowana w kwietniu) będzie zawierać więcej akcji, więc Ufotable znowu będzie mogło pochwalić się cudowną animacją, jak i dobrymi plot twistami, których nie mogę się doczekać by zobaczyć na ekranie (a nie tylko w formie spoilerów - dzięki L3SIU).

 Zapewne wielu osobom mój wybór może wydać się kontrowersyjny, a właściwie nie tyle kontrowersyjnego, co niezrozumiały. Duże grono osób klasyfikuje wybrane prze zemnie Anime bardziej jako duże rozczarowanie roku 2014, a nie coś fenomenalnego. Sam na początku miałem mieszane uczucia co do tej produkcji, lecz jedno nazwisko sprawiło, że dałem jej szanse. Reżyserem tego dzieła jest jak dla mnie geniusz w dziedzinie Japońskiej animacji, Shinichirô Watanabe. Stworzył on takie majstersztyki jak „Samurai Champloo” czy „Cowboy Bebop”. Według mojej oceny anime, które wyreżyserował mają w sobie pewną głębię. Może doszukuje się drugiego dna, które tak naprawdę nie istnieje. Jednak po zakończeni każdego z jego tworów coś we mnie zostaje. Coś co skłania do większych lub mniejszych refleksji (tak też było w przypadku „Zankyou no Terror”). Jeszcze jedna uwaga z mojej strony. Osobiście sądzę, że do jego tworów trzeba najzwyczajniej dojrzeć. Dla młodszej mniej doświadczonej publiki będą one czymś rozczarowującym oraz mało zrozumiałym. Zacznijmy od tego co najbardziej przypadło mi do gustu w jego kolejnym arcydziele. Jest to fabuła oraz klimat, która trzymała mnie w ciągłym napięciu. Historia skupia się na  parze nastolatków, którzy mają zarówno bardzo ciekawą, jak i smutną przeszłość. Chcą oni nie tyle się zemścić na osobach które zrujnowały im życie w przeszłości, co zwrócić uwagę ludzi na to co dzieje się w kraju za ich plecami. Zapewne dlatego są postrzegani przez wielu jako terroryści. Nie zdarza mi się oglądać na bieżąco wychodzących sezonówek lecz w przypadku ZnT wyczekiwałem każdego kolejnego odcinka z wypiekami na twarzy. Co do klimatu, to podkreślał go motyw zagadek, które zostawiali po sobie bohaterowie. Nigdy nie wynikały z czystej abstrakcji, zawsze miały w pełni logiczne rozwiązanie. Z bohaterami zżyłem się w znaczącym stopniu, pomimo zaledwie 11 epizodów. W serii można zauważyć liczne podobieństwa do Samurai Champloo. Gdy na ekranie pojawiał się Nine czułem się jak bym widział Jin’a, jest on naprawdę do niego bardzo podobny pod względem charakteru. Podobnie było w przypadku Twelve, aczkolwiek był on słabszą wersją Mugena, nie znaczy to oczywiście, że jest najgorzej wykreowaną postacią. Ba! To właśnie on gra tu pierwsze skrzypce. Oprawa audiowizualna pieściła moje oczy i uszy od pierwszej do ostatniej sekundy każdego odcinka. Jeżeli miałbym opisać ją jednym słowem, pokusił bym się o „piękne”. Przyszedł czas na zakończenie, które było czymś niespodziewanym. Zwaliło mnie ono z nóg. Możnaby je porównać do naprawdę mocnego ciosu w twarz widza. To właśnie zakończenie sprawiło, że cała seria skłoniła mnie do poważnych przemyśleń. Właściwie Watanabe ma w zwyczaju zakańczać swoje dzieła w sposób kontrowersyjny. Natomiast chyba z jego wszystkich tworów ZnT ma najbardziej brutalne jak i wstrząsające zakończenie. Jak dla mnie jest to typ serii, która powstaje raz na naprawdę wiele lat. Serce mi się kraja, że nie widuje się zbyt wielu dojrzałych dzieł, które mogą w jakiś sposób skłonić człowieka do przemyśleń. Już teraz mogę powiedzieć, że ZnT zostanie w mojej pamięci na bardzo długo, więc wiem, iż mogę polecać go z czystym sumieniem za każdym razem, gdy ktoś zapyta się mnie o jakąś dobrą Chińską bajkę. Przynajmniej do pojawienia się równie dobrego bądź lepszego tytułu.

Największe zaskoczenie

L3SIU: No game No Life
ZUBEK: Nobunaga Concerto
TOMEK: Barakamon
LASIU: Psycho Pass 2
SYNEK: Ookami Shoujo to Kuro Ouji

 Muszę się przyznać, że po pierwszych zapowiedziach NgNl wieszałem na tej pozycji psy, a moje nastawienie było podobne do tego, które towarzyszyło mi przy zapowiedzi anime na podstawie gry BlazBlue z podtytułem Alter Memory. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy z odcinka na odcinek otrzymywałem coraz lepszy kawał świetnej komedii. Takiej wypakowanej żartami sytuacyjnymi, nawiązaniami, grami słów, kosmicznymi akcjami i co już mniej fajne, golizną. Wszystko to podane w przepięknej oprawie graficznej, która podzieliła fanów. Dla jednych to „oczojebny” wszędobylski róż, po oglądaniu, którego ujawniają się ich wczesna stadia rozwoju epilepsji. Dla innych była to prześliczna i oryginalna oprawa, której różowe kontury postaci jedynie dodawały uroku i podkreślały klimat panujący w świecie przedstawionym. Większym błędem w tym roku, było chyba tylko zakupienie Assassin’s Creed Unity, zamiast Dragon Age’a :/

 Kiedy pierwszy raz zobaczyłem plakat, byłem pewien, że jest to seria w stylu starych dramatów kostiumowych. Taka nudnawa powieść historyczna zekranizowana  jako Anime, i celująca tylko w konkretną japońską widownie. W ten sposób więc, porzuciłem tę serię w niepamięć i oglądałem co innego. Jednak ostatnio L3SIU z Tomkiem “polecili” mi pierwszy odcinek, no i wtedy się zaczęło... Pierwsze uderzenie to strona graficzna. Serii brakuje jakiekolwiek szczegółowości, a animacja twarzy wygląda, jak rodem z kiepskich przeróbek na youtube.  Jednakowoż  zadziwiająco szybko przyzwyczaiłem się do tego i zauważyłem plusy serii. Po pierwsze ma ona pierwszorzędną  oprawę muzyczną, a sam ending zwala z nóg. Fabuła jest poprowadzona świetnie, ogrom postaci i wydarzeń historycznych w tak prostej historii dodaje uroku. Na koniec główny bohater, który został bardzo dobrze przedstawiony jako, nie tyle głupi(jak w większości serii) co po prostu myślący inaczej niż w czasach, w których się znalazł. Warto przetrwać te kilka pierwszy odcinków, a pozycja odpłaci nam się świetnie spędzonym czasem.

 Widząc serie z gatunku komedia i okruchy życia opisującą historię młodego kaligrafa nie spodziewałem się zobaczyć aż tak dobrej produkcji. Anime to, jest intrygującą opowieścią o dojrzewaniu głównego bohatera, podczas poszukiwania jego własnego stylu kaligraficznego. Postacie w tej produkcji są ciekawe, zróżnicowane i zachowują się realistycznie. Trzeba przyznać, iż gagi są naprawdę zabawne. Lecz anime samo w sobie skupia się przede wszystkim na przedstawieniu sytuacji zaistniałej, gdy typowy mieszczuch przybywa na wieś.  Z tego powodu wypływa na światło dzienne wiele różnic w sposobie bycia, więc gagów nie ma aż tak dużo, jak w typowej serii komediowej. Klimat serii sprawia, że oglądałem ją  z wielką przyjemnością.

 Jako, że nie ma tu podpunktu o największym rozczarowaniu, to wykorzystam tę rubrykę na opowiedzenie o moim największym negatywnym zaskoczeniu. Wybór dla wielu powinien wydawać się oczywisty. Psycho Pass 2. Na pozycję patrzyłem przez pryzmat świetnego pierwszego sezonu, który w moim prywatnym rankingu otrzymał maksymalną notę. Drugi był jednak o wiele, wiele gorszy. Rozwój postaci, prócz jednego momentu w przypadku Akane, praktycznie nie istniał. Fabuła i przebieg akcji były oczywiste, a człowiek stworzony z ok. 200 ciał to środkowy palec w strone jakiejkolwiek logiki. Ignorowałem to wszystko, aż do końca, kiedy to postać oryginalnie nie podlegająca jakimkolwiek systemom, została po prostu osądzona i zabita przez dominatora, bez żadnego wyjaśnienia czemu, po prostu. (A miało to miejsce 2-3 razy w jednym odcinku - ostatnim). Spodobała mi się jednak brutalność, toteż nie miałem serca obniżyć ocene poniżej 7/10.

 Szukając jakiegoś komedii romantycznej w sezonie jesiennym natrafiłem na „Ookami Shoujo to Kuro Ouji”. Podekscytowany opisem oraz komentarzami pod poszczególnymi epizodami, które sugerowały, iż tytuł ten jest w pewnym sensie klonem Toradory, zabrałem się za oglądanie. Niestety produkcja ta nie zaoferowała mi nic, po za chęcią robienia wszystkiego oprócz skupiania się na samym anime. Jest to swego rodzaju połączenie Trudnych Spraw, Dlaczego Ja oraz „Sukitte Ii na yo.” Jak pewnie wielu z was się orientujecie z takiego połączenia nie mogło wyjść nic dobrego. Z każdym kolejnym odcinkiem moje zażenowanie rosło. Najbardziej drażniły mnie postacie, które w były najzwyczajniej, tak płaskie, że aż wklęsłe. Same problemy, które napotykali na swojej drodze główni bohaterowie były absurdalne. Główna bohaterka to masochistka, która latała za swoim ukochanym mimo, iż on traktową ja jak psa. Jej wybranek nie był wcale lepszy. Twórcy chcieli wykreować go na wrednego pozbawionego uczuć chłopaka z rozbitej rodziny, którego okrucieństwo do swojej wybranki miało bawić, ale wyszło to tak bardzo sztucznie, że wręcz żałośnie. Fabuła również jest raczej niskich lotów. Skupiała się dłównie na połączeniu pary protagonistów. Jest po prostu do bólu schematyczna, nic w ciągu 12 odcinków mnie nie zaskoczyło. Odbiegając jeszcze od fabuły i bohaterów, należy również poruszyć kwestie strony technicznej, która była na bardzo ale to bardzo słabym poziomie. Animacja kulała, a modele postaci wyglądały właściwie tak sam, jedyne co odróżniało je od siebie to fryzura. Nie raz kobiety wyglądały bardziej męsko niż panowie i na odwrót.
Moja ocena wynosi bardzo naciągane 5/10.

Postać roku

L3SIU: Touka Kirishima - Tokyo Ghoul
ZUBEK: Hakuryu - Magi: The Kingdom of Magic
TOMEK: Shiba Tatsuya - Mahouka Koukou no Rettousei
LASIU: Shinichi Izumi - Kiseijuu: Sei no Kakuritsu
SYNEK: Tvelve - Zankyou no Terror

 Tutaj było łatwo, a zarazem trudno. W tym roku brakowało postaci wybijających się, albo przynajmniej wyjątkowych. Większość to kalki powielane w milionie serii, ale coś wypadało wybrać tak, więc przed państwem Touka. Ogólnie moja zakładka „Favorite Characters” na MAL’u jest dość statyczna. Rzadko jakaś postać trafia w mój gust, a podmieniam tam może jedną na rok, więc jak to się stało, że bohaterka takiego nieporozumienia, jakim była animowana adaptacja Tokyo Ghoula znalazła się tutaj? Prawdopodobnie z powodu mojej słabości do bohaterek w anime z fryzurą, której określenia nazwy znaleźć nie mogę. Włosy zakrywające jedno oko, krótko obcięta, google proponuje „emo-hairstyle”(A nie mówiłem?//Zubek), więc niech tak będzie. Ale przecież liczy się wnętrze! Tutaj postać już niestety tak wspaniała nie jest, jednak dalej ma sobą coś do zaoferowania. Mimo bycia ghoulem (bytem żywiącym się ludzkim mięsem), ceni swoją przyjaciółkę Yoriko. Będąca normalnym człowiekiem dziewczyna usilnie stara się otworzyć na bohaterkę, czyniąc tę relację naprawdę nieźle napisaną. Touka, pomimo posiadania cech charakteru z kategorii „tsundere” nie męczy, a wręcz wydaje się być oderwana od świata przedstawionego. Postać stanowiła lepszy pomost między światem ludzi, a ghouli, aniżeli główny bohater, do którego należało to zadanie.  I co najważniejsze. Jak nie lubić bohaterki, która nosi tak uroczą maskę królika.

 Według mnie zdecydowanie najlepszy bohater Magi. Co prawda na początku jest on po prostu kolejnym emo, które możemy uświadczyć w każdym shounenie. Sczęśliwie okazuję się być naprawdę rozbudowaną postacią. Można by o nim rozprawiać długo, jednak najważniejsza jest jego losowość pojawiania się w serii. Naprawdę odnosi się wrażeni, że czasem nawet twórcy o nim zapominają.  Hakuryu jest barwną postacią, pełną niespójności, co dodaje mu tajemniczości i i charakteru. Jego przemyślenia i wahania są genialne, a co najważniejsze niecodzienne. Ogółem Hakuryuu jest postacią pojawiającą się rzadko, ale jak się pojawi, to dzieją się czary. Tak naprawdę nigdy nie wiemy jak zachowa się w kolejnej scenie. To właśnie to, iż Hakuryuu to pełna sprzeczności postać o niesprecyzowanych zamiarach sprawia, że jest świetną postacią, która twórcą zdecydowanie się udała.

 Shiba Tatsuya(chórki anielskie w tle), to postać, którą mało komu trzeba przedstawiać. Tatsuya to najpotężniejszy mag w uniwersum, który właściwie magiem nie jest. To człowiek, który ma potencjał bojowy równy pociskom nuklearnym. Tatsuya jest lepszy niż Jezus Chrystus, gdyż potrafi on zmartwychwstać w kilka sekund, zna się lepiej na medycynie niż grupa wyspecjalizowanych ratowników medycznych. Jest on uczniem szkoły średniej  a mimo tego od lat pracuje dla wojska, jako agent specjalny, w dodatku to najlepszy magiczny inżynier na całym świecie. Shiba Tatsuya to prawdziwy prorok, a jego siostra jest pierwszą z grupy jego apostołów. Ciekawostka, słowo Onii-sama pada 163 razy w ciągu całej serii (średnio 6,52 razy na odcinek). Jedyny prawdziwy Bóg jest niestety obiektem zazdrosnych spojrzeń wszystkich mężczyzn w promieniu 10km, gdyż posiada on harem nawróconych przez siebie przedstawicielek płci pięknej. Wynika to z tego, iż  kobiety szybciej orientują się, że Tatsuya to Bóg kroczący pośród zwykłych śmiertelników. Podsumowując, jeśli jeszcze nie dołączyłeś do Kościoła Onii-samy zrób to teraz

 Dziwnym jest fakt, że wybrałem postać na którą chyba najbardziej narzekałem. Powodem tego był spartolony rozwój postaci w odcinku ok. 7-10, gdzie autor poddaje Shinichiego zbyt wielkim zmianom w zbyt krótkim czasie, przez co pominięte zostają wszystkie stany przejściowe w charakterze głównego bohatera, i próbuje wmówić, że to normalne. Zamiast wydawać się chłodny i badassowy, to był raczej bezemocjonalna kukłą. Miało to swojego rodzaju cel, a wynik był de facto ten sam. Odebrałem to jednak jako brak przyłożenia się do “developingu” postaci. Sam bohater miał tyle charyzmy, co przechodzień numer 13, czyli dokładne 0. Jednak poza tymi odcinkami (zwłaszcza po nich, oraz w odcinku szóstym i siódmym), byłem zdecydowanie pod wrażeniem tego kim i jakim się stał. Czuć było, że został w pewien sposób osamotniony "w walce o dobro ludzkości" (przypomniało mi to lekko o sytuacji Kanekiego z TG, jednak był on o wiele nudniejszym bohaterem w bardzo upłyconym anime). Zdecydowanie jest to jeden z ciekawszych bohaterów w tym roku. Dobrze napisany (nie licząc wspomnianych fragmentów), posiadający motywacje i cele. Na koniec, plus należy się za bycie bohaterem dynamicznym, co w dzisiejszych anime jest rzadkością. 

 Postać, która najbardziej przypadła mi do gustu oraz wyróżniła się na tle wszystkich innych anime roku 2014, to Twelve z ZnT. Pewnie dlatego, że, jak już wspomniałem wcześniej, przypomina mi on Mugena, mojego ulubionego bohatera. Najlepszego jakiego spotkałem w obejrzanych dotąd przeze mnie anime. Pochodzi on z wcześniejszego tworu Watanabe, którym jest „Samurai Champloo”. Mimo iż chłopak wiele przeżył, to nadal zachował w sobie człowieczeństwo oraz potrafi podjąć decyzję pod wpływem uczuć, a nie chłodnej kalkulacji. Oczywisćie, nie znaczy to, że jego wybory są zawsze właściwe. Wydaje mi się, iż kieruje się maksymą „Cel uświęca środki”. Nie posiada żadnych super mocy czy niewyobrażalnych umiejętności bojowych, po prostu zaraża on swoją osobą oglądającego. Nie da się go nie lubić, według mnie jest to wzorowy protagonista.

Duet/Grupa Roku

L3SIU: Wakamatsu & Seo - Gekkan Shoujo Nozaki-kun
ZUBEK: Andou & Kudou - Inou-Battle wa Nichijou-kei no Naka de
TOMEK: Favaro & Kaisar - Shingeki no Bahamut: Genesis
LASIU: Night Raid - Akame ga Kill!

 Jedna z tych dziwniejszych kategorii, no ale co zrobić. Mój wybór leci na parę, z chyba największego tegorocznego komediowego hitu, czyli Gekkan Shoujo Nozaki-kun. Seria zbiera nagrody wszędzie, gdzie jest to tylko możliwe, będąc przy okazji naprawdę wyborną satyrą na mangi Shoujo wszelkiej maści. Czemu zatem padło na tę najbardziej pokręconą parę? Właśnie przez „dziwność” tej relacji. On (Wakamatsu), koszykarz mający problemy ze snem, wynikające ze strachu przed swoją przeciwniczką na parkiecie, Seo. Jedynym, co pomaga mu zaznać w nocy spokoju jest głos śpiewaczki operowej ze szkolnego kółka, Lorelei. Ona (Seo), sadystyczna przyjaciółka głównej bohaterki. Uprawiająca grę w koszykówkę nieograniczoną jakimikolwiek przepisami. Uwielbiająca przemoc, nie licząca się z niczyim zdaniem, dziecinna, oraz cholernie uzdolniona. Członkini klubów sportowych i co ważniejsze muzycznego. Swój głos ukrywa pod nazwą sceniczną Lorelei (!). Na dodatek głos bohaterce podkłada Sawashiro Miyuki, czyli moja ulubiona aktorka głosowa. Czy można chcieć więcej?

 Czy może być lepsza rzecz, niż romans w typowo-nietypowej serii jaką jest Inou Battle? Otóż tak, romans który się spełnia. Andou już w drugim odcinku schodzi się z Kudo (która pojawia się w serii raptem parę razy). Ich uczucie rozkwita,  spotykają się ze sobą i stanowią najprawdziwszą parę. Kudo otwarcie deklaruje swoje uczucia nie tylko jemu, ale też wszystkim innym, wyznając swoją miłość do bohatera całemu światu. Jeśli chodzi o typowe serie szkolne, to jest to ewenement na skalę co najmniej międzygalaktyczną.  To, że cały związek trwa 10 minut (trigger style), to już inna historia. Ale to było na prawdę dobre 10 minut!

 Na miano najlepszego duetu w tym roku zasługują główni bohaterowie anime pod tytułem Shingeki no Bahamut. Czemu tak podobała mi się relacja między Favaro a Kaisarem? To proste, wraz z rozwojem fabuły tej produkcji stosunek dwóch głównych bohaterów do siebie zmieniał się, przechodził swoistą metamorfozę. Poczynając od pierwszych scen, gdy rządny krwi Kaisar ściga Favaro konno po murach i dachach miasta, przez przymusową współpracę w wiosce zombie, po wielką przyjaźń podczas walki z demonami. Wszystko to było sprytnie wplątane w epicką historię, którą obserwowaliśmy na ekranie.

 Była to, raczej dobrze wszystkim znana grupa skrytobójców, w której każdy pełnił określoną rolę podczas wykonywanych zadań. Cała drużyna charakteryzowałą się różnorodnością. Jest to, jak na serię dziejącą się w świecie fantastycznym, całkiem realistyczna grupa. Nie spotkamy się tu z typowo shounenowymi zagrywkami(małym wyjątek to główny bohater), krzyk nie daje dodatkowej mocy, a śmierć nie jest nikomu obca. O wszystkich postaciach dowiadujemy się całkiem sporo, ponieważ każda dostaje swój odcinek. Jednak historie zawarte w tych odcinkach dalej nie są zadowalające i nie ukazują odpowiednio motywów bohaterów. Skoro już wycięto 1/4 mangi to uważam, że mogli poświęcić chwile dłużej na rozwój postaci. Ewenementem dla mnie jest fakt, że bohater tytułowy został praktycznie pominięty aż do samego końca i przez całą serie stanowił raczej tylko tło dla innych. Mimo wszystko bardzo przyjemnie oglądało się wzloty i upadki tej grupy (razem lub każdego z osobna), więc mogę spokojnie powiedzieć, że była najlepsza w tym roku.

Opening roku (podgląd po kliknięciu)

L3SIU: Selector Infected WIXOSS
ZUBEK: Shingeki no Bahamut Genesis
LASIU: Sword Art Online II
TOMEK: Hoozuki no raitetsu

 Kto to jest Wakeshima Kanon? Czym jest Selector Infected WIXOSS? Dlaczego wybrałem opening serii, której nawet nie widziałem? Tyle pytań, a ja na żadne nie znam odpowiedzi. Będzie to opis openingu bez znajomości serii z otwartym myanimelist w drugiej karcie. Równocześnie jest to odpowiedź na pytanie, skąd znam imiona bohaterek. Cała pierwsza sekwencja przedstawia bohaterki, tytułowe „selektory” i ich lustrzane odbicie, którym są poszczególne awatary w świecie gry (LRIG). Kolejny „hint” to pojawienie się szalonej twarzy Tamy, zaraz przed wejściem chórów. Samo przedstawienie WIXOSSa, jako radosnej gry, gdzie bohaterki „jedynie” stawiają na szali własne życie, wygląda doskonale. Sam utwór jest świetny, a wizualnie wygląda naprawdę znośnie. Serii nie oglądałem, ale na pewno dostanie ode mnie szanse w najbliższej przyszłości.

 Wybranie openingu roku jest dla mnie dosyć proste, otóż nie zwracam zwykle uwagi na utwory otwierające, a najczęściej je skippuje po obejrzeniu jeden, może dwa razy. Z kolei właśnie Bahamut wybił się ponad to. Może i nie znam się na tym szczególnie, ale potrafię docenić dobry utwór, choć za growl’em nie przepadam (sorry Tomek), a także świetnie wpasowaną animację. Naprawdę zdziwiło mnie jak bardzo z klasą od strony graficznej jest wykonany ten opening. Widać, że ktoś postarał się nie tylko zrobić animację wysokiego poziomu, ale też doskonale wprowadzającą w klimat. Sam utwór, również mi się podobał i żałuję, że nie posiada wersji rozszerzonej, lubię gitarę, więc jak odjąć growl (sorry Tomek), to jest świetny.

 Mimo że w tym roku było wiele lepszych openingów, to właśnie Hoozuki no Reitetsu przyszedł mi na myśl jako pierwszy. Pasuje on po prostu świetnie do tej produkcji. Jest to wesołą piosenka o piekle i jego różnych kręgach. Śpiewany jest przez osoby podkładające głosy bohaterom serii co nadaje mu niesamowity klimatu. Pod względem wizualnym opening nie wyróżnia się na tle utworów otwierających serie podobne gatunkowo. Przedstawia on komplet bohaterów i właściwie tyle. Intro to nie jest niczym nadzwyczajnym, ale jeśli spojrzymy na ten utwór jako część świetnej serii komediowej, to komponuje on się tam genialnie.

 Nie znałem tej wokalistki przed usłyszeniem owej piosenki, a sam utwór uznałem za okropny i byłem zdania, że wcześniejszy opening sao (Ignite) był o wiele lepszy. Szybko jednak zmieniłem swoje poglądy na ten temat. Jak to robię przy większości openingów i endingów. Piosenkę charakteryzuje lekki wstęp zarówno jeśli chodzi o instrumenty jak i o śpiew, a następnie przechodzi w "ostrzejszy" kawałek pod względem rytmicznym, głównie z powodu użycia gitary elektrycznej. Nie zmienia to jednak wokalu, który jaki był na początku taki jest dalej, co powoduje, że piosenka jest dosyć zróżnicowana. Jak na utwór udostępniony w sieci na początku grudnia, 51 odtworzeń (tylko na komputerze) to bardzo dobry wynik w porównaniu do reszty piosenek z mojej playlisty, w której najwyżej plasuje się równie świetny This Game - Konomi Suzuki.

Ending roku (podgląd po kliknięciu)

LASIU: Psycho Pass 2
ZUBEK: Rail Wars
TOMEK: Walk like an egiptan
L3SIU: Noragami

 W tym zestawieniu nie mogło zabraknąć Supercella. Jako, że nie mają w tym roku na swoim koncie openignu, to padło na ending. Lasiu wziął ostatnie dzieło,  brandowane „Egoistem”, więc mi zostaje ten ciekawy przypadek, czyli debiut. Tia przy pomocy Ryo stworzyła swój pierwszy utwór na potrzeby anime, ale za to jaki? Świetnie oddany klimat poprzednich piosenek zespołu, połączony z nowym głosem dał bardzo ciekawy efekt. Uwielbiam użyty schemat kolorów,  tempo utworu i samą scena końcową, kiedy Hiyori przykrywa Yato i Yukine. Taki fajny smaczek do samej serii, gdzie stanowi podporę dla obu bohaterów, i jest tak naprawdę ich jedyną motywacją do wszelkich działań.  Po prostu klasa.

 Rail Wars, czyli jak zrobić ending lepszy od serii. Naprawdę, gdy ogląda się koniec każdego odcinka można odnieść wrażenie, że „ej chwila, ta seria chyba w coś celuje,  ma jakieś ambicje” co oczywiście jest niszczone, przez takie sobie ecchi, niestety po za odcinkiem widoczne również w openingu. Warstwa wizualna przechodzi od średniej do dobrej i z powrotem, jednak bez problemu można to znieść, sceny są naprawdę przyjemne (co prawda mało związane z serią). Muzyka ma naprawdę dobry wstęp, niestety później robi się z niej typowy zwyklak. Ogółem, dupy nie urywa, ale jest ok.

 Opening i Endingi JoJo to klasa sama w sobie. David Productions odwalają kawał świetnej roboty przy zgrywaniu muzyki z animacją. Walk Like an Egyptian to nie wyjątek, wizualnie wygląda świetnie. Jest on bardzo kolorowy, a postacie pokazane są w typowych dla serii pozach. Właściwie całe outro skupia się na naszych bohaterach. Nareszcie możemy się przyjrzeć im, ich standom oraz kartom tarota, które im odpowiadają. Muzycznie utwór zespołu The Bangles pasuje do tego rozdziału opowieści o rodzinie Joestrów genialnie, jedyny lepiej pasujący utwór to Egypt(The Chains Are On), którego wykonawcą jest Dio. Piosenka zespołu rokowego z lat 80 to świetny wybór na ending tej produkcji szczególnie, iż nawiązuje ona często do wykonawców z tych lat. Na koniec dodam, że muzyka idealnie zgrywa się z animacją.

 Długo zastanawiałem się, czy nie wybrać aLIEz autorstwa Sawano Hiroyukiego. Mimo że jest on klasą samą w sobie, wybrałem Fallen, gdyż jestem wielkim fanem Egoista. Piękny wokal Chelly z oryginalnym tekstem, oraz świetną muzyką w tle to, to czego się spodziewałem po tej piosence. No i oczywiście się nie zawiodłem. Rytm jest idealny oraz chwytliwy, a utwór nie nudzi się zbyt szybko, jak zwykle robi to zdecydowana większość OP i ED, toteż częste słuchanie jej nie jest problemem. Na uwagę również zasługuje początek “All is calm, All is bright” który w 90% trafia “idealnie” w sytuacje będącą na ekranie - na przykład załamującą się i płacząca Akane.

Scena roku (spoilery)

L3SIU: Kill La Kill episode 17 - Tell Me Why - ostatni scena
ZUBEK: Gugure! Kokkuri-san Episode 1 – Doll Girl Meets Kokkuri-san! - płacząca Kohina
LASIU: ALDNOAH.ZERO Episode 12 – Childhood's End - ostatnia scena
TOMEK: Samurai Flamenco Episode 7 – Change the World - Guillotine Gorilla

 Scena roku, i od razu stanęły mi przed oczami tylko dwa obrazy. Pierwszy z omawianego już przez Tomka Kill La Kill. Drugi natomiast pochodzący, z również wspominanego przeze mnie, No Game No Life. Zdecydowałem się na ten pierwszy, ponieważ odcinek oglądałem w dość egzotycznych warunkach. Całe KlK oglądałem we wielu miejscach w Polsce (zima, przerwy świąteczne, te sprawy). Bo jak to tak? Nowy odcinek, a ja mam go nie zobaczyć? Trafiając po drodze do pięknych i słonecznych Słubic, odwiedziłem Zubka i przypadł nam akurat ten odcinek. Całe 24 minuty, jak zresztą wszystkie epizody pod koniec serii, zostały napakowane ogromną ilością akcji, a podsumowane TYM zakończeniem. W wielu seriach powinniśmy spodziewać się rozwiązania akcji, tutaj tak naprawdę się zawiązuje. Plan Ragyou wchodzi życie, Satsuki staje się trzecią stroną konfliktu, a cała seria nabiera nowego wymiaru. Niesamowity podkład, zabawa z widzami i sam fakt nabicia głównej antagonistki na wielki krzyż (!!), to definicja popularnego stwierdzenia „epickość”. Sama scena spowodowała u mnie wielki opad szczękii, a kiedy ją znalazłem to już wiedziałem, że serii szybko nie zapomnę.

 Scena ta, to swego rodzaju cios od twórców, pokazują oni jak wiele głębi może mieć seria(tyle zmarnowanego potencjału), która wydaje się na pozór zwykłą lekką komedią. Moment w którym po beztroskiej zabawie i głupawych gagach, oraz niedorzecznym wyrzuceniu Kokkuriego, nagle coś jest nie tak. Zmienia się nie tylko animacja, ale i cały nastrój. W tej serii krótkich momentów nie widzimy już karykaturalnego świata, pełnego lekkich i śmiesznych gagów, nagle zostajemy przeniesieni do zwykłej, szarej, a nawet troszkę mrocznej rzeczywistości. Wtedy właśnie Gugure! pokazuje swoje drugie obliczę, swoją głębię. Widzimy tragedię samotnej dziewczynki, która pomimo usilnego starania się, by pozostać bezuczuciową, płacze nad stratą jedynego przyjaciela.

 Czy czuliście kiedyś jakbyście pomylili sale w kinie i zamiast iść na nową komedię, trafilibyście na maraton dziwacznych horrowów klasy B? Jeśli nie, a jest to wasze niespełnione marzenie, to wystarczy że obejrzycie Samurai Flamenco. Pewnie mało kto słyszał o tej serii, więc postaram się trochę o niej opowiedzieć. Hazama Masayoshi to młody, przystojny mężczyzna pracujący jako model, marzący również o zostaniu superbohaterem (świat jest realistyczny i nikt nie ma żadnych supermocy). Dalej to właściwie początek filmu "Kickass". Nasz protagonista próbuje być wysłannikiem sprawiedliwości, lecz dostrzega pewne trudności. Po jakimś czasie zostaje gwiazdą Internetu, i tak właśnie dochodzimy do odcinka ósmego, z którego pochodzi wybrana przeze mnie scena. Gdy Samurai Flamenco pomaga policji w rozbiciu szajki handlarzy narkotyków, produkcja ta rozpoczyna swoją jazdę rollercoasterem bez trzymanki. Jeden z aresztowanych przez policję gangsterów nagle mutuje w wielkiego goryla z gilotyną zamiast brzucha. Powtórzę. Jeden z aresztowanych przez policję gangsterów nagle mutuje w wielkiego goryla z gilotyną zamiast brzucha. Gilotine Gorilla (gdyż tak ma na imię ów monstrum), ścina głowę jednego z policjantów, a innego wyrzuca przez okno. Jest on niewrażliwy na kulę z pistoletu i ciosy naszego bohatera. Ostatecznie zostaje pokonany. Przyczyna śmierci? Został wypchnięty przez okno. Po upadku krzyczy jeszcze "Viva Torture!" i wybucha. Następnie pojawia się King Torture, który ogłasza, że jest źródłem całego zła na świecie. Wtedy jeszcze nie dotarło do mnie, co tak właściwie zobaczyłem. Jako, że oglądałem to anime, kiedy wychodziło, miałem nadzieję, iż ta scena to był najzwyczajniejszy w świecie troll i w następnym odcinku okaże się, że akcja działa się na planie filmowym lub coś takiego. Niestety myliłem się. Produkcja podobno tylko zyskusje na swojej dziwności. Osobiście skończyłem zabawę z tą serią po upewnieniu się, że Gilotynujący Goryl to nie żart.

 UWAGA, tekst zawiera spoilery na temat zakończenia pierwszego sezonu. Gen Urobuchi - to powinno wszystko wyjaśnić. Jednak by być dokładnym, muszę powiedzieć, że ten wybitny scenarzysta stał jedynie za pierwszym odcinkiem omawianej produkcji. Jednak ręka wprawionego w mordowanie milionów mistrza, zdążyłą zebrać scenariuszowe żniwo. Wszystko oczywiście aby popchnąć historię naprzód. Zamach na księżniczkę, a następnie wybuch olbrzymiej bomby (jak mawiał Hitchcock “Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć.“) to idealne rozpoczęcie historii, która skończyła się w momencie śmierci dwóch głównych bohaterów, co byłoby jak najbardziej typowe, dla wyżej wymienionego scenarzysty. Końcówka ta była bardzo niespodziewana. Na tyle, na ile, śmierć dziewczyny nie zaskoczyła mnie aż tak bardzo, to doznałem nie lada szoku gdy umarł Inaho. W końcu odcinek wcześniej, 8 latka jechała niezniszczalnym, antyrakietowym samochodem pancernym, więc nie spodziewałem się takiej zmiany klimatu dosłownie chwilę później.

Odcinek roku (spoilery)

L3SIU: Akame Ga Kill! Episode 6 - Kill the Absolute Justice
LASIU: Fate/stay night Episode 0 - Prologue
TOMEK: The Fruit of Grisaia Episode 7 – Letter of Happiness
ZUBEK: D-Frag! Episode 6 - So That Means We're in a Love Triangle!

 Akame ga Kill! To seria, o której już powiedziano chyba wszystko. Manga jest przez wielu doceniana, a anime było tak długo, jak długo ekranizowało swój pierwowzór. Sama pozycja, w moich oczach była całkiem udanym projektem, ale wesoła twórczość studia Whitefox’a, która objawiała się przy tworzeniu ostatnich odcinków, nieznacznie zatarła to wrażenia. Jednak ja tutaj o wcześniejszych odcinkach, kiedy pozycja była jeszcze przez wszystkich kochana i szanowana. Szósty, o podtytule „Kill the Absolute Justice” wywarł na mnie ogromne wrażenie. W nim właśnie, debiutowała w walce Seryuu Ubiquitous, chora psychicznie, posiadająca wywrócony do góry nogami system moralności, obrończyni sprawiedliwości. Głos Kany Hanazawy w wersji szaleńczo obłąkanej brzmiał niesamowicie. Cały odcinek to niekończący się rollecoaster, gdzie na prowadzenie wychodziła raz jedna, raz druga strona. Na kolejny plus idzie jedna z najlepszych scen śmierci w tym roku. Szok, że w obecnie emitowanym anime może umrzeć kluczowa postać (i to tak wcześnie) był ogromny, a fora zalały wychwalające frazesy. Wszystko podsumowała scena, w której Seryuu oparta o Koro w strugach deszczu, obłąkanym wzrokiem patrzy w niebo. Utraciła obie ręce, ledwo przeżyła, jednak dalej była dumna z zabicia tak okropnej osoby, jaką była bohaterka Sheela.

 Najbardziej szalone zawody w najbardziej szalonej serii tego roku.  Muszę przyznać, że oglądałem ten odcinek dwa razy, raz przed obejrzeniem serii i raz w trakcie. Co najlepsze, muszę przyznać, iż pamiętając całość dalej bawiłem się prześwietnie, i nie tylko ja. Oglądałem go również z innymi osobami i każdemu się podobał.  Ilość gagów jest zatrważająca, i to gagów dobrych, nie powtarzających się. W zawodach bierze udział cała gama różnych postaci, które parodiują powagę w innych seriach, oraz oczywiście shouneny. Dorzućmy do tego K.O. wykonany zamkiem od dresu (za duże cycki, swoją drogą chyba jedyna seria, która nie jest ecchi, a ponadto ma dobre gagi o cyckach) i niezapomniane, genialne wręcz, postacie trzecioplanowe. Zdecydowanie jeden z lepszych odcinków serii do którego start ma chyba tylko Shaun Konekone-sensei

 Odcinek ósmy anime Grisaia no Kajitsu (seria powstała na podstawie visual novel o tym samym tytule), jest pierwszym odcinkiem “ścieżki” Irisu Makiny, piętnastoletniej dziewczynki wyglądającej jak typowa loli. Główny bohater Kazami Yuuji, zostaje jej “papą”. Brzmi jak pedo seria? Nic bardziej mylnego! Ta produkcja mogłaby wyjść z pod ręki samego Gena Urobuchiego (Madoka, Psycho-Pass, Fate/Zero). Dowiadujemy się, że Makina ma siostrę, jest to ciekawe o tyle, że mówią nam o tym jakieś 20 sekund przed wybuchem samochodu. Jakiego samochodu? Ano takiego do którego właśnie wsiadła jej siotra. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie fakt, że było to jej jedyne wystąpienie w tej serii. To właśnie spowodowało, że wybrałem akurat odcinek ósmy(czemu zawsze ósmy?!). Sama scena była tak niespodziwana, jak śmierć takiego jednego bohatera w Death Note’cie. Odcinek ogólnie był dobry, ale to te kilkanaście sekund było w nim kluczowe. Potrafiły one zaskoczyć, mimo iż ta produkcja zdążyła nas przyzwyczaić do niesamowicie absurdalnych rozwiązań. Pewnie mój tekst pasowałby bardziej do sceny aniżeli odcinka roku, ale kogo to obchodzi...

 Jest to prolog, który nie przedstawia za wiele szczegółów, co do fabuły serii, a raczej prezentuje bohaterów na tyle, na ile trzeba by zrozumieć, co się dzieje. Jest to dosyć typowy wstęp dla serii z uniwersum Fate’a. Od razu po tym czeka nas przyzwanie sługi (Archera) przez Rin, kłótnie między nimi, walka z lancerem i "śmierć" Shiro. Zdecydowaną część czasu spędziłem jednak będąc pod wrażeniem strony wizualnej, która wyszła po prostu bosko. W końcu cały pojedynek lancer vs. archer + Rin (na której animacje Ufotable zapewne zużyło połowę budżetu przeznaczonego na serie) był przepełniony pięknymi efektami, a samą scenę replayowałem ze 3 razy. Summa summarum był to dobry wstęp dla nieźle poprowadzonej później historii.

Guilty Pleasure

LASIU: No Game No Life
L3SIU:  Fate/kaleid liner PRISMA☆ILLYA 2wei!

TOMEK: Grisaia
ZUBEK: Sakura Trick

 Fate/Kaleid Liner Prisma Illya Zwei! – Jeden z najlepszych lesbijskich pocałunków w anime, na dodatek w wykonaniu 10 letnich dziewczynek ( ͡° ͜ʖ ͡°).  Sama seria tak naprawdę trafi do każdego. Oczywiście przeważa tutaj fan service, w wykonaniu dziewczynek ze szkoły podstawowej, co samo w sobie jest zastanawiające, jednak to tylko część tej niesamowitej produkcji. Świetnie zaanimowane walki, ładna kreska i niesamowicie zabawne gagi to połączenie, jakiego w tym roku nie było. Sama pozycja obfituje w smaczki dla fanów innych dzieł z serii Fate, a bohaterka, mimo swojego wieku nie męczy. LEWD – to najlepiej opisuje tę produkcje.

 Myślę, że sakura trick powstało mniej więcej tak:
Pomysł:
- Ej mam pomysł na serię
- Wow! Jaki?
- Całujące się lesbijki!!
- I?
- ?
- Co dalej?
- A potrzeba coś więcej?
Produkcja:
- Panowie, losujmy tematy!
- Straszne historie!
- Dramatyczne skoki z balkonu grożące utratą życia!
- Tanie zagrywki z każdego romansu szkolnego!
- Ok mamy odcinek, do zobaczenia za tydzień.

Oglądałem chyba tylko dlatego, że jest to seria yuri i nie mam szczególnych  wymagań dla lekkich odmóżdżaczy. Jeśli zapomnimy o braku pomysłu, głupocie, płytkich bohaterach, średniej kresce i wielu innych mankamentach, to jest to doskonały Bułgarski dramat obyczajowy.

 Grisaia no Kajitsu to naprawdę niezwykła seria. Przed emisją tego anime przeszedłem sporą część Visual Novel na podstawie której powstał ten twór. Początkowo porzuciłem oglądanie tej produkcji po kilku odcinkach, z powodu ominięcia sporej ilości dość istotnych wątków, ale seria zbierała dość dobre oceny, więc dałem jej kolejną szansę. Mimo iż znałem klimat serii i niektóre wydarzenia i tak średnio raz na odcinek była scena, która zaskakiwała mnie tak bardzo, że spadałem z fotela na podłogę. Jedną z nich była choćby scena opisana przeze mnie w akapicie dotyczącym najlepszego odcinka tego roku. Grisaia jest zaskakująca, zabawna i ciekawa oraz ma dobrego głównego bohatera. Nie czyni jej to niestety dobrą serią. Anime strasznie okroiło fabułę serii, w VN kot z odcinka czwartego ma dłuższą historię niż jakikolwiek bohaterów w anime. Muszę przyznać, że wykorzystanie ścieżki dźwiękowej z nowelki w animowanej adaptacji  było dobrym pomysłem. Pomimo tego, iż seria przypomina typową produkcje studia Shaft, to nie pochodzi ona od Shaftu.  Pomimo tego, iż seria przypomina typową produkcję od Gena Urobuchiego to Gen Urobuchi nie przykładał do niej ręki. 
 Wybrałem tą serie z prostego powodu: podobała mi się najbardziej. Znalazłem w niej wszystko z czego czerpie przyjemność w oglądaniu anime: humor (przez wielu uważany za słaby), ciekawe postacie, dobre pomysły na akcje (w tym wypadku pomysły na różnego rodzaju rozgrywki), cudowną stronę audiowizualną (różowe kontury - deal with it) oraz dobry przekaz tego co autor miał na myśli dla widza (+loli ale to taki mały bonusik). Właściwie cechy, które wymieniłem, to cechy bardzo dobrego anime, które mógłbym wrzucić pod podpunkt „najlepsze anime roku”. Pamiętajmy jednak, że niektórym serią po prostu nie mogę dać dobrej oceny bo zostanę zhejcony przez wszystkich wokół (buuuuu, Zubek not approved). NGNL to w końcu drugie sao pod tym względem. Ja jednak uważam tą serie za świetną i przypomniała mi ona czasy kiedy zaczynałem swoją przygodę z anime i każdej serii dawałem 10/10. Oczywiście było to głupie, ale miało pewien urok, gdyż patrzyłem na serie głównie pod względem tego jak mi się podobała (i czerpałem z niej przyjemność bardziej niż z produkcji oglądanych obecnie), a nie na ile była oryginalna czy dobrze zrobiona technicznie (chociaż NGNL takie było). Toteż uwielbiam i bardzo szanuję tą serię oraz zapewne kupię kiedyś blu-raya. Kończąc moją wypowiedz, powiem jeszcze, że po obejrzeniu czułem, iż był to twór, który podpasował mi pod każdym względem i długo pozostanie w mojej pamięci.

Najdziwniejsza seria

L3SIU: Sekai Seifuku: Bouryaku no Zvezda
TOMEK: JoJo's Bizarre Adventure: Stardust Crusaders
ZUBEK: Ore, Twintails ni Narimasu.
LASIU: Kill la Kill

 Seria z początku roku opowiadająca historię Asuty, czyli najbardziej typowego młodzieńca z nietypowymi więzami rodzinnymi. Na drodze bohatera staje mała dziewczynka, której pragnieniem, czy właściwie jedynym celem jest Podbicie Świata (tytułowe „Sekai Seifuku”). Oczywiście gdyby były to tylko dziecinne fantazje bohaterki, to wszystko brzmiałoby jak najbardziej normalnie, niestety dla głównego bohatera wizje te są zupełnie realne. Kate proponuje bohaterowi maskę przeciwgazową i swoje przekąski, oraz dzielenie się podbitym światem, jeżeli dołączy do jej tajnego stowarzyszenia Zvezdy. Jest to oczywiście propozycja nie do odrzucenia. Jest to tylko krótkie wprowadzenie do jednej z najbardziej absurdalnych serii roku. Porównywanie osób palących do zombie i wypowiedzenie im wojny. Starożytne cywilizacje, które zamknęły moc w udonie znajdującym się w wielkim podziemnym tunelu, łączącym Ukrainę z Japonią. Mógłbym wymieniać dalej, ale to nie o to tutaj chodzi. Musicie dać tej pozycji po prostu szansę. Zvezda is Madness. This World is Insane.

 Wyobraźcie sobie taką oto serię:
Główny bohater to idealista, który pomimo bycia świadomym otaczającego go świata, za wszelką cenę chce pomagać ludziom. Ma on przyjaciela, który jest realistą, ale mimo wszystko go wspiera. Nagle zaczyna się wielka tragedia, obca rasa atakuje ziemie, pozbawiając ludzi woli do życia. Przybywa również kosmita, którego planeta w ten sposób umarła poszukujący osoby, który jest na tyle silny psychicznie by walczyć za pomocą kosmicznej technologii. Poznajemy historię, o tym, że kiedy jego planeta umarła, coś w nim pękło i już nie mógł walczyć. Dowiadujemy się, że najeźdźcy są na skraju wymarcia i walczą jedynie o przetrwanie. Nie mamy tu czarnobiałych postaci, antagoniści i protagoniści szanują się wzajemnie. Wszystkich tak naprawdę boli konieczność  walki. Główny bohater zakochuje się  w swojej, stwarzającej pozory szaleństwa, a tak naprawdę samotnej, przeciwniczce. Obserwujemy jego dramat, o tym jak traci wolę walki, jak bardzo jest rozbity między miłością do ziemi i powinnością obrony jej. Z drugiej strony jest rozdarty wewnętrznie, między pożądaniem, a nienawiścią do swojego nemezis. Jednak, gdy jego przyjaciele zostają pokonani, a ziemia jest na skraju upadku w końcu rozumie, iż świat jest ważniejszy. Mimo wszelkich przeciwności losu protagonista wyrusza  na kolejną bezsensowną bitwę. Czy ta spirala nienawiści kiedyś się zakończy? Brzmi jak dobra, choć, troszkę sztampowa, produkcja o super bohaterze. Rozwińmy wątki, zróbmy troszkę doroślejsze podejście, bardzo dobra seria. Wtedy wszedł ktoś z Production IMS i stwierdził „ A może  po prostu zrobimy coś nieźle powalonego?” I wiecie, co? Udało im się jak nigdy.

 JoJo's Bizarre Adventure: Stardust Crusaders, ten tytuł właściwie powinien mówić sam przez siebie. JoJo to seria mang i anime opowiadające o przygodach rodu Joeastarów oraz ich przygodach. Przygody te są naprawdę niezwykłe. Co może być dziwniejsze od lubiącego małe dziewczynki orangutana kontrolującego statek? Niewiele, ale każdy kto widział to anime przypomina pewnie sobie scenę spożywania wiśni przez Kakioyna, która jest jeszcze dziwniejsza. Warto też wspomnieć o niezwykle skomplikowanej fabule drugiego sezonu przygód Joestarów, a wygląda ona mniej więcej tak:
Grupa tytułowych gwiezdnopylnych krzyżowców, czyli wysocy umięśnieni jak kulturyści po sterydach mężczyźni, wyrusza w podróż z Japonii do Egiptu aby pokonać wampira, z którym ród Joestarów walczy od pokoleń. Antagonista z kolei nasyła na nich kolejne fale przeciwników. Tak oto prezentuje się ta seria fabularnie. Stardust Crusaders to dalej to do czego przyzwyczaił nas poprzedni sezon JoJo, czyli pozowanie, szalony wybór barw oraz interesujące pojedynki.

 Wybór był dosyć prosty, ponieważ nie widziałem praktycznie żadnej dziwnej serii w tym roku. Najbliżej tego stwierdzenia jest Kill la Kill, które zdecydowanie posiadało parę nienormalnych elementów. Poczynając od fabuły, która była zdecydowanie niecodzienna, poprzez fan service, kończąc na zachowaniu Mako. Jeśli tym czego szukacie są świecące sutki, dziewczyna z tak przezabawnymi tekstami, że dusiłem się ze śmiechu, anime przypominające co najmniej w połowie amerykańską kreskówkę lub serie z po prostu genialnym soundtrackiem, to możecie się zatrzymać i wygodnie rozsiąść w fotelu (lub krześle… jak kto woli). Oto i znaleźliście serie dla was idealną, a zarazem pozytywnie pieprzniętą – Kill la Kill.

 

Tagi: anime azja chórki anielskie dwugłos Japonia mag manga anime recenzja shounen

Oceń notkę
+ +12 -

Oceń profil
+ 0 -
L3SIU
Ranking: 10014 Poziom: 17
PD: 913
REPUTACJA: 0