Tomassowe Bajania

Tomasso_34 Tomasso_34 22.05.2017, 17:34
Korona Półmaratonów Polskich #3 - Relacja z Białegostoku
329V

Korona Półmaratonów Polskich #3 - Relacja z Białegostoku

Walka o zdobycie Korony Półmaratonów Polskich 2017 – odsłona druga. Po udanym starcie w Gdyni los pokierował mnie tym razem na wschód Polski. Na Podlasie. Do Białegostoku.

Pojechałem umęczyć swe ciało, aby uradować mą duszę. Wyruszyłem w podróż, aby ostro się sponiewierać, by endorfiny mocno uderzyły mi do mózgu. Jest to podobna sytuacja do piątkowego wyjścia do baru. Idziemy się napić, aby być szczęśliwi i zapomnieć o problemach. Nie myślimy o konsekwencjach, jakie czekają nas dnia następnego. Nie myślimy o kacu. Podczas biegu, tak jak podczas picia alkoholu, cieszymy się chwilą. Biegniemy po dobry wynik. Dzisiaj jest świetnie. Jest energia. Jest moc. Jutro będą zakwasy i inne dolegliwości. Ale dzisiaj mamy to gdzieś. Liczy się tylko tu i teraz. Liczy się tylko to, aby się sponiewierać i być beztroskim jak dziecko w piaskownicy.

Białystok oddalony jest szmat drogi od mojej pięknej Środy Wielkopolskiej, na której potęgę i chwałę zasuwam codziennie w Urzędzie Miejskim. Gdy planowałem podróż do stolicy Podlasia bałem się trudów długiej podróży. Jazda z Poznania pociągiem TLK trwa blisko 9 godzin. Zacząłem więc szukać innego sposobu dostania się do Białegostoku. Przez przypadek znalazłem połączenie z Ostrowa Wielkopolskiego. Jest on oddalony w większej odległości od Środy niż Poznań, ale podróż do Białegostoku trwa stamtąd zaledwie 5,5 godziny. I w dodatku podróż przebiega w lepszych warunkach, gdyż transport odbywa się nowoczesnym pociągiem PESA Dart, który potrafi osiągnąć prędkość 160 km/h. Wagony są klimatyzowane, miejsca wygodne. Jest wagon barowy, gdzie można kupić napoje ciepłe i zimne oraz różne dania i przekąski. 

Podróż przebiegała bardzo miło. Jedynym mankamentem był mój współpasażer – obywatel Ukrainy. Nie mam nic do Ukraińców, ale facet oglądał na telefonie jakieś filmiki w ojczystym języku, jednakże nie używał do tego słuchawek. Cały wagon słuchał tego, co on. Nie lubię tego typu ludzi w podróży. Zwyczajnie mnie denerwują, bo przeszkadzają innym. Dobrze, że ja miałem ze sobą słuchawki. Całą drogę słuchałem audiobooka Pauli Hawkins „Dziewczyna z pociągu”. Czytała Karolina Gruszka. Książka bardzo przypadła mi do gustu. Nie można wyobrazić sobie lepszej pozycji do słuchania w pociągu, niż „Dziewczyna z pociągu”. Czułem się prawie jak bohaterka powieści. Bo jechałem pociągiem. Gapiłem się na ludzi i miałem ochotę na piwo. Tylko jeden szczegół się nie zgadzał. Narządy płciowe były inne. I niech tak lepiej pozostanie. Lubię swoje przyrodzenie i nie chcę się z nim rozstawać.

Do Białegostoku dotarłem ok. godziny 14.10. Miasto powitało mnie cudownymi promieniami słońca. Swe pierwsze kroki skierowałem ku miejscu zakwaterowania. Gdy w hotelu zostawiłem walizkę i dokonałem wszystkich formalności związanych z pobytem, to wyruszyłem do biura zawodów, które zlokalizowane było na dziedzińcu Pałacu Branickich. Przed Pałacem mieści się piękny ogród z fontannami i rzeźbami z piaskowca, które przedstawiają bóstwa greckie. Na pamiątkowych medalach z biegu znajdują się co roku wizerunku innych bóstw. W tym roku na medalu widniała postać bogini Flory. Odbiór pakietu przebiegł sprawnie. Zawartość pakietu bardzo mi się podobała, gdyż w jego skład, oprócz mnóstwa ulotek, wchodziła gustowna koszulka biegowa marki 4F. Pakiet kosztował 50 zł, gdyż zapisałem się w pierwszym możliwym terminie. Potem opłaty były już wyższe.

Kiedy miałem już swój numer startowy przyszła pora na zwiedzanie i jedzenie. Karkówka z pieczonymi ziemniakami z restauracji "Chata Podlaska" bardzo przypadła mi do gustu. Całe miasto przypadło mi zresztą do gustu, a konkretnie jego centrum. Spędziłem na spacerze blisko 3 godziny, by wrócić do hotelu i wypocząć przed biegiem. "Willa Pastel" w cenie pokoju oferowała swoim gościom bezpłatny dostęp do strefy SPA. SPA było dość ubogie, bo składały się na nie dwie sauny i grota solna. Spędziłem w niej blisko godzinę na relaksie połączonym z elementem zdrowotnym polegającym na wdychaniu czystego powietrza pełnego magnezu, sodu, jodu i potasu. Pierwszy raz korzystałem z dobrodziejstwa groty solnej, ale wiem, że nie był to mój ostatni raz. Po wyjściu z groty czułem się odprężony, uspokojony i zrelaksowany. Udałem się do pokoju przygotować rzeczy na bieg. Przygotowania umilał mi "Konkurs Piosenki Eurowizji 2017". Głos artystki reprezentującej Belgię oczarował mnie. Piękno w czystej postaci. 

I tym oto sposobem nastał ranek. Za 3 godziny miałem stawić się na linii startu. Szybko zjadłem lekkie śniadanie. Łyknąłem tabletki na trawienie, które brałem już od kilku dni z powodu, jak mi się wydawało wątroby, a jak się potem okazało problem leżał po stronie jelit. Najzwyczajniej przesadziłem z probiotykami i suplementami diety. Byłem za mocno nakręcony na udział w półmaratonie w Białymstoku żeby jakiś tam ból brzucha pokrzyżował mi plany. Wychodząc z hotelu spotkałem trzy sympatyczne i uśmiechnięte biegaczki z okolic Warszawy, które były tak uprzejme, że zrobiły mi pamiątkowe zdjęcie z zawodów. 

Hotel od miejsca startu dzieliła odległość jednego kilometra. Wolnym krokiem zmierzałem do celu. Po drodze mijałem wielu biegaczy. Atmosfera biegu zaczęła mi się udzielać. Endorfiny powoli zaczęły mnie uszczęśliwiać. Zupełnie zapomniałem o lekko bolącym brzuchu. Słońce świeciło mocno, ale nie było parno i gorąco. Dało się biegać. Po zaliczeniu obowiązkowej wizyty w toalecie i po krótkiej, lecz intensywnej rozgrzewce, przywdziałem na siebie pas biegowy z bidonami i żelami energetycznymi. Kto mnie zna dobrze wie, że mam bujną wyobraźnię. Nawet najbardziej prozaiczna czynność dnia codziennego może u mnie wywołać jakieś skojarzenie. Jakąś myśl, dzięki której na chwile pojawi się uśmiech na mojej twarzy, a czasami nawet na twarzach innych osób. Taka myśl wpadła mi do głowy w czasie zakładania pasa biegowego. Wyobraziłem sobie wtedy, że jestem rewolwerowcem z Dzikiego Zachodu, który za chwilę ma pojedynek strzelecki na śmierć i życie. Zakłada on swój pas z pistoletami i pewnym krokiem zmierza na miejsce pojedynku. Moim pojedynkiem na śmierć i życie była walka na trasie o jak najlepszy wynik. Zamiast rewolwerów miałem dwa bidony z izotonikiem. Nie byłem jednak taki całkiem bezbronny. Miałem ze sobą swojego gnata, bez którego nigdzie się nie ruszam. Sami wiecie gdzie... 

Start biegu w Białymstoku przypadł mi do gustu. Wszyscy biegacze na znak wystrzału z armaty zaczęli iść w kierunku linii startu. Był to tzw. start statyczny. Dopiero po paru minutach przekraczało się linię początku pomiaru czasu. W tym momencie kibice wiwatowali na naszą cześć. Czułem się jak rzymski legionista, który wyrusza ze swojego rodzinnego miasta na wojnę po honor i chwałę dla swojej ojczyzny. 

Od początku startu biegło mi się bardzo lekko. Tempo miałem dobre. Takie jak sobie założyłem, czyli każdy kilometr w czasie poniżej 6 minut. Udawało mi się tak do 12 kilometra, gdzie miałem lekki kryzys. Myślę, że powodem tego stanu rzeczy była duża liczba podbiegów na trasie, które jak wiadomo męczą. Gdy zrobiło się płasko na trasie moje tempo wróciło do tego, które sobie założyłem. Dobrą robotę zrobiły także żele energetyczne, które starałem się jeść co ok. 30 minut. Rezultat dobrego tempa dostrzegłem na mecie, gdy doszło do mnie, że udało mi się poprawić życiówkę o 3 minuty i 12 sekund. 

Organizację biegu oceniam bardzo dobrze. Na całej trasie biegaczom towarzyszyli wolontariusze na rowerach, który służyli pomocą taką, jak np. podanie czegoś do picia lub wsparcie psychiczne. Trasa biegu była ciekawa. Przebiegała przez centrum miasta, co najbardziej lubię, ale i po obrzeżach. Dzięki temu było mi dane zobaczyć Kampus Uniwersytetu Białostockiego oraz stadion Jagiellonii. Wielkim minusem były dla mnie punkty odżywcze, które moim zdaniem były za małe i robiły się przy nich kolejki po wodę. Pierwszy punkt odżywczy pojawił się dla mnie zupełnie znikąd . Zaskoczył mnie, co było rezultatem tego, że żel musiałem popijać izotonikiem, a nie wodą. Dalsze punkty były lepiej oznaczone, ale nadal za małe. Ich wydajność była słaba. Robiły się przy nich niepotrzebne kolejki. Na trasie brakowało kurtyn wodnych , ale organizator raczej nie spodziewał się tak nagłego ataku ciepła. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że tydzień przed biegiem kilka głównych ulic Białegostoku była zalana w wyniku gwałtownych opadów deszczu. Na trasie zbyt mało było punktów muzycznych, które bardzo pomagają w bieganiu. Było kilku DJ-ów, ale jak dla mnie niewystarczająco. Na trasie musi być głośno. Lepiej się wtedy biega. 

W hotelu zostałem jeszcze na jedną noc, aby zregenerować się przed wielogodzinną podróżą powrotną. Grota solna szybko postawiła mnie na nogi. W pociągu miałem zamiar oglądać serial "Fargo" na komórce w aplikacji Showmax, jednak problem z zasięgiem skutecznie mnie do tego zniechęcił. Wybrałem tradycyjną książkę - "Ciało i krew" G. Mastertona. Postanowiłem także spróbować jakie dania serwuje Wars. Kotlet schabowy z ziemniakami nie powalał, ale za to surówka była boska.

Plan zdobycia Korony Półmaratonów Polskich w sezonie 2017 wykonany w 40%. Jeszcze tylko Grodzisk Wielkopolski, Gniezno, Kraków, a potem już tylko radość.

 

Tagi:

Oceń notkę
+ +18 -

Paganini pióra i dystansu
Oceń profil
+ +99 -
Tomasso_34
Ranking: 136 Poziom: 63
PD: 31644
REPUTACJA: 17338