Blog użytkownika mateusz750

mateusz750 mateusz750 22.01.2019, 19:17
Moja growa depresja
260V

Moja growa depresja

Udało się! Po roku zastoju w końcu przeszedłem jakąś grę! – Dziś przed pójściem spać chciałem wam to napisać. Chciałem by był to początek mojego bloga. Niestety, nie udało się. Dlaczego się nie udało i dlaczego taki szmat czasu zaczynam i nie kończę gier? O tym właśnie chciałem wam dzisiaj napisać. Może poradzicie mi jak mam wyjść z tej „growej depresji”.
 

Gry były w moim życiu od zawsze. Zanim miałem jakikolwiek komputer, ojciec kupił mi Pegasusa, który był moją pierwszą konsolą. Choć ja wtedy nie wiedziałem co to konsola. Nie wiedziałem o istnieniu PlayStation, czy jakiegoś innego Nintendo coś tam. Dla mnie była to po prostu maszyna do grania. Popylałem sobie w Mariana, Batmana, czy też w moją ulubioną grę tamtych czasów, czyli Tiny Toons Adventures (Animki). Grałem dla czystego fanu. Nie było statystyk, achievementów, czy innego badziewia, a gier miało się tylko kilka – a nie setki tak jak dzisiaj. Razem z kuzynem i przyjacielem masterowaliśmy gry i przechodziliśmy je w kółko i w kółko, bo nie było wtedy zapisów i każdą grę trzeba było zaczynać za każdym razem od początku. Ale człowiekowi chciało się to robić. Po prostu czysta przyjemność z grania.

Gdy trochę podrosłem – gdzieś chyba koło 3. klasy podstawówki – dostałem w końcu swojego pierwszego PC-ta. Nie wiem skąd on się wziął. Po prostu przyszedłem ze szkoły, a on już na mnie czekał. Nie umiałem się jeszcze nim za bardzo posługiwać, ale najbardziej radowało mnie to, że od razu na pulpicie przywitały mnie bodajże 3 zainstalowane gry – Return to Castle Wolfenstein, Colin McRae Rally 2.0, a tej trzeciej nie pamiętam. I choć nie umiałem grać na klawiaturze i myszce to zagrywałem się godzinami w Wolfa i Colina. I choć nie potrafiłem tych gier ukończyć, bo zawsze stawało mi coś na przeszkodzie, to i tak z mozołem próbowałem i próbowałem. Przez długi czas były to chyba moje jedyne gry. Internetu jeszcze wtedy nie miałem.

W końcu z różnych gazet growych, czy od kolegów podostawałem różne inne gry, więc się trochę w nie zagrywałem. Do dziś pamiętam jaka gra była moją ulubioną i od jakiej nie potrafiłem się oderwać. Był to Serious Sam: Drugie Starcie. I choć grałem w niego na najniższym możliwym poziomie trudności – na turyście – to potrafiłem chyba z 20 razy go przejść, bo sprawiał mi tyle radości. Dziś powiedziałbym, że taki poziom mi uwłacza, bo teraz gram zawsze na normalu, sporadycznie próbując czegoś trudniejszego.

W tamtych czasach wiadomo jak było – piraciło się na potęgę. Ale zanim jeszcze miałem internet, pamiętam jak kupiłem od kilka lat starszego kolegi kilka, albo kilkanaście gier ściągniętych z neta i wypalonych na pirackich płytach. Były tam takie perełki jak trylogia Prince of Persia, Splinter Cell, czy inne. W końcu doczekałem się! Tata podłączył internet do naszego domu i choć to była radiówka z bardzo mierną prędkością to mi to nie przeszkadzało. W końcu sam mogłem zacząć piracić. Gdy dowiedziałem się, że istnieją tak zwane Warezy to non stop na nich siedziałem, przeglądając jaką by tu grę można by jeszcze sobie ściągnąć. To był pierwszy objaw mojej growej depresji, ponieważ ściągałem wszystko jak leci, nagrywałem na płyty, instalowałem, zaczynałem grać (albo i nie) i… odkładałem. Nie wiem czemu, ale to ściąganie było jak nałóg – musiałem mieć kolejną grę by zaspokoić swój głód, lecz miałem w sobie coraz mniej tej radości grania i w ogóle ochoty na gry, Od czasu do czasu udało mi się jakąś grę przejść (choć mój skill nie był za duży), lecz większość po prostu lądowała w szufladzie uginającej się od pirackich płyt. Powiem szczerze, że bardziej rajcowało mnie patrzenie jak ktoś gra i granie samemu. To głupie, ale tak było. Zdjęcie poniżej nie jest z mojej kolekcji, tylko znalezione z neta.

Potrzebowałem jakiegoś impulsu, czegoś co na nowo zasadziłoby we mnie tą radość grania. Pewnego razu mój przyjaciel przeszedł do szkoły i zaczął opowiadać, że jego brat kupił konsolę i gra w takie samochody, w których dopalaczem jest prawdziwy ogień. Byłem tym bardzo zaciekawiony, choć nie byłem sobie w stanie wyobrazić czym jest ta konsola. Tą konsolą był pierwszy Xbox, a grą Burnout 3: Takedown. Z miejsca się zakochałem. Gdy zagrałem w nią po raz pierwszy czułem się jakby to była moja pierwsza gra w życiu, sprawiała mi tyle radości. I ta grafika, te kraksy, ta muzyka! Do dziś jest moją ulubioną grą i czekam aż EA wreszcie pójdzie po rozum i zrobi jej remastera. Zacząłem go przechodzić i choć kaleczyłem niemiłosiernie (nie dorastałem do pięt poziomowi gry przyjacielowi oraz jego bratu), to udało mi się niemal całą przejść. Zostało mi ledwo kilka tras i jaka była moja złość gdy okazało się, że przyjaciel usunął mi save’a. Do dziś nie wiem czy specjalnie czy przez przypadek. Grr… Były też inne gry. W szczególności Halo: Combat Evolved I Halo 2, które wtedy miażdżyło graficznie. Mój przyjaciel jest wielkim fanem Halo, więc trochę się napatrzyłem jak w niego gra i trochę podostawałem baty w co-opowym multiplayerze. Nie mogło być inaczej – zapragnąłem mieć własnego Xboxa, a że byłem gówniarzem i pieniędzy swoich nie miałem i też o zdanie musiałem się pytać rodziców. Poprosiłem ojca by mi go kupił. On był przeciwny, ale po długich namowach powiedział, że najpierw musi go zobaczyć. I to była scena jak z kabaretu, gdy przyszliśmy do brata przyjaciela i odpalił… Ninja Gaiden’a… No chyba gorzej nie mógł wybrać, bo wiadomo jak to ludzie starszej daty, nie rozumieją, że ta brutalność to tylko zabawa. Ale gdy tam siedzieliśmy wydawało mi się, że dostanę swojego Xboxa, bo ojciec się nic nie odzywał. Niestety na drugi dzień usłyszałem, że jak się w to nagram to cytuję „będę chodził po wsi i napier… ludzi kijem baseballowym” i powiedział, że mi nie kupi. To nic, że od dawna grałem w dużo gorsze gry na PC-cie. Trzeba było więc zacisnąć zęby i żyć dalej.

I tak o to przyjaciel miał Xboxa, a w późniejszym czasie zarówno on, jak i kuzyn (we trójkę byliśmy zgraną paczką), Xboxa 360, a ja miałem PC-ta ze swoimi piratami. Choć oni na Xbox-ach też mieli piraty. Pewnego razu gdy mój komputer nie domagał już mocą, a chciałem zagrać w Crysisa, postanowiłem, że go ulepszę. Nie chciałeś ojcze kupić X-klocka za kilka stówek no to teraz wydamy z 2 albo i 3 tysiące na upgrade kompa. Pożyczyłem (na wieczne oddanie jak się okazało) pieniądze od babci, dołożyłem swoich i od ojca i już mogłem pograć w Crysisa. Co prawda nie na najwyższych, ale dawał radę (choć trochę rwało). I tak o to pobierałem gry, nagrywałem i z reguły w nie wcale nie grałem. Miałem ich kilkadziesiąt, jeśli nie ponad 100, a przeszedłem garść z nich. Nie miałem już tej przyjemności z grania co kiedyś i potrafiłem gapić się godzinami w monitor zamiast grać. Ale i tak wiecznie słyszałem od rodziców, ze ja nic innego nie robię tylko gram!. Lubiłem sobie zapisywać jakie gry przeszedłem. W tym celu założyłem specjalny notesik. Na zdjęciu widoczne moje ostatnie osiągnięcia growe.

Mijały lata. W końcu bardziej od gier zaczęły interesować mnie dziewczyny. Niestety, gdy miałem 18 lat, mój najszczęśliwszy związek zakończył się tragicznie. Pomieszałem alkohol z energetykami, powiedzmy, że dość poważnie mi przez to odbiło, do tego stopnia, że miałem schizy, że widzę znaki od Boga, co jak się później okazało było początkiem choroby afektywnej dwubiegunowej, na którą cierpię po dziś dzień. Jak się można domyślić wkrótce dziewczyna ze mną zerwała, a ja zostałem w podwójnym dole. Także moja rada jest taka: nie mieszajcie energetyków z alkoholem, a najlepiej w ogóle tego świństwa nie pijcie. Może nie każdy ma predyspozycje by tak wpaść z chorobą jak ja, ale to po prostu syf i lepiej tego nie pić. Już lepiej się porządnie nachlać. Od tamtego czasu jestem na lekach i nie będę się nad sobą użalał, bo nic mi tak naprawdę nie jest gdy je biorę. Żyję jak normalny człowiek. Niestety od tamtego czasu jakoś nie potrafię już sobie dziewczyny znaleźć i żyję w samotności. Nawet gry nie były dla mnie odskocznią, bo nadal piraciłem, a nie grałem. Od tamtego czasu również bardzo interesuję się rozwojem osobistym (z głupią nadzieją, że zmieni on moje nędzne życie), ale podobnie jak w przypadku gier, zaczynam książkę, kurs i nie potrafię ich skończyć. Nie wiem czemu. Po prostu mi się odechciewa w trakcie. I podobnie było pewnie z grami.

Nie pamiętam ile miałem lat, ale gdy już byłem dorosły i z pewnych powodów mieszkałem sam, dostałem skądś spory zastrzyk pieniędzy. Postanowiłem wtedy, że teraz nadszedł ten moment – kupuję tv i konsolę! Nie mogłem się jednak zdecydować czy chcę Xboxa One, czy PS4. Przyjaciel grał jeszcze na X360 i namawiał mnie na Xboxa, a kuzyn na PS3, bo przechrzcił się na plejaka i Xbox już był be. I wbrew logice, choć zawsze marzyłem o Xbox-ie, to po nasłuchaniu się od kuzyna jakie to PS nie jest cudowne, kupiłem PS4, I nie wiem czemu jakoś wtedy pady od PS4 wydawały mi się wygodniejsze od tych na X-a. Com kupił tom kupił.. Wszystko nowiutkie. Do tego TV 32 cale Samsunga z zakrzywionym ekranem. Oczywiście Full HD. I byłem na tyle zdolny, że przy montażu docisnąłem palcem na ekranie próbując wetknąć kabel i poszła matryca. I dałem 2 tysiaki za telewizor i potem musiałem dać kolejne 1000 za wymianę matrycy. Geniuszem trzeba się urodzić. Na czas bez konsoli pożyczyłem ją kuzynowi, a gry w pudełkach, które kupiłem razem oddałem do sklepiu ze zwrotem gotówki, by mieć na matrycę. A i zapomniałem dodać, że wszystko wziąłem na raty. To był mój pierwszy kredyt w życiu.

W końcu doczekałem się. Wymienili mi matryce i wreszcie mogłem zacząć grać jak prawdziwy gracz – wygodnie w fotelu, przed tv. Nie kupowałem już jednak pudełek, tylko zakochałem się w cyfrach. I tak się zaczęło trwonienie pieniędzy na gry. Mania posiadania została mi z piratów, tylko, że teraz kupowałem gry za prawdziwe pieniądze i to czasem nie małe kwoty, a nie zawsze w nie grałem. Na początku było jednak nawet fajnie. Pyknąłem 3 części Uncharteda z rzędu, God of War’a 3, The Last of Us Remastered, czy InFamous: Second Son. Nawet te gry sprawiały mi radość i polubiłem Sony za to, że robi dobre gry single player – bo nie znoszę multi. To nie dla mnie. Udało mi się nawet wbić platynkę w Far Cry’u 4 (przy którym spędziłem dziesiątki godzin) oraz w Unravelu, w którym się zakochałem, i którego kupiłem na premierę. W końcu jednak zaczął mnie denerwować pad (konkretnie niewygodne dla mnie rozłożenie analogów) oraz ponownie kupowałem gry, a wcale w nie nie grałem. I stało się najgorsze. Przyjaciel kupił wreszcie Xbox’a One. Tak cholernie mu pozazdrościłem, bo teraz pady od One’a wydawały mi się idealne, że musiałem też go mieć. Oczywiście pieniędzy nie miałem, kredyt za tv i PS4 się spłacał powoli (bo po co szybko, jak można kupić masę niepotrzebnych gier), więc zrobiłem najlepsze co może zrobić każdy posiadasz kredytu: skonsolidowałem go i wziąłem dodatkowy hajs na zakup Xboxa One Naprawdę, nie róbcie tak, to nie jest mądre. Jednak com zrobił tom zrobił. Weszła chyba wtedy wersja S, ale ja bardzo chciałem mieć pada Elite, więc kupiłem konsolę w wersji Elite. Z przyjacielem dogadaliśmy się, że będziemy współdzielić konta przez co zaoszczędzimy na grach składając się na nie. Pomysł dobry, wykonanie z mojej strony gorsze, bo jestem tak narwany, że i tak kupuję na każdej promocji co najmniej jedną grę (a z reguły więcej) bez konsultacji z nim. Przez co on mi nie oddaje, bo w nie nie gra. Gra tylko w to, co aktualnie potrzebuje i ustaliliśmy, że będzie płacił tylko za to w co gra, a ja głupi ciągle kupuję i kupuję gry tracąc naprawdę sporo sumy pieniędzy. Najgorsze jest to, ze ja potrafię wydać swoje ostatnie pieniądze na gry, by potem nie mieć na życie i musieć pożyczać od innych. To nie jest mądre. I jak na początku mojej przygody z XONE jeszcze jakoś mi się grało w te gry, tak potem ciągle kupowałem te gry, a w mało co grałem. I tak stały u mnie 2 konsole (a nawet 3, bo odkupiłem X360 od brata przyjaciela by móc zagrać w Burnout 3: Takedown i go przejść co mi się udało) i na żadnej tak naprawdę nie grałem.

I po dziś dzień zaczynam gry i nie mogę ich skończyć, Najgorzej jest od roku. Odkąd wbiłem calaki w Brothers: A Tales of Two Sons oraz w Valiant Hearts: The Great War niemal równo rok temu, nie mogę ukończyć żadnej gry. Łapię się na tym, że podczas grania mi się odechciewa grać i wyłączam konsolę. Mam nawet tak, że jestem zajarany na jakąś nową grę, odpalam konsolę i mi się odechciewa grać. Czaicie to? Ale oczywiście przesiąkłem platynowaniem gier i przed każdym zagraniem w cokolwiek, sprawdzam czy jestem w stanie wbić platynę/calaka i nie interesuje mnie połowiczne, tylko takie gry, w których jestem w stanie wbić wszystko. Oczywiście mi się to nie udaje, bo w ogóle grać mi nie daje. I nawet gdy kupiłem pudełko Shadow of the tomb Raider spotkał tą grę ten sam los. Pod koniec gry odechciało mi się grać i leży na półce – a obok Burnouta jest to moja ulubiona seria. Nie wiem czemu tak jest. Czy przez to, że w życiu mi się nie układa (samotność, choroba, kredyty), czy przez to, że nie potrafię wrzucić na luz i myślę tylko o osiągnięciach zamiast cieszyć się grą jak za dawnych dobrych czasów. Nie wiem. Po prosu odpalam grę i mi się odechciewa. Nawet jak jestem na dobrej drodze do splatynowania jej. Oczywiście ciągle kupuję i kupuję. Gier kupionych na PS4 i XOne mam już kilkaset. No wiadomo, część też z Golda. Co jeszcze nie wspomniałem to są moje wymówki. Wyobrażacie sobie coś takiego, że potrafię sobie wmawiać, że czegoś nie dam rady przejść, albo, że coś mnie nie wciągnie i przez to odpuszczam? A przecież gracze lubią wyzwania i ciągłe próby. Śmieszna sytuacja jest też z czasem, bo nie lubię zaczynać grać jak mam dajmy na to godzinę, lub dwie. No bo jeszcze się nie rozkręcę, a trzeba będzie kończyć, Dlatego tak nie gram. Gram jak mam pól, a najlepiej cały dzień. Oczywiście zawsze kończy się to tak, że chwile pogram i wyłączam i resztę dnia wolę sobie powyszywać (takie bardzo męskie hobby) niż grać. To mi chociaż jakoś idzie, może dlatego, że od razu widzę efekty swojej pracy. Potrafię nawet pójść wcześnie spać, by nie zarywać nocy (bo wtedy włącza się poczucie winy) i nastawić budzik na wczesną godzinę ranną by od rana w cos w domyśle katować. Oczywiście to się nigdy nie udaje i przesypiam pół dnia…

I tak o to wygląda moja growa depresja. Już mi ręce opadają, bo tak bym chciał grać, a mi nie daje. A oczywiście z wszystkimi newsami, recenzjami itp. musze być na bieżąco, o czym jeszcze nie wspomniałem. Wiem o wszystkim co się w branży dzieje, tylko jakoś grać mi i tak nie daje. To prawdziwie depresyjny stan. Jakby się ktoś pytał, to to na pewno nie jakiś fikus mojej choroby, bo czuję się ok, biorę leki i mam dobry nastrój. Gry to osobn bajka. Przed chwilą chciałem ukończyć Hellblade: Senua’s Secrifice i wbić w nim calaka, ale oczywiście nie daje mi grać (a to już któreś podejście) i przez różne wymówki ostatecznie wyłączam konsolę. W ogóle to z pewnych względów raz sprzedałem X-a Elite, ale po pewnym czasie wziąłem w PLAY na abonament Xbox-a One X. Nie mam tv 4k niestety i tak, ale chociaż mam najpotężniejszą konsolę na świecie! Tylko po co mi ona…

Czy ktoś z was ma, choć w małym stopniu, takie problemy jak ja? Czy też nie możecie kończyć gier jak je zaczęliście? Czy wydajecie fortunę na gry i dodatki? Czy może jednak jesteście „normalnymi graczami” i macie głowę na karku i potraficie zarywać nocki by grać? Podzielcie się swoją opinią i może radami dla mnie. Powiedzcie mi też czy jak przeszedłem dajmy na to pół gry, a potem odłożyłem ją na kilka miesięcy, czy lepiej kontynuować, czy lepiej zacząć grę od nowa? Będę wdzięczny za każdą opinię. Dziękuję jak dotrwaliście do końca mojego monologu.

Tagi:

Oceń notkę
+ +19 -

Oceń profil
+ +1 -
mateusz750
Ranking: 3983 Poziom: 25
PD: 2489
REPUTACJA: 122