SKLEP

Blog użytkownika MSaint

MSaint MSaint 08.02.2017, 21:40
Final Fantasy VII: Advent Children okiem gracza
1590V

Final Fantasy VII: Advent Children okiem gracza

Final Fantasy VII to jedna z moich ulubionych gier, którą ukończyłem kilkadziesiąt razy i spędziłem przy niej setki godzin. Kto jednak zna fabułę FFVII ten wie, że zakończenie pozostawiło sporo niedopowiedzeń, chociażby nie pokazało, co dokładnie stało się z naszą ekipą. Parę lat po premierze gry Squaresoft, czy też już Square Enix, wyprodukowało film Final Fantasy VII: Advent Children, który stanowi kontynuację fabuły gry i który udziela odpowiedzi na te pytania.

[mały disclaimer: tekst ten powstał w połowie 2014 roku. Na blogu CD-Action przedstawiałem Final Fantasy VII, krok po kroku, publikując w jakieś osiem miesięcy blisko pięćdziesiąt wpisów blogowych i towarzyszących im nagrań z przejścia. Swego rodzaju zwieńczeniem cyklu była wideorecenzja filmu FF7AC, którą tworzyłem blisko miesiąc, którą opublikowałem na krótko przed moim pierwszym w dorosłym życiu wyjazdem wakacyjnym, która doczekała się 87 wyświetleń, dziewięciu plusów i jednego minusa i którą YouTube zablokowało z racji naruszenia praw autorskich dokładnie w dzień moich urodzin (16 lutego!). Recenzji tej nigdy nie publikowałem w formie pisemnej, ale zostałem zmobilizowany przez kogoś, wygrzebałem nagranie wśród płyt i wrzuciłem na swój dysk google, jest ona do zobaczenia TUTAJ. Tekst poniżej jest nieco przerobiony w stosunku do wideorecenzji; proszę też wziąć pod uwagę, że pisany był z myślą o osobach, które świata gier konsolowych i fajnali w szczególności za dobrze nie znają, stąd sporo wyjaśnień rzeczy oczywistych i wiele przekłamań uproszczeń. Wierzę jednak, że mimo tego tekst nadaje się do czytania - zapraszam!]

 

Dawno dawno temu, bo w drugiej połowie lat 80. ubiegłego stulecia, była sobie firma Squaresoft. Na początku swojego istnienia podjęła ona kilka niezbyt trafnych decyzji i gry, które wydała, nie odniosły specjalnego sukcesu, a firmie zaczęło grozić bankructwo. Pewien pan, Hironobu Sakaguchi, bardzo chciał zrobić grę typu role-playing, zainspirowaną zachodnimi produkcjami takimi jak Ultima i Wizardry, lecz kierownictwo nie zgadzało się na to ze względu na przewidywaną słabą sprzedaż. Zdanie zmienili, gdy gra konkurencyjnej firmy Enix, czyli powszechnie znany Dragon Quest, odniosła olbrzymi sukces i dano panu Sakaguchiemu zielone światło. Pan Sakaguchi nazwał swoją grę „Final Fantasy”, gdyż spodziewał się, że to będzie jego ostatni projekt w tej firmie, a potem zamierzał wrócić na studia, które wcześniej przerwał.

Gra jednak odniosła spory sukces, między innymi dlatego, że nie starała się ślepo naśladować Dragon Questa, tylko robiła coś nowego; Dragon Quest pozostaje mniej więcej wierny swojej formule do dzisiaj, czyli system walki jest raczej prosty, a gra polega na eksploracji świata i grindowaniu, zazwyczaj bez specjalnego komplikowania bądź udziwniania fabuły, przedstawianej w konwencji mniej lub bardziej klasycznego fantasy. Seria Final Fantasy natomiast już od części pierwszej starała się robić coś innego: dorzucała nowe pomysły, rozwijała i pogłębiała fabułę, zaczęła nadawać osobowość postaciom w drużynie, ulepszała i doskonaliła system walki i dokładała coraz więcej scenek mających na celu jak najlepsze ukazanie prezentowanej historii.

Seria też ewoluowała: każda kolejna część to zupełnie nowy świat i postacie, mniej lub bardziej zmieniony system walki i inne dodatkowe rzeczy – po prostu nie stała w miejscu i nie bała się ryzykować. Pierwsze trzy odsłony Final Fantasy ukazały się na Nintendo Entertainment System, kolejne trzy: na Super Nintendo. Gry na te konsole wydawane były na kartridżach, które charakteryzowały się bardzo szybkimi czasami ładowania i ograniczoną pojemnością; gdy Nintendo ogłosiło, że ich kolejna konsola, ostatecznie nazwana „Nintendo 64”, również będzie korzystała z kartridży, Square zdecydowało się pójść ze swoimi zabawkami do Sony. Dlaczego? Bo konsola konkurencji miała gry na płytach kompaktowych, które oferowały kilkadziesiąt więcej miejsca, a Square miało pomysł na kolejną odsłonę swojej sztandarowej serii: scenki renderowane.

 

 

Scenki renderowane w tym czasie już na dobre zadomowiły się już w grach, jednak bardzo często tylko w postaci intra i outra. Final Fantasy VII oczywiście też je miał, ale nie ograniczały się tylko do intra czy outra, ale stanowiły integralną część gry: już ostatnia klatka intra gry staje się planszą, po której może poruszać się gracz, a na drugiej płycie we fragmencie o przeszłości Clouda sceneria zmienia się w filmik i kamera niejako „wjeżdża” we fragment ekranu, co stanowi przejście do kolejnego fragmentu. Scenki renderowane w Final Fantasy VII okazały się hitem i wywarły spore wrażenie na bardzo dużej liczbie graczy i Squaresoft wiedziało, że trafiło w dziesiątkę zmieniając nośnik z kartridży na płyty i od tego czasu scenki renderowane stały się nieodłączną tak zwanego „final fantasy experience”. Pan Hironobu Sakaguchi zdecydował o zainwestowaniu w studio filmowe, Square Pictures, mające swoją siedzibę w Honolulu, które miało się zająć tworzeniem wyłącznie renderowanych filmów. Już w Final Fantasy VIII, które miało premierę dwa lata później po FF7, poziom techniczny renderowanych scenek był nieporównywalnie wyższy, a nadchodziło kolejne technologiczne cudeńko: film pełnometrażowy Final Fantasy: Spirits Within.

 

Nie wiem kto z was miał niewątpliwą przyjemność obejrzeć film Final Fantasy: Spirits Within; mi się udało wysiedzieć do końca tej produkcji, ale z dużym trudem. Powiem tak: jeśli są gdzieś w internecie zagorzali fani filmu Final Fantasy: Spirits Within, to ja ich nigdy nie spotkałem, może gdzieś tam są? A jeśli tak, to chyba nie są liczni albo dobrze się ukrywają. Film jest mocno nudny i mimo naprawdę robiącego wrażenie poziomu technicznego oraz dobrej pracy niektórych aktorów użyczających głosu, fabuła filmu nie jest specjalnie zrozumiała ani ciekawa i na dobrą sprawę prawie nic z niego nie zapamiętałem. Ówczesna publika podzielała moją opinię, efektem czego film przyniósł straty w wysokości około stu milionów dolarów. To dla Squaresoftu było finansową bombą atomową zrzuconą na budżet firmy, a opad radioaktywny i firma, i gracze odczuwamy do dziś. Wybaczcie czarny humor zawarty w tej analogii, ale to chyba najlepsze określenie tego, co się stało.

 

 

Przed premierą filmu Final Fantasy: Spirits Within świat był kwadratowy. Większość gier wydanych w tym czasie przez Square znajdowało swoją publikę, nie bało się podejmować ryzyka i wydawało gry należące do różnych gatunków, jak bijatyki czy strzelaniny. Niestety – po katastrofie i finansowej czarnej dziurze, jaką był film Spirits Within, musiały nastąpić zmiany, czyli cięcia. Gdyby nie komercyjny sukces tytułów wydanych w dość trudnym okresie, bo przejściowym pomiędzy PlayStation i PlayStation 2, mowa tu o Final Fantasy X i Kingdom Hearts, to ze Square byłoby prawdopodobnie dużo gorzej i możliwe, że cały ten dorobek ze złotego okresu firmy zostałby zmarnowany. Wprowadzono dość drastyczny plan restrukturyzacji, pan Hironobu Sakaguchi został przeniesiony na inne stanowisko w firmie, na „dyrektora wykonawczego”, co chyba niespecjalnie mu się spodobało, bo krótko potem odszedł ze Square, zakładając własną firmę Mistwalker (która po wydaniu kilku ciekawych pozycji na konsole Microsoftu i Nintendo robić ma gry na... smartfony). W międzyczasie Squaresoft połączył się ze wspomnianym wcześniej wydawcą serii Dragon Quest, firmą Enix, oraz wprowadził dość cyniczny plan, za przeproszeniem, dojenia istniejących już marek. Na pierwszy ogień poszedł niedawny hit, Final Fantasy X, i po raz pierwszy w historii serii wydano bezpośredni sequel, czyli Final Fantasy X-2.

 

Do Final Fantasy X-2 wiele rzeczy już było gotowych: wymyślony świat, postacie, bardzo wiele lokacji i tak dalej. Final Fantasy X-2 jest jednak grą, delikatnie mówiąc, kontrowersyjną, bo będącą w zupełnie innym tonie niż miało to miejsce w Final Fantasy X i przez wielu graczy została przyjęta bardzo chłodno, a szczególnie zawiedzeni byli zagorzali fani „dziesiątki”, którzy najchętniej tę grę wymazaliby z historii, bądź udało im się ją skutecznie wyrzucić z pamięci – tak, aż tak bardzo Final Fantasy X-2 namąciło. Gra mimo narzekań grupy fanów jednak sprzedała się na tyle dobrze, że Square Enix nie miało żadnych wyrzutów sumienia przed daniem wolnej ręki tym, którzy to dzieło stworzyli, z Tetsuyą Nomurą na czele, uznając je za tym razem już bezpieczną inwestycję i powtórzono zabieg z powrotem do znanego już świata i tego Finala, który sprzedał się do tej pory w największej liczbie egzemplarzy – prawie 10 mln kopii – czyli części siódmej.

 

Projekt nazwano „Kompilacja Final Fantasy VII” i w jego skład wchodził, jako sztandarowy tytuł, film Final Fantasy VII: Advent Children, ale były też gry: Dirge of Cerberus z Vincentem w roli głównej, Before Crysis o Turksach widocznych w OVA Last Order (chyba o nich, bo niewiele wiem o tej grze), oraz Crysis Core z Zackiem, przyjacielem Clouda. Z całego tego zestawu najbardziej interesował mnie oczywiście film, z pewną uwagą śledziłem postępy prac, screeny i fragmenty, które prezentowano na różnych targach. Film miał odpowiadać na pytanie „co się wydarzyło po zakończeniu gry”, tuż po tym, jak Meteor został powstrzymany przez Lifestream.

 

 

Oglądałem pierwszą wersję filmu – pierwszą, bo później wyszła wersja Advent Children Complete, którą właśnie będę tutaj omawiał – i moje pierwsze wrażenie było podobne do tego, gdy zacząłem grać w Final Fantasy X, gdzie sam początek sprawił, że zakochałem się w tej historii od razu. Final Fantasy X zaczyna się bardzo spokojnie i melancholijnie, natomiast Advent Children zaczyna się od ostatniej sceny w grze, tyle że wyrenderowanej w jakości będącej kilka klas wyżej. Z Final Fantasy X obcowałem jeszcze później przez kilkadziesiąt godzin i to fantastyczne pierwsze wrażenie zdążyło kompletnie się rozpłynąć, natomiast film trwa około dwóch godzin, tak więc to piękne nostalgiczne uczucie wywołane początkowymi scenami utrzymało się we mnie prawie do samego końca i zadowolony z tego, że mogłem znowu zobaczyć scenki znane z gry i przede wszystkim postacie, które tak bardzo lubię, skończyłem oglądanie i nie zastanawiałem się wiele więcej nad tym wszystkim. Jednak gdy zacząłem się zastanawiać co właściwie mi ten film powiedział i jak to się ma do gry, którą tak uwielbiam, to zaczęły się dość poważne wątpliwości – na tyle duże, że postanowiłem dla własnej wygody i komfortu psychicznego nie zastanawiać się nad nimi, jednak w tej recenzji postanowiłem jednak wrócić i moje przemyślenia na temat filmu przekazać.

 

Jak wspomniałem wcześniej, film zaczyna się ostatnią sceną gry, czyli Red XIII wraz ze swoim potomstwem wskakuje na skały i ogląda panoramę dawnego miasta Midgar, które natura ponownie objęła w swoje władanie. Jest też trochę bezsensownych gadek, ale potem zaczyna się moja ulubiona scena tego filmu: streszczenie tego, co było w Final Fantasy VII, a narratorem jest Marlene. Widzimy Lifestream z zakończenia, widzimy reaktory miasta Midgar zasilające działo Sister Ray, obydwie te sceny są oczywiście fantastycznej jakości. No i są pokazani bohaterowie gry podczas walki w Northern Crater i te krótkie sceny z prologu robią z naszych bohaterów herosów niczym trzystu Spartan; są przedstawieni jako nadludzie, którzy dokonali niemożliwego i za to ten prolog pokochałem, z punktu widzenia fana gry jest to coś fantastycznego i choćby dla tego fragmentu warto sobie ten film w ogóle włączyć. Gdy prolog się już kończy... stop! Rozanielony fan może film ze spokojnym sumieniem wyłączyć i pójść zrobić sobie herbaty, a szukający dalszych wrażeń mogą jeszcze przewinąć gdzieś około jednej godziny, by obejrzeć parę minut walki całej ekipy z Bahamutem SIN i to właściwie tyle.

 

 

Dla tych jednak, którzy mają zamiar obejrzeć cały film... hm. Przede wszystkim wita nas Nowa Era Nomury. Tetsuya Nomura został character designerem w Final Fantasy VII pod nieobecność Yoshitaki Amano i dzięki oszałamiającemu sukcesowi gry tenże pan zyskał bardzo silną pozycję w firmie, która dała mu sporo swobody. Jedną z najczęściej krytykowanych rzeczy w Final Fantasy 7 był, delikatnie mówiąc, rozdźwięk pomiędzy modelami postaci na planszach, podczas walk oraz w renderowanych scenkach. W Final Fantasy VIII ten problem rozwiązano stosując bardziej realistyczny wygląd postaci, co stało się standardem we wszystkich kolejnych Finalach za wyjątkiem części dziewiątej. Moim problemem jest to, że choć designy Nomury w Final Fantasy VII uwielbiam, to tych z części ósmej i późniejszych w ogóle nie trawię – postacie żeńskie zazwyczaj mają bardzo podobne twarze, protagoniści mocno zniewieściali (ten trend zaczął się jeszcze w „siódemce”, ale nie był aż tak podkreślany ubiorem głównego bohatera... no, poza epizodem u Don Corneo), stroje zdecydowanie zbyt przesadzone jak na mój gust. Designy postaci w Advent Children szczęśliwie nie szaleją jakoś mocno z ciuchami, ale jednak pożegnanie z super-deformed ludzikami czy w ogóle konwencją anime jest definitywne. Nie do końca mi się to podoba, Final Fantasy VII jest dla mnie nierozerwalnie związane z mangą i anime, a zmiana stylistyki w kolejnych odsłonach pozbawiła dla mnie tę serię sporej części egzotyki i poczucia nowości – a przynajmniej do czasu, gdy oglądanie anime stało się dla mnie codziennością, a nie pokątnym oglądaniem „Czarodziejki z Księżyca” i później „Dragon Balla”. Generalnie jestem mocno przyzwyczajony do tego, co widać w samej grze, i redesign niespecjalnie przypadł mi do gustu, to po prostu nie jest „moje” Final Fantasy VII.

W samym filmie jest też kilka zupełnie nowych postaci, a konkretniej trzech kolesi, będących pozostałościami po Sephirothu, oraz dzieciak imieniem Denzel. Pozostałości Sephirotha to Kadaj, Loz i Yazoo. Ta trójka to główni przeciwnicy ekipy przez większość filmu, niestety większość ich kwestii dotyczy „Matki” - mowa o Jenovie, a konkretniej głowie, która pozostała – choć myślałem, że to zniszczyliśmy podczas walki z Bizarro Sephirothem. Żeby głowę Jenovy odnaleźć, terroryzują ludność i próbują przekonać Rufusa, na polecenie którego Elena i Tseng tę głowę wydobyli z Northern Crater, do oddania jej, aby mogli dokonać „Reunion”, choć co konkretniej dzięki temu ma nastąpić to nie wiadomo. Kadaj to chyba przywódca tej grupy, gada najwięcej i przeważnie bez sensu, jest głośny, złośliwy i irytujący. Wykonuje mnóstwo gestów charakterystycznych dla kliszy „zblazowanego i cokolwiek szalonego antagonisty z anime”. Okej, w Final Fantasy VII wielu antagonistów było kreskówkowych, jak Heidegger czy Scarlett, ale przynajmniej nie byli przedstawiani na poważnie – Kadaj według mnie chyba miał być na poważnie. Kompletnie mi taki gamoń nie pasuje do „siódemki”. Moment Kadaja: gdy umiera, można pomyśleć: „no w końcu”. Loz to mięśniak, który owszem, potrafi przyklepać, ale też dość często płacze. Sprawia wrażenie najgłupszego z całej trójki antagonistów i chyba taki właśnie jest. Jego moment: walka z Tifą, dzięki tej scenie w ogóle mógł zaistnieć. Yazoo ma najgłupsze imię z całego tria, ale przeszkadza mi najmniej – nie gada dużo, trzyma się z tyłu i muszę powiedzieć, że nawet go trochę lubię, choć walczy za pomocą gunblade'a, broni dosyć śmiesznej. Nie robi nic spektakularnego, ale bardziej Yazoo widziałbym w roli przywódcy tego tria, niż Kadaja. A ten ostatni w finale filmu w końcu odnajduje „Matkę”, czyli głowę Jenovy, przytula ją i staje się Sephirothem, co śmierdzi kiepskim fanfikiem na kilometr. Szczęśliwie umiera i rozpada się, jakby był złożony z pyreflies, obecnych w Final Fantasy X, a pozostała dwójka znienacka wysadza i Clouda, i siebie, co stanowi bardzo dziwny finał walki i szczerze mówiąc chciałbym spytać tego, kto to wymyślił, co chciał przez to przekazać. Prawdopodobnie samobójczy atak dwójki pozostałych przy życiu gamoni był tylko pretekstem do pokazania łzawej scenki z Cloudem, Aeris i Zackiem...?

 

 

Innym dodatkiem do fabuły jest chłopak imieniem Denzel. Denzel w filmie to jaki Jar Jar Binks świata Final Fantasy VII: Teoretycznie ma być swego rodzaju pomostem pomiędzy grą a filmem, bo jest nosicielem geostigmy – tajemniczej choroby, która dręczy ludzkość. Tylko moja podstawowa wątpliwość jest taka: skoro film jest adresowany do fanów Final Fantasy VII, będąc tą bezpieczną inwestycją, o czym wspominałem wcześniej, to dlaczego tak dużą rolę odkrywa w nim nieznany wcześniej dzieciak? Dodatkowo jego zachowanie jest często po prostu głupie i irytujące, jak wspomnianego Jar Jar Binksa: spontanicznie idzie na solo z Bahamutem SIN, serio – to jest absurdalne, albo twórca filmu próbuje uczynić Denzela jakąś znaczącą postacią pokazując, jak sobie radzi z innymi przyzwanymi potworami korzystając z... hydrantu z wodą. Owszem, woda wzbogacona Lifestreamem w finale filmu leczy wszystkie nieprawości, ale nie każda z byle hydrantu. Dodatkowo jest scena, gdzie Denzel znajduje telefon komórkowy Clouda i próbuje rozmawiać z Tifą, wygłaszając jakieś brednie. Generalnie Denzel to według mnie oprócz Kadaja najbardziej irytująca część filmu i gdyby go usunąć lub chociaż zredukować jego udział, więcej miejsca poświęcając na pokazywanie postaci które znam i lubię, to film tylko by zyskał.

 

Ku mojemu gigantycznemu zaskoczeniu jest też druga strona medalu: jest to kolejna po Last Order OVA, o nazwie On the Way to a Smile: Episode Denzel. Do tej pory regularnie – mówiąc brzydko – olewałem ją, bo skoro nie lubię Denzela, to po co mam świadomie oglądać go jeszcze więcej. Obejrzałem tę 28-minutową animację na potrzeby tej recenzji i... bardzo, ale bardzo mi się spodobała.

Jeśli ktoś nie oglądał jeszcze ani filmu ani anime o Denzelu, ten powinien zacząć od animacji. Po pierwsze wyraźnie nawiązuje ona do wydarzeń z gry: rodzice Denzela, których zdjęcie widzieliśmy parę razy w filmie, zginęli w katastrofie przedstawionej jeszcze na pierwszej płycie gry: mowa o zrzuceniu części talerza na sektor 7 slumsów. Innym nawiązaniem jest to, że Denzel przebywa w lokalu Johnny'ego, postaci co najwyżej trzecioplanowej, ale przewijającej się gdzieś tam podczas naszego pobytu w Midgar i później w Costa Del Sol. Sam Denzel w animacji nie ma żadnych durnych akcji, jest spokojny i często przygnębiony, czyli generalnie to, czego można się spodziewać po osieroconym dziecku szwendającym się po ruinach miasta. Przy tej okazji wzbogacono nawet fabułę samej gry, w jednej scenie przedstawiając podział między ludźmi mieszkającymi w slumsach a tymi „z talerza”. Animacja w sensowny sposób pokazuje też, czym jest geostigma i jaki ma ona wpływ na ludzi – a jest to choroba, która zaczęła się rozprzestrzeniać po powstrzymaniu Meteoru przez Lifestream i jest tak naprawdę wpływem komórek czy też DNA Jenovy, które przeniknęło do Lifestreamu, na ludzkie organizmy. Niespecjalnie podoba mi się ten pomysł, bo lubiłem myśleć, że Jenovy pozbyliśmy się ostatecznie jeszcze w samej grze, ale tak poza tym podczas oglądania Case of Denzel myślałem: tak, to mi pasuje do Final Fantasy VII, zarówno nowe postacie, jak i te które już widzieliśmy. Jest jeszcze jeden szczegół, dotyczący Reeve'a, który nie do końca mi pasuje do wydarzeń z gry, ale po pierwsze w samej grze ten szczegół nie jest dokładnie określony, po drugie nie chcę tutaj spoilerować tej bardzo dobrej produkcji i serdecznie ją polecam do obejrzenia.

Case of Denzel jest animowaną wersją krótkich opowiadań z serii „On a Way to a Smile”, które mają stanowić pomost między grą a filmem i które radośnie do tej pory olewałem, spodziewając się fanfików rodem z filmu, ale Case of Denzel przekonało mnie do tego, żeby kiedyś jednak po nie sięgnąć. Moja teoria jest taka, że scenarzyście do samego filmu wtrącali się Pewni Ludzie (może Nomura?), ale opowiadania dali mu pisać w spokoju. Czy to prawda? Nie wiem, ale w Case of Denzel jest naprawdę bardzo dobre, choć wrażenia z irytujących popisów Denzela w filmie prawie w ogóle nie poprawia.

 

 

Ale to tylko nowe postacie w filmie, a najważniejsze są te, które znamy z gry i dokładnie poznaliśmy w ciągu wielu godzin gry – przecież tego nie można spaprać, prawda? No właśnie.

W Final Fantasy VI od pewnego momentu nie wiadomo, kto jest głównym bohaterem w tej grze, ponieważ każda z postaci ma swój istotny wkład w rozwój fabuły. W Final Fantasy VII głównym bohaterem jest oczywiście Cloud, ale reszta ekipy również ma swój wkład w opowieść – mniejszy niż w Final Fantasy VI, ale na tyle istotny, że na przykład przez pewien czas Clouda w ogóle w ekipie nie ma. W Final Fantasy VIII i X reszta ekipy stanowi na dobrą sprawę tło dla pary bohaterów, co w ogóle nie przypadło mi do gustu i nie lubię tego zabiegu w Finalach – niestety to samo popełniono w filmie, gdzie najważniejsze jest emocenie się naszego głównego bohatera.

Cloud w filmie obwinia się za śmierć Zacka i Aeris, wyrażając ból swojej duszy samotnymi przejażdżkami swoim bajeranckim motocyklem na miejsce śmierci Zacka oraz mieszkając w zrujnowanym kościele niczym jakiś menel. Mam z tym pewien problem, ponieważ jedna z najważniejszych scen w grze to moment, gdy Cloud – z pomocą Tify – bierze się w garść i mówi: tak, zrobiłem źle, tak, byłem głupi, tak, wiele osób ucierpiało. Rozumiem to, zrozumiałem swoje słabości, ale mimo to chcę walczyć dalej razem z wami w imię sprawy, którą uważam za słuszną. Nie wiem, czy wygramy, ale musimy chociaż spróbować. Poszli, naklepali komu trzeba, a Cloud solo usiekł Sephirotha i stał się herosem. W filmie znowu przeżywa na nowo rzeczy, z którymi w grze wydawał się być pogodzony. Regularnie odbywa dialogi z duchami Aeris i Zacka, z których nie dowiadujemy się prawie nic ciekawego, za wyjątkiem jednego tekstu Zacka do Clouda: „jesteś jedynym dowodem na to, że istniałem” i wyjątkowo uważam ten tekst za dobry – nie było go w grze, ale pasuje do niej i ją wzbogaca. W filmie sugerowane jest, że emocenie się Clouda spowodowane jest tym, że nie jest on w stanie pomóc ludziom chorym na geostigmę – i to według mnie miałoby jako taki sens: po dokonaniu heroicznego czynu uderza we wszystkich ponura rzeczywistość, nie każdy potrafi sobie z tym poradzić i powrócić do normalnego życia, nawet w pewnym momencie filmu Tifa mówi: „wtedy, walcząc z Sephirothem, mieliśmy tyle determinacji w sobie”. Niestety film jako główne wytłumaczenie kryzysu emocjonalnego Clouda podaje wyrzuty sumienia z powodu śmierci Zacka i Aeris, koniec.

Cloud w filmie wyżala się Tifie, Cloud w filmie wyżala się Vincentowi, obydwie sceny wypadły według mnie bardzo źle i wstyd mi było coś takiego oglądać. W każdej produkcji oprócz podstawowego Final Fantasy VII przedstawia się Clouda jako osobnika, którego emocje znajdują się w stanie głębokiego kryzysu i krwawienia. Po raz pierwszy emo Cloud pojawił się bodajże w Final Fantasy Tactics, gdzie był postacią mocno opcjonalną, w stanie lekkiego przymulenia i na dobrą sprawę niespecjalnie użyteczną w walce. Potem taki Cloud chyba pojawił się w Kingdom Hearts – nie wiem, nie grałem i profilaktycznie obwiniam Nomurę.

 

 

Na szczęście Cloud ostatecznie bierze się w garść: po pierwsze pomyka na swoim motorze Fenrirze i te sceny akcji są bardzo fajne. Skoro o Fenrirze mowa, to w paru momentach znienacka pojawia się wizja wilka towarzyszącemu Cloudowi – skąd, dlaczego i po co to nie mam pojęcia i ten motyw uznaję za cokolwiek pretensjonalny, choć może po prostu go nie zrozumiałem. W drugiej części filmu pomykając na swoim motorze Cloud klepie antagonistów i uważam tę scenę za bardzo fajną i przypominającą mini-gierkę z Midgar, gdy ekipa uciekała z miasta – w pewnym momencie chyba nawet gra fragment muzyczki z tej mini-gierki. Wcześniej jeszcze, w ramach rekonwalescencji psychicznej, klepie Bahamuta SIN wykonując na nim Limit Break Climhazzard swoim nowym mieczem, który sobie składa z paru części zależnie od sytuacji i wszystkie kawałki tej broni ma wygodnie ulokowane w Fenrirze – bardzo fajny motyw według mnie.

Moment kulminacyjny filmu to oczywiście walka Clouda z Sephirothem – toczy się ona jeden na jeden, bo reszta ekipy za namową Tify postanowiła, że tak będzie lepiej dla psychiki Clouda. Okej...? Choć znowu: w grze zwyciężyli Sephirotha będąc razem, tworząc zespół, gdzie każda osoba w teamie miała swój własny powód do walki. W filmie cały przekaz gry wywalono, bo tak było wygodniej. Dodatkowo podczas walki z Sephirothem Cloud ucina sobie dość kliszowatą pogawędkę z Zackiem i Aeris, nie pierwszą i nie ostatnią – bo po pokonaniu „odrodzonego” Sephirotha i śmierci Kadaja znienacka Loz i Yazoo atakują Clouda samobójczym atakiem, prawdopodobnie go zabijając, ale Zack i Aeris wypychają Clouda z Lifestreamu „bo tak”. Owszem, Aeris egzystowała – i według filmu egzystuje dalej – jako samodzielny byt w Lifestreamie i manifestowała się jako duch w zrujnowanym kościele, ale przywrócenie kogoś do życia po śmierci w eksplozji chyba powinno być poza zakresem jej możliwości...? Poza tym wyobrażałem sobie Lifestream jako amalgamat tysięcy i milionów różnych istnień, które tworzą jedność – trochę jak w „Extensie” (książce autorstwa Jacka Dukaja). W filmie okazuje się, że nie tylko Aeris, ale i Zack spokojnie sobie egzystują tam, a Lifestream jest bardziej „niebem” niż nieznaną i czasem groźną siłą, z którą lepiej nie zadzierać, bo można zginąć albo oszaleć – jak było to przedstawione w grze. Na zakończenie filmu Cloud widzi w zrujnowanym kościele ducha Aeris i jeszcze raz odwiedza grób Zacka – akurat te sceny w kontekście filmu i gry są według mnie bardzo na miejscu, miały należyty ładunek emocjonalny i po prostu podobały mi się. Cloud ostatecznie odnajduje się wśród swoich przyjaciół, a jego smutek został uleczony wraz z geostigmą u dzieci i niemalże wrócił do punktu wyjścia sprzed początku filmu. Szkoda tylko, że jego dalszy los pozostaje nieznany – pewnie jeździ gdzieś samotnie na motorze, tylko myśli ciążące mu niczym jarzmo są nieco jaśniejszego koloru, niż miało to miejsce wcześniej... Podsumowując: Cloud przedstawiony w filmie przez większość czasu nie przypadł mi do gustu i chciałbym zobaczyć coś innego.

 

 

Ale skoro Cloud, to musi być też Tifa – postać według mnie raczej niedoceniona, a już na pewno przesłonięta przez jej olbrzymie drugorzędne cechy płciowe, stanowiące nieodzowną część jej designu, będące pierwszą rzeczą, na którą wszyscy zwracają uwagę. Nie wiem, czy pamięć płata mi figle, ale po obejrzeniu pierwszej wersji filmu miałem wrażenie, że właśnie biust Tify był jakiś mniejszy, a jej design wyraźnie stonowany i „znomuryzowany”. Podczas oglądania wersji Complete już takiego wrażenia nie miałem: mimo stroju odsłaniającego dużo mniej niż w grze he he cycki Tify były sprawiedliwego rozmiaru, a dodatkowo fałdy ubrania sterczały niczym sutki – brawo panie Nomura, zna pan swoją publikę. Oprócz nowej, skórzanej dreso-sukienki Tifa, podobnie jak każdy członek ekipy, nosi wstążeczkę – a Ribbon, czyli wstążka po angielsku, jest według mnie najlepszym accessory, zapewniającym ochronę przed prawie wszystkimi negatywnymi statusami i najwyraźniej ekipa uważa podobnie. Możliwe, że noszą ją też jako sposób uczczenia pamięci Aeris, ale nie wiem na pewno.

 

 

Tifa z filmu kojarzy mi się z tytułem książki, którą kiedyś widziałem na półce w empiku: „Życie po mężczyźnie”. Siedzi sobie w swojej knajpie 7th Heaven, nazwanej tak samo jak ta zniszczona w sektorze 7 slumsów; coś tam robi, czeka na telefon od Clouda, ale bez większej nadziei na cokolwiek. Spodobał mi się ten motyw – pasuje mi do gry, która nigdy wyraźnie nie połączyła Clouda i Tify razem, nawet intymne chwile z końca drugiej płyty można było uznać jako „epizod” bez żadnych długotrwałych konsekwencji. Jest jedna bardzo dobra scena w filmie, gdzie ekipa pomaga Cloudowi pokonać Bahamuta SIN i w pewnym momencie Tifa podaje rękę Cloudowi i spogląda mu prosto w oczy z niewypowiedzianym „tak, rozumiem, mimo wszystko jestem z tobą” – ta scena według mnie mówi więcej niż cały przydługi, denny dialog w scenie, gdy Cloud żali się Tifie.

Fragmentem, w którym postać Tify błyszczy najjaśniej i niemalże w pełni oddaje jej sprawiedliwość, jest oczywiście jej walka z Lozem w zrujnowanym kościele. Walka zaczyna się trochę znikąd, ale kto by się przejmował takimi szczegółami. Tifa, jak na mistrza sztuk walki przystało, wykonuje naprawdę dobrą i szalenie efektowną robotę, podkreślaną jeszcze przez bardzo dynamiczną pracę kamery, co musi się podobać. Podczas walki Tifa wykonuje kilka ruchów znanych z jej limitów w grze, jak choćby Somersault, a w tle przygrywa nam motyw bitewny z Final Fantasy VII, tym razem w aranżacji na pianino. Dodatkowo w mniej więcej udanym humorystycznym fragmencie po naklepaniu Lozowi rozlega się charakterystyczna dla serii Final Fantasy fanfara, będąca dzwonkiem na komórce Loza. Całość trwa krótko, bez zbędnej gadki, jest efektowna, dobrze zrealizowana – nic dziwnego, że ta scena stała się bardzo popularna, nie tylko na YouTube – jakaś tam koreańska piosenkarka popełniła piosenkę, do której teledysk jest ewidentną zrzynką z walki Tify z Lozem.

Tifa pokazuje swoją siłę i sprawność w tej walce z jak najlepszej strony, dlaczego więc wcześniej powiedziałem, że ta scena oddaje jej sprawiedliwość „niemalże w pełni”? Ano dlatego że po zostaniu obitym Loz wstaje, dostaje telefon z rozkazami i  Tifa przegrywa natychmiast. Derp.

 

 

A co z resztą naszej wesołej ekipy? Cloud i Tifa grają główne role, Aeris przewija się przede wszystkim w wizjach Clouda. Reszta niestety potraktowana jest zdawkowo i ma bardzo niewiele czasu ekranowego. Barret zostawił Marlene pod opieką Tify, a sam pojechał rozkręcać jakiś przemysł wydobywczy. Ten motyw akurat mi się podoba: owszem, był czas, gdy byliśmy herosami, ale trzeba zejść na ziemię i zmierzyć się z codziennością. Barret wykorzystując swoje doświadczenie jako górnik, którym był w Corel Town, robi coś konkretnego i po prostu nie próżnuje. Niestety w momentach, gdy gości na ekranie, jest prawie wyłącznie postacią komediową: w grze owszem, też rzucał tekstami, ale przedstawiał też inny punkt widzenia na sprawy, nierzadko słuszny; miał character development podczas etapu w Corel Prison i w późniejszej części gry zrozumiał błędy, które popełnił w przeszłości. W filmie nic z cech, które czynią Barreta postacią wyjątkową, nie zostało.

Marlene przez większość czasu to kliszowate „urocze dziecko z anime”, którego głównym zadaniem jest przywoływanie dorosłych do porządku swoim niewinnym, dziecięcym postrzeganiem spraw i bieganie w różnych kierunkach. Jej rola w filmie jest znacząco rozwinięta w porównaniu do gry, ale nie wiem, czy to aż tak bardzo pozytywna rzecz.

Vincenta, postaci opcjonalnej z gry, jest chyba w filmie najwięcej z tak zwanej „reszty ekipy” - pomaga Cloudowi podczas starcia z ekipą Kadaja w City of the Ancients, gdzie zjawia się niczym czerwone widmo za sprawą swojego płaszcza – akurat ten pomysł pasuje mi do gry i uważam motyw z tym płaszczem za ciekawą interpretację. Vincent wydaje się wiedzieć najwięcej o geostigmie, ekipie Kadaja i tak dalej – i ponownie, w grze Vincent taki nie był, raczej olewał wszystko, co robiło z niego postać w moich oczach groteskową – tutaj robi za kogoś w rodzaju mentora Clouda i popycha go w kierunku odzyskania pewności siebie. Podejrzewam, że te zmiany wprowadzono ze względu na olbrzymią popularność Vincenta – ale nie mam zamiaru na to narzekać, bo o postaciach innych niż Cloud i Tifa jest w filmie tak mało, że nawet obecność Vincenta cieszy. Choć gag gdy znienacka Vincent pyta, gdzie może kupić telefon komórkowy – Marlene wcześniej go spytała, jak to może on takowego nie posiadać – jest mocno taki sobie.

Yuffie jest chyba w filmie najwięcej po Vincencie, choć oboje byli postaciami opcjonalnymi. Yuffie w filmie nie przypadła mi do gustu – jest zbyt zwariowana, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę jej najdziksze wybryki z gry. Jej teksty uważam za bardzo głupie, chociażby bezsensowna uwaga o robakach – skąd to, na co, po co? Albo gag z nudnościami po zeskoku na spadochronie – niby pasuje do gry, ale w filmie wypada jako coś wrzucone na siłę i aż mnie odrzuca od tej sceny. W ogóle prawie wszystko co robi i mówi Yuffie poza sceną walki wydaje mi się mocno na siłę – owszem, w grze to jest postać wyrazista i zakręcona, ale nie aż tak bardzo i możemy zobaczyć również tę nieco bardziej dorosłą stronę jej osobowości. W filmie, jak już to wcześniej mówiłem przy Barrecie, wywalono to wszystko na rzecz wygody przedstawienia kliszy „genki girl”.

 

 

Cid. Cid w filmie, dla odmiany, bardzo mi przypadł do gustu. Oczywiście nie ma go wiele, ale przynajmniej to, co widzieliśmy, pokazuje jego charakter: pewność siebie, zadziorność. Po prostu filmowi nie udało się nic w przedstawieniu Cida zepsuć – jego głos pasuje do moich wyobrażeń, widać jego charakterystyczne skoki z oszczepem, dodatkowo po naklepaniu Sephirotha powrócił do tego, czego można było po nim oczekiwać: zbudował nowy statek latający – a może rozbudował stary, widoczny w outrze – i nazwał go... „Shera”. Implikacje tego ostatniego każdy fan gry powinien być sobie w stanie dopowiedzieć. Do postaci Cida w filmie nie mam zastrzeżeń i chciałbym, żeby reszta wypadła podobnie, choć niestety tak nie jest.

Na końcu zostali Cait Sith i Red XIII. Po pierwsze ich futra w filmie wypadły dość dziwnie – w grze z 1997 roku oczywiście nie można było przedstawić takich szczegółów, ale chyba dodano im obydwu za dużo kłaków i jakoś to po prostu dziwnie wygląda. Red XIII został w filmie zredukowany praktycznie do roli nosidła dla Cait Sitha. Cait Sith coś tam wrzeszczy podczas filmu, a Red XIII ma łącznie chyba aż jedną kwestię mówioną, w samym zakończeniu. Owszem, podczas scen akcji zachowuje się jak niebezpieczna bestia, która solo rzuca się na potwora kilkadziesiąt razy większego od niego, ale trudno jest doszukać się tu odwołań do charakteru Reda XIII z gry, oprócz opinii Bugenhagena że „to raczej cichy osobnik”.

 

Wcześniej wspomniałem parokrotnie o walce z Bahamutem SIN. Oprócz prologu jest to druga scena z tego filmu, którą typuję jako mającą największe szanse na spodobanie się miłośnikom Final Fantasy VII. Ale od początku: Bahamut SIN to summon Kadaja, przyzwany i utrzymywany przez niego na polu walki, by siał terror, niszczył miasto i przekonał Rufusa do wyjawienia, gdzie ukrył głowę Jenovy. Wygląd Bahamuta SIN ekstremalnie mi się nie podoba. Podobno nawiązuje do jakiegoś starożytnego okresu z historii Japonii, ale co mnie to obchodzi – gdy w filmie mającym „Final Fantasy VII” w tytule pojawia się stwór o nazwie „Bahamut” to mam wszelkie prawo oczekiwać, że będzie choć trochę zbliżony do smoków znanych z gry, a tak po prostu nie jest. Stwór o takim wyglądzie bardziej by pasował do Final Fantasy X, gdzie tamtejszy Bahamut jest też mocno niestandarowy, ale nie – ktoś się uparł i jakoś przeszło. W każdym razie stwór sieje spustoszenie i wezwana wcześniej ekipa postanawia go, pod nieobecność Clouda, naklepać.

Scena jest elementem czysto fanserwisowym dla graczy – i żałuję, że cały film taki nie jest. To jak spełnienie moich marzeń o adaptacji scen walki: ekipa współpracuje ze sobą i zadaje gigantycznemu stworowi ciosy: Tifa stosuje swoje sztuki walki, Barret wali z nowego działa, które sobie zamontował (i które transformuje się w bardziej tradycyjną protezę ręki), Cid robi swoje dragoon jumpy, Red XIII rzuca się na wroga niczym w swoim limicie Sled Fang... I w końcu pojawia się Cloud, lider ekipy – reszta stara się go wesprzeć i podrzuca do góry, żeby mógł wykonać finishera na Bahamucie SIN, nawet Aeris się trochę w to miesza, i następuje Climhazzard, limit, którego podczas normalnego przejścia gry widzi się najwięcej... Wyjęta z reszty filmu ta scena bardzo, ale to bardzo mi się spodobała i nawet szkaradny wygląd przyzwanego stwora tego mi nie psuje. Niestety twórcy filmu nie dostrzegli potencjału w tej scenie i podczas kolejnej wielkiej walki, tym razem Clouda z Kadajem i później zmartwychwstałym Sephirothem, reszta tylko się przygląda i sporadycznie komentuje. Szkoda.

 

 

Turksów w grze ostatnio widzieliśmy, gdy oddalali się po angielsku tuż po tym, jak spuściliśmy im potężny łomot – w grze po tym wydarzeniu już się nie pojawiają. W filmie natomiast jest ich całkiem dużo i choć dalej są postaciami drugoplanowymi, to jednak są na ekranie chyba częściej niż reszta głównych bohaterów gry. W grze Turksowie na początku byli dosyć straszni i dosyć okrutni: chcieli porwać Aeris, wykonali operację zrzucenia talerza na sektor 7 slumsów, Rude w pojedynkę aresztował naszą ekipę w windzie. Później nasza ekipa zaczęła z nimi wygrywać, aż w końcu stali się czymś w rodzaju comic relief w drugiej połowie drugiej płyty. W filmie Turksowie są elementem komediowym prawie przez cały czas, a najbardziej Reno. W rozmowie z Cloudem przyznaje się, że żałuje tego, co robił w przeszłości, ale średnio mu wierzę. Turksowie to dla mnie postacie amoralne, które zrobią to co im się każe i nie będą się nad tym specjalnie zastanawiać, kierując się własnymi motywacjami – dla Reno taką motywacją jest obietnica rozróby.

Rude jest trochę poważniejszy i mówi trochę częściej niż w grze. Dodatkowo dopiero w filmie dynamika tego duetu skojarzyła mi się z mocno zwichrowaną wersją „Pulp Fiction”, a takiego wrażenia z gry nie wyniosłem. Film wyjaśnia też, że Tseng przeżył – nie zginął w Temple of the Ancients, gdzie Sephiroth go dość brutalnie potraktował. Na samym początku filmu on i Elena udają się do Northern Crater i wyciągają stamtąd głowę Jenovy, niestety okupili to mocnym laniem, które spuścili im Kadaj, Loz i Yazoo. Niestety Tseng i urocza Elena pojawiają się na ekranie na bardzo krótko i nie mają prawie żadnych kwestii mówionych.

 

 

Żeby było ciekawiej, w filmie jest też... Rufus, choć przez wiele lat byłem przekonany, że zginął podczas ataku Diamond Weapon. W filmie Rufus pojawia się na wózku inwalidzkim, zawinięty w bandaże i okryty płaszczem niczym lord Sithów. Mówi on Cloudowi, że chce naprawić błędy przeszłości i znaleźć lekarstwo na geostigmę, ale czy to właśnie w tym celu rozkazał wydobyć głowę Jenovy z krateru...? Według mnie Rufus chce po prostu odzyskać dawną władzę, a że przeorientuje profil Shinry na „pomaganie” ludziom, a przynajmniej na początku, to tylko szczegół. Kadaj próbuje zastraszyć Rufusa i zmusić go do wyjawienia miejsca, gdzie ukryta jest głowa Jenovy – tyle że Rufusa nie da się zastraszyć, bo po pierwsze przechytrzył Kadaja mając pojemnik z głową Jenovy cały czas przy sobie, po drugie okazuje się, że wcale nie jest inwalidą i potrafi robić sztuki akrobatyczne rodem z Final Fantasy X-2. Niestety ostatecznie Rufus zgubił głowę Jenovy, ale i tak ta scena przypomina, że dziedzic Shinry nie wypadł sroce spod ogona, jak przystało na kogoś, kto stawił czoła ekipie Clouda i przeżył. Również Reno i Rude trochę się rehabilitują za swoje wygłupy w trakcie filmu i po pierwsze śmiało startują do Loza i Yazoo, po drugie pomagają Cloudowi w trakcie pościgu na autostradzie, co nadaje im minimum powagi, choć i tak zostaną zapamiętani jako para gamoni.

 

 

Sephiroth w filmie pojawia się niestety nie tylko w prologu – po prostu musiano go jakoś wpakować. Choć w grze zabiliśmy go na śmierć, łącznie z jego świadomością egzystującą w Lifestreamie, to nie – według filmu Sephiroth dalej sobie żyje, a Kadaj, Loz i Yazoo to jego pozostałości, dzięki którym miał się odrodzić. W pewnym momencie walki Clouda z Kadajem następuje przekształcenie tego ostatniego w Sephirotha, który na chwilę obecną nie ma żadnego konkretnego planu ponad dramatyczne zaciemnienie nieba i uczynienie życia Clouda możliwie przykrym poprzez obietnice desperacji, dźganie go swoim mieczem Masamune oraz drażnienie starą sugestią, że Cloud jest tylko marionetką stworzoną przez Jenovę - choć na wytłumaczenie nieprawdziwości tego twierdzenia spędziliśmy ładnych parę godzin gry.

Jak można wywnioskować po tonie mojej wypowiedzi, jestem dość sceptyczny odnośnie obecności Sephirotha w tym filmie i uważam, że jest tam mocno, ale to bardzo mocno na doczepkę. Sephiroth mówi Cloudowi, że chce teraz, po zgromadzeniu dostatecznej mocy, opuścić tę niegościnną dla niego Planetę i znaleźć sobie inną – czyli mniej więcej to, czym zajmuje się Jenova. Czy to oznacza, że Sephiroth przejął więcej cech Jenovy, niż wcześniej to było pokazane w grze? Nie wiem i nie chcę się nad tym zastanawiać, ponieważ całe pojawienie się Sephirotha w finale uważam za wymuszone i generalnie bez sensu, a wszystkie jego teksty lepiej w takim układzie ignorować. Sama walka z nim wygląda rzecz jasna efektownie, krew się leje, a Cloud wykonuje bardzo efektowny ostateczny cios na swoim wrogu - koniec końców najlepiej więc wyłączyć myślenie i cieszyć się sceną akcji, zamiast zastanawiać się, co do ciężkiej cholery to wszystko ma znaczyć w kontekście gry.

 

 

Muzyka w filmie jest raczej dobra. W przeciwieństwie do anime Last Order jest tu dość sporo aranżacji motywów znanych z gry, takich jak temat bitewny, motywy muzyczne Aeris i Tify, muzyka znana z walk z Jenovą i Hojo i przede wszystkim One-Winged Angel, który w filmie występuje w rock-operowej aranżacji. Podobno Nobuo Uematsu tak sobie właśnie wyobrażał ten utwór - moim zdaniem jest w tym sporo ściemy, ale jestem skłonny zaakceptować tę wersję. Jestem wyznawcą oryginalnej wersji, ale przyjmuję aranżację z filmu jako ciekawą alternatywę. Pozostałe utworki pasują do akcji, często są dosyć drapieżne, co przy scenach bardzo szybkiej akcji dobrze się sprawdza. Chór podczas prologu też jest bardzo dobry i pasuje do prezentowanych wydarzeń, generalnie jeśli chodzi o warstwę muzyczną filmu nie mam wyraźnych powodów do narzekań.

Animacja podczas scen walki przyprawia o oczopląs i rzuca w widza jedną przegiętą akcją za drugą. Jest to główna atrakcja tego filmu, nawet dla ludzi, którzy nie mają pojęcia o grach w ogóle i tylko chcą zobaczyć efektowne akcje. Postacie fruwają wszędzie niczym superherosi, co mi pasuje: w końcu pod koniec gry mieliśmy takie limity i materie, że nasza ekipa była naprawdę mocarna i według mnie dobrze, że to trafiło też do filmu.

Do gustu przypadł mi też design maszyn, czyli głównie motorów: jest on bliski temu, co było w grze, a mam na myśli pojazdy widoczne podczas ucieczki ekipy z Midgar, gdzie Cloud ochraniał grupę stłoczoną w tym śmiesznym pickupie. Wręcz przeciwnie jest z wyglądem potworów: o Bahamucie SIN już opowiadałem, pozostałe stworki przyzywane Loza i Yazoo są według mnie szkaradne i nie pasują mi do świata Final Fantasy VII. W grze było tyle przedziwnych potworków, dlaczego nie użyć któregoś z nich? No chyba, że przyzwane potwory miały być jakimiś stworami z gry, tylko po prostu ich nie rozpoznałem, ale śmiem wątpić.

Zastanawiam się, jak bardzo bezkrytyczni wobec filmu byli jego twórcy – czy zadowolili się udanymi scenami akcji i na tym poprzestali sądząc, że enigmatyczne dialogi załatwią problem „czym wypełnić film”? W grze teksty owszem, nie powalały swoją jakością, ale były żywe i przekazywały to, co najważniejsze. Tutaj dialogi sprawiają wrażenie dużo mądrzejszych niż są w istocie, ale praktycznie nic przekazują. Sprawy nie poprawia montaż filmu, gdzie tracenie przytomności przez postacie jest głównym sposobem przeskoku akcji do innego miejsca, a jeśli ktoś akurat przytomności nie traci, to przeskok następuje nagle i znikąd. Praca kamery, oczywiście takiej wirtualnej, podczas scen walki jest fantastyczna, podczas innych zazwyczaj też, choć zdarzają się dziwne fragmenty, jak ten przy Marlene biegnącej do Tify – kto to wymyślił?

 

 

Podsumowując cały film: nie mam pojęcia, jak osoby nieznające gry go postrzegały po obejrzeniu; prawdopodobnie jako zlepek hiperefektownych scen z nieznanymi postaciami kierującymi się kompletnie nieznanymi motywacjami. Gdyby wyciąć sceny walk, to zostaje film ekstremalnie niszowy. Nie wiem też, jaka jest opinia innych graczy, będących miłośnikami Final Fantasy VII – ja po prostu nie kupuję głównego przesłania tego filmu, nie zgadzam się na Clouda popadającego w zemocenie, nie akceptuję Sephirotha pojawiającego się bo tak jest wygodnie scenarzystom w sytuacji, gdy w grze spędziliśmy tyle czasu i wysiłku żeby się go ostatecznie pozbyć – film niweluje rozwiązania fabularne gry i to bardzo, ale to bardzo mi się nie podoba. Ale jest też druga, dobra strona: dzięki filmowi pamięć o Final Fantasy VII żyje, można było zobaczyć scenki znane z gry wyrenderowane w kompletnie nowej jakości, można też było zobaczyć, choćby przez krótką chwilę, starą ekipę, która jakoś tam stara się sobie radzić. Film daje odpowiedź na pytanie co stało się po upadku Meteoru i czy Holy wywiało całą ludzkość – nie wywiało i to jest odpowiedź, którą jestem w stanie zaakceptować. Tak więc czy warto obejrzeć ten film? Raczej tak, ale z dużą dozą sceptycyzmu, albo po prostu z wyłączonym mózgiem i przeskakiwać do scen akcji, by nacieszyć nimi oko.

Od czasu napisania powyższego tekstu, czyli lipiec 2014, ogłoszono rozpoczęcie prac nad remake'iem Final Fantasy VII. Kiedy go dostaniemy to nie wiem, niestety potwierdziło się jedna teza - rozstanie z konwencją anime jest definitywne. Pierwsze zapowiedzi zdają się czerpać pełnymi garściami ze stylistyki filmu, co napawa mnie mocnymi obawami, ale to temat na zupełnie inną pogadankę...

 

 

Tagi: final fantasy vii

Oceń notkę
+ +25 -

łatwo osądzać, trudniej zrozumieć
Oceń profil
+ +66 -
MSaint
Ranking: 178 Poziom: 53
PD: 19426
REPUTACJA: 13218
Miesięcznik PSX Extreme