Wyleciało mi z głowy

a pozostać w niej powinno.

kALWa888 kALWa888 13.08.2016, 06:35
Weekendowe granie #133
1238V

Weekendowe granie #133

Czytanie WG powoduje raka. Szkodzi Tobie i osobom w Twoim otoczeniu. Pamiętaj o tym klikając w rozwinięcie.

Meh, te wstępy mnie wykończą. No ale mniejsza o to! Jak zwykle mam dla Was ścianę nudnego tekstu o zdobywaniu pucharków. Nie zdradzę co z tymi pucharkami robię, bo mi wstyd! No ale jak to mówią, nieważne co facet robi z pucharkami, a jak je zdobywa! A ja zdobywam je z gracją, spokojem, determinacją i wszystkim co wartościowe. Pewnie radujecie się też tym, iż znów przeczytacie o grach, o których niegdyś pisałem. Ja wiem, czytanie WG to czysta przyjemność. Szkoda, że jest to tak szkodliwe. Dobra, do rzeczy. Zacznę od niezjadliwego drobiu, z którym miałem ostatnio styczność. Niejednokrotnie spotykałem się z tym sympatycznie wyglądającym robocikiem z Doki-Doki Universe™ (PS3). W sumie byłem umiarkowanie zainteresowany, ale nigdy nie było jakby okazji żeby sprawdzić ten tytuł. Ostatnio jednak takowa się pojawiła i muszę Was przestrzec, moje drogie nubki. NIE GREJCIE W WERSJĘ NA PLAYSTATION CZY. Nie można grać w tę wersję, bo trofea są zbyt rzadkie, by zwykli śmiertelnicy mogli je zdobyć! Tak jest, to szczera prawda.
Też mógłbym na takim latać, ale nie wiedziałem gdzie się to zmienia, więc latałem na świni w kasku!

Nie no, żartuję. To znaczy, trofea są w sumie rzadkie, ale tylko dlatego, że wersja na PS3 strasznie się zawiesza. Podczas jednej, dwugodzinnej sesji gra zawiesiła mi się około 10 razy, a to naprawdę sporo. No i nie jest to taka fajna zwieszka, podczas której można normalnie uruchomić menu konsoli i wyjść z gry. Trzeba wyłączyć konsolę przyciskiem POWER, a jak dobrze wiemy takie wyłączanie nie służy ani nam, ani naszym słodkim, czarnym dzieciątkom (no chyba że Wy macie dzieciątka w innym kolorze). Na szczęście, autozapis działa często i po takim złym wydarzeniu nie trzeba dużo powtarzać. No a ja chciałem tę grę ukończyć, bo mi się spodobała, no i skoro już wbiłem kilka trofeów to do 100% też dotrzeć musiałem. No i o co w tej grze chodzi? A no jest sobie robocik, któremu Ufolud mówi że pójdzie na złom, jeśli nie udowodni, że ma wystarczająco dużo ludzkich cech w sobie. Przemieszczamy się więc po różnych planetach, rozmawiamy z jej mieszkańcami i im pomagamy. Każda wizyta jest lekcją dla bohatera o kolejnych cechach ludzi. Większość gry polega na tym, że danej postaci przywołujemy to czego chce/potrzebuje. Tak, nasz robot potrafi „wytwarzać” przeróżne rzeczy – w istocie są to po prostu przedmioty, które albo otrzymujemy od postaci w nagrodę, albo znajdujemy na planetach. Każde z napotkanych istnień ma jakieś upodobania i fobie – jeśli damy im coś co lubią, ukochają nas. Dajmy coś czego nienawidzą lub się boją i będą naszymi wrogami. Lekko zawiedziony jestem tym, że żeby otrzymać prezent od niektórych postaci, trzeba sprawić że mają nas dość. W moim odczuciu byłoby lepiej, gdyby gra dała nam pełną swobodę w kreowaniu naszego charakteru.


Poza wytwarzaniem tych cudów, są jeszcze asteroidy wokół planet, na których odpowiadamy na zadawana nam pytania. Dotyczą one naszej osobowości – gra na podstawie odpowiedzi mówi nam kim jesteśmy i do czego dążymy. To chyba najciekawsza cecha tej gry. Ogólnie wyszło na to, że jestem średnio towarzyski, władczy, twardo stąpający po ziemi, uparcie dążący do celu i wiecznie zrelaksowany. No ale wszyscy dobrze wiemy, że na te pytania można odpowiadać tak, żebyśmy wypadli na tego kim chcielibyśmy być. Odpowiadałem szczerze, ale… Tak czy siak. Gra mi się spodobała, ale szału nie zrobiła. Ma przyjemną stylistykę, kilka ciekawych elementów, ale zabrakło chyba czegoś w scenariuszu – o ile można to coś tak nazwać. Temat jest ambitny, ale tutaj potraktowano go po macoszemu. No i produkcja mogłaby być bardziej zróżnicowana, bo po kilku godzinach zaczyna doskwierać powtarzalność. Na szczęście 100% widnieje już na moim koncie i nie muszę do tego wracać. Jeśli już kiedyś się na to zdecyduję, to już w wersji na PS4. Choć z drugiej strony czuję się w pełni nasycony tą grą.

Teraz krótko oświadczę, że oczywiście udało mi się wbić platynę w God of War: Wstąpienie™ (PS3). Nie była trudna, ale jeden pucharek był bardzo frustrujący, choć pewnie tylko przez to, że podszedłem do niego w taki, a nie inny sposób. Polegał na użyciu spowolnienia czasu na 100 przeciwnikach. Opis trofeum sugeruje, że musi to być 100 różnych, ale można to powtarzać w kółko na jednym. Wybrałem oczywiście metodę przebywania w jednej lokacji i trzaskania tym amuletem aż do otrzymania nagrody. Nie był to dobry pomysł, bo zacząłem się nudzić gdzieś po 10 sztukach. Jeszcze gorsze było to, że dwa razy umarłem po dojściu do liczby +50, a że nie dotarłem do żadnego zapisu, wszystko poszło się rozmnażać (łagodnie ujmując) niczym Majini w Desperate Escape. Reszta trofeów wpadła bez większego problemu. Na szczęście nie musiałem przechodzić gry na najtrudniejszym poziomie. Nie chciałbym być do tego zmuszony, bo gra mi się po prostu nie podoba.

Powróciłem sobie też do Enemy Front (PS3). Polskiego średniaczka, którego tematem przewodnim jest powstanie warszawskie. Niestety, bohater gry nie jest polakiem, a amerykańskim korespondentem, który postanowił pomóc w walce o niepodległość. Nie wiem po co twórcy zdecydowali się na coś takiego, ale przez to lądujemy w przeróżnych miejscach i grze brakuje jednolitego charakteru. Zaczynamy w zrujnowanej Warszawie, by w kolejnych poziomach przenieść się do słonecznej Francji, gdzie nasz bohater przeprowadzał partyzantkę (w pojedynkę) – oczywiście w ramach wspomnień. Enemy Front (PS3) traci przez to sporo klimatu. Nie chcę się powtarzać za bardzo, bo o grze pisałem już pod WG bodajże, no i na portalu jest moja recenzja. Wróciłem po to, żeby zdobyć platynę. Pozostało mi przejście gry na poziomie Trudnym, zrobienie przeróżnych trofeów (typu obroń kościół bez używania CKMu) i znalezienie wszystkich sekretów. Nie było tak źle i przyznam, że gra całkiem mnie wciągnęła – na tyle, że w zasadzie nie grałem w nic innego dopóki nie otrzymałem platyny.

Kolejny tytuł, do którego powróciłem jest Tomb Raider (PS3). Wiadomo dlaczego powróciłem, więc nie będę tłumaczył. Najpierw zająłem się trofeami z gry wieloosobowej. Nie były takie złe, bo choćby maksymalny (60) poziom doświadczenia i materiały na wykupienie wszystkiego mogłem zdobyć w pojedynkę w grach prywatnych. Uruchamiałem sobie tryb Ratunek i biegałem z apteczkami zbierając po drodze surowce. Trochę to potrwało, ale w końcu mi się udało. Inne trofea zdobyłem wspólnie z dobrym kolegą. Po tym mogłem w końcu zabrać się za tryb dla jednego gracza. Najgorsze okazało się ustrzelenie 10 przeciwników zjeżdżających po linach. Samo w sobie trudne to nie jest – problem polegał na tym, że inni przeciwnicy non stop rzucali dynamitami, co mocno przeszkadzało. Czasem nawet zdarzyło mi się stracić życie w tym szaleństwie. Stwierdziłem, że spróbuję na łatwym poziomie, ale okazało się że wtedy Lara samodzielnie celuje i niestety robi to nieumiejętnie, zaznaczając nie tych co trzeba. Niech niedzielni gracze i cały ten autoaim spłoną w gorącej herbacie. Przy okazji odświeżyłem sobie całą fabułę i bardziej wchłonąłem w wykreowany świat. Gra mi się podoba, szkoda tylko że trzon rozgrywki jest tak bardzo inny od oryginału. Zamiast długotrwałej eksploracji ze skomplikowanymi skokami mamy krótkotrwałe zwiedzanie z automatycznymi skokami i masą przeciwników do wystrzelenia. No ale klimat jest świetny. Widoki czasem zapierają dech w piersiach. Jeśli chodzi o scenariusz to w sumie jest w porządku, aczkolwiek postacie są za bardzo typowe, momentami też kiczowate, aczkolwiek poza Larą znajdą się jeszcze z dwie ciekawe. Szukanie wszelakich artefaktów i innych takich było przyjemne, ale to nic innego jak bieganie za ikonkami na mapie, poza rzeczami należącymi do wyzwań – wszelakie totemy czy posążki musiałem znaleźć samodzielnie. Ciekawe są też zapiski, które znajdujemy po drodze. Śmieszy mnie tylko to, że czytane są przez angielskich aktorów, nawet jeśli dotyczą wspomnieć japońskiego żołnierza z drugiej wojny światowej, czy starożytnych wojowników Yamatai. No ale cóż poradzić, Hollywood przeca. Teraz jeszcze chętniej sprawdzę Rise of the Tomb Raider (PS4). Z tego co mi wiadomo ma nie być trybu multiplayer, co bardzo mnie cieszy. Nawet jakby był i trofików online byłoby niewiele, to i tak doszłyby nowe w jakimś DLC. W Uncharted 2: Among Thieves™ (PS3) i Uncharted 3: Oszustwo Drake'a (PS3) też niby są tylko 2 trofea sieciowe, ale żeby zrobić 100% trzeba przedrzeć się przez dobre 50h grania w Sieci. Na co to komu, ja się pytam? Przecież to niszczy komfort psychiczny. Moim zdaniem najlepszym rozwiązaniem byłoby zrobienie oddzielnych zestawów trofeów (z platynami) dla trybów Single i Multi. Kto chce, ten gra i tyle. Szczerze wątpię, że w grach nie nastawionych na Multi (takich jak Battlefield 3 (PS3)) komuś chce się siedzieć w tym trybie. Rzadko się zdarza, że w takim Tomb Raider (PS3) ktoś siedzi dla przyjemności przez te kilkadziesiąt godzin, bo bądźmy szczerzy – udany to ten tryb nie jest. I takich przykładów jest więcej.

Udało mi się w końcu zdobyć tytuł Tekken Lord w Tekken Tag Tournament 2 (PS3)! Sama gra jest super, świetnie gra się z innymi w Sieci, czy ogólnie walczy nawet ze sztuczną inteligencją. Fajne są też scenki fabularne, które odblokowują się każdej postaci po pokonaniu ostatniego przeciwnika, ale zdobywanie tego tytułu nieźle mnie wymęczyło. Nie jestem dobry w tego typu grach. Nie mam głowy do zapamiętywania kombinacji ciosów. Ponadto, założyłem że najlepiej będzie walczyć z silniejszymi od siebie. W ten sposób powinienem szybciej dostać awans. Okazało się jednak, że najlepiej walczyć z równymi sobie i ciągle wygrywać. Nie zawsze się to udawało, bo nie znam wszystkich postaci, ale w końcu się udało i mam platynę. Teraz jak już siądę do tej gry to dla czystej przyjemności. Chciałbym zagrać sobie w Tekken 5: Dark Resurrection (PS3), bo uwielbiam Tekken 5 (PS2). Szkoda tylko że jest jedynie w wersji cyfrowej, ale myślę że się w nią zaopatrzę, bo wolę jednak tradycyjny system walki, aniżeli ten z dwoma postaciami. Tytuł zdobyłem jako Steve Fox, ale w sumie miałem drugą postać w zanadrzu, czyli Kazuya Mishima.

Ukończyłem i zdobyłem platynę w cudownej grze jaką jest Okami HD (PS3). Ostatni raz grałem na PS2, kilka lat temu. I tak jak ostatnio dałem się wciągnąć bez reszty. Twórcy zagrali na moich emocjach, zabrali mi masę czasu, ale oczywiście niczego nie żałuję. Co tu dużo mówić? Gra jest niemal idealna, ale reedycja HD boryka się z małymi spadkami animacji i tym, że w Europie jest tylko w wersji cyfrowej. Tak czy siak, przypominanie sobie tej historii było fajnym przeżyciem, znów płakałem na końcówce. To jedna z najpiękniejszych rzeczy jakie miałem okazję doświadczać, a nie jestem wierzący (ci co ukończyli wiedzą o co chodzi). Gdyby wydali tę grę ponownie np. na PS4, znów bym ją splatynował. Szkoda, że dzisiaj nie ma takich gier, ale z drugiej strony w swoim czasie przyczyniła się do zamknięcia studia, mimo iż została świetnie przyjęta przez graczy i krytyków. Określa się ją też dziełem sztuki. To przykład na to, że gracze są jednak zjebani i nabierają się na marketing zamiast choćby sprawdzić coś bardziej wartościowego. Bo to nie gra, to przeżycie, serio. Scenariusz jest wzruszający, momentami zabawny (Issun – jeden z głównych bohaterów, dziadek od bambusów, kilku bogów jak choćby świnie, czy królik) i po prostu dobry. Nie jest to jakaś odkrywcza i skomplikowana historia, ale w swojej prostocie jest po prostu idealna. Do tego świetnie się w to gra. Cudowna, rysowana grafika bardzo umila granie, a poza tym jest to mocno rozbudowane i różnorodne. Sporo jest malowania, kopania dołków, skakania, walki, zwiedzania, pomagania postaciom. No i dużo świetnej muzyki – ponad 5h kawałków. Niektóre z nich doprowadzają mnie do łez, niektóre wstrzykują adrenalinę… No ile gier tak robi?! Włączasz ją i stajesz się niewolnikiem. Tańczysz jak ci zagrają i zakończenie rozgrywki odkładasz na kolejne pół godziny co rusz. To niby ponad 60 godzin grania, ale co z tego skoro jest tak cudownie?! Nie ma co przedłużać, uważam że każdy powinien w to zagrać. Przeszkodą może być „voice acting”, który przypomina raczej to co mogliście doświadczyć w grach na Nintendo 64 – czyli jakieś takie sylaby połączone w łańcuszek. Mowy to raczej nie przypomina, ale ma swój urok. Niektóre postacie brzmią naprawdę dziwacznie. Kiedyś mama nawet mi weszła do pokoju i zapytała co ja takiego wyprawiam że takie dźwięki wydaję. A ja na to: „bóg jest miłością” (oparte na faktach). Polecam!


Teraz może być trochę wulgarnie i nieprzyjemnie. Taki już jestem! Czasem odrzucam swój wrodzony spokój i wdzięk na rzecz demonicznego szału, trzeszczenia padów i ogólnie pojętej nienawiści i wściekłości. Każdemu wojownikowi może się to przytrafić, nie oceniajcie mnie. Ważne jest to, że nie poległem w walce. Ale o tym za chwilę. Stwierdziliśmy razem z Asobu, że warto byłoby zdobyć 100% trofeów w Resident Evil 5 (PS3). Najpierw jakby zabraliśmy się za paczkę Versus, ale oczywiście nie zrobiliśmy wszystkiego, bo do tego trzeba 4 graczy, żeby randomy nie psuły chwalebnego boostowania. Zrobiliśmy więc razem z Laughterem kilka trofików (combo i inne takie), ale nie udało się jeszcze wszystkich, bo to raczej sporo godzin grania – wygranie 30 meczy w każdym trybie nie trwa krótko. Zabraliśmy się więc z Asobu za oba fabularne DLC. Na pierwszy ogień poszedł przykład na to, że nowy charakter rozgrywki nie przeszkadza w tworzeniu odpowiedniego klimatu, czyli „Lost In Nightmares”. Graliśmy na poziomie Professional i momentami było całkiem trudno, ale wystarczyło że kilka rzeczy zaplanowaliśmy i jakoś poszło. Bardzo podoba mi się ten dodatek. Ma świetny klimat, mało strzelania, dużo eksploracji. Nie jest to nic na poziomie choćby Resident Evil HD Remaster (PS3), ale jest lepsze od całej „piątki”. Najpierw poruszamy się posiadłości podobnej do tej z jedynki, a później schodzimy do mrocznych, zalanych piwnic, gdzie trzeba załatwić czterech albo pięciu paskudnych bydlaków. Najważniejsza była współpraca, ale z tym nie było najmniejszego problemu.

Później zabraliśmy się za przeklęte „Desperate Escape”. Konie moje kochane, ile ja zjadłem nerwów przy tym! Byłem blisko rzucenia padem w ekran telezorka – mojego kochanego telezorka, który przecież w niczym nie zawinił. Ot, po prostu wyświetlał to plugastwo. Problem z tym dodatkiem jest taki, że jest po prostu chujowy. Trudny przez to, że nawalone jest tam wiele przeciwników. Tak jakby jakaś czarna, gruba baba gdzieś tam w szopie siedziała i rodziła tych wszystkich brudnych Majini. Co za ścierwo. Co krok pojawiało się kilkunastu przeciwników, którzy biegają jak popierdoleni, drą się na całe gardło, wyciągają te brudne łapska, rzucają siekierami, spadają. Równie dobrze mogły strzelać do nas jakieś helikoptery, z nieba spadać czołgi i ogólnie najlepiej żeby biegały tam tylko największe skurwiele – ot, choćby przesympatyczny wielki jegomość z minigunem i cygarem w paskudnej mordzie. Albo wielkie robale, które zabijają jednym atakiem o ile pozwolisz jakimś cudem na to, żeby się do ciebie zbliżyły. Nienawidzę tak głupio trudnych gier. Jest to najtrudniejszy moment w całej „piątce”. Fabularnie też nie ma to sensu, bo te dwie osoby które tak desperacko uciekają nie są za bardzo ważne. Ot, jakiś czarnuch z Afryki (tylko w tym dodatku się pojawił) i Jill Valentine, która ledwo stoi na nogach po tym co ostatnio przeszła. I nagle te wszystkie brudne wieśniaki wiedzą, że ta dwójka ucieka i za nimi gonią – ba, spadają z nieba żeby tylko ich dopaść. Nie wiem po co, jaki w tym cel. Ten co stworzył to DLC niech lepiej skończy w kryminale, gdzie będzie powieszony za jaja, a wściekłe psy będą kąsać go po policzkach. No ale na szczęście, wbrew wszelakim przeszkodom (źle działające serwery i wywalanie z gry), mamy to z sobą. 100% trofeów w obu zestawach, teraz pozostało tylko zrobić jeszcze Versus Pack i mogę usunąć grę z dysku. Królu niebieski!

Nie zmieniając za bardzo klimatu, wziąłem się w końcu za Resident Evil HD Remaster (PS3) żeby zdobyć platynę. Ukończyłem grę jako Chris. Byłem przekonany, że gram na normalnym poziomie trudności – bo w sumie nie jest to powiedziane na początku gry. Wybiera się jedną z opcji, ale nie jest dosłownie powiedziane jaki to poziom – ja wybrałem ten, który sugerował mi, że do czynienia będę mieć z normalnym. Okazało się jednak, że grałem na Easy, a już się cieszyłem że jestem w tę grę dobry i całkiem nieźle mi idzie. No cóż, bywa. Pierwsze przejście zajęło mi ponad 14 godzin, co jest sporą ilością godzin jak na grę z serii. Teraz zabrałem się za scenariusz Jill już na normalnym poziomie trudności i muszę przyznać, że czuję się jakbym miał z lekka przejebane. Większość zabitych zombie pozostaje na ziemi, co znaczy, że wstaną w wzmocnionej wersji jeśli ich nie spalę. Niestety, nie ma na tyle benzyny żebym mógł spalić ich wszystkich, więc za jakiś czas będą mnie gonić Karmazynowe Ryje – te zombie biegają, mają pazury i ogólnie są raczej bardzo nieprzyjemne. Zawsze jak słyszę ich w tle, to aż mnie ciarki przechodzą i sam zaczynam przebierać nogami, żeby postaci lepiej się biegało. To musi być śmieszny widok, no ale nie ważne jak się wygląda podczas grania, a to jak się gra. No cóż, gra jest naprawdę świetna. Ten klimat, mroczne scenerie, ambient przygrywający w tle. Szkoda, że więcej odsłon nie jest zrobiona w takim stylu. Chciałem przejść grę zabijając tylko nożem (bo jest za to trofeum), ale odpadłem po połowie godziny. Warto tu zaznaczyć, że grałem wtedy na Very Easy. No cóż, masakra, ale trzeba znać! Polecam.

Wziąłem się też za rajdowego średniaka. Wprawdzie tylko dlatego, że miałem zaledwie 2% trofeów i chciałem sobie zdobyć ich więcej. Odpalanie tej gry na moim koncie nie było najlepszym pomysłem, no ale jak to mówią: ten co nie ma w głowie, ten ma w padzie. Gra nie jest jakaś tragiczna, ale coraz bardziej mnie drażni. Przechodzę tryb Road to Glory. Wszystko byłoby fajnie, bo jeździ się całkiem spoko, ale niestety „genialni” twórcy stwierdzili, że samo przejechanie trasy na pierwszym miejscu to za mało, więc zaimplementowali jakiś system gwiazdeczek. Zdobywamy ich jakieś 7 za samo przejechanie na pierwszym miejscu, ale oprócz tego musimy być wystarczająco stylowi, żeby zdobyć je wszystkie – bo trzy pozostałe zdobywamy za styl. Musimy więc nie tylko przejechać trasę na pierwszym miejscu, ale też zdobyć odpowiednią ilość punktów za (uwaga) destrukcję – czyli wjeżdżanie we wszelakie taśmy, które stoją na poboczach, jeżdżenie bokiem, wyskoki, wysoką prędkość i tym podobne. Byłoby to spoko jako dodatek, ale na niektórych trasach byłem zmuszony do wjeżdżania w te taśmy, bo za to jest najwięcej punktów – dla przykładu: przejechanie odcinka bez stłuczki, cofnięcia czasu i na pierwszym miejscu daje nam 300 punktów. Zniszczenie dłuższej taśmy może dać nam nawet 600 punktów (przeciętna ilość to jakieś 400, serio). Nie wiem gdzie w tym sens – przecież nie jest to Need for Speed: Underground (PS2), a gra o rajdach, gdzie liczy się czas przejazdu i jak najmniejsze zniszczenia. No i denerwuje mnie to, że ciągle muszę zmieniać samochód – wolałem to co było Colin McRae Rally 2.0 (PS One) gdzie wybieraliśmy jeden samochód na cały rajd. Pozwalało nam to przyzwyczaić się do niego. Tutaj niestety tego nie ma. Gra ogólnie jest słaba – kiepski model jazdy i nieco zbyt niski poziom trudności (abstrahując od tych gwiazdeczek). Dodatkowo nie podoba mi się to, że samochód mało się brudzi, nawet podczas przejazdów podczas ulewy i na błotnej drodze. Co to ma być? Na 2012 rok jest naprawdę słabo. Odpaliłem sobie na chwilę dla przypomnienia DiRT 3 (PS3) i uderzyło mnie to jak szybka jest to gra w porównaniu do WRC 3: FIA World Rally Championship (PS3). Ponadto ma o wiele lepszy model jazdy, jest bardziej wymagająca i samochód cudnie brudzi i niszczy się podczas jazdy. Na razie nie będę się za to zabierał, bo wolę ukończyć to co gorsze. Ogólnie DiRT 3 (PS3) jest o wiele lepszy, mimo iż jest o rok starszy. W obu grach boli mnie to, że tematem przewodnim nie są zwykłe rajdy (choć znów w WRC3 jak wiadomo jest ich o wiele więcej), a jakieś bajery typu Drift, przejeżdżanie przez bramki, ściganie się z helikopterem, kręcenie bączków i tym podobne. Brakuje mi tego podejścia z Colinów 1-4 (w 2005 i późniejsze nie grałem).

Stwierdziłem, że dość skupiania się na trofeach i zdecydowałem się na powrót do wspaniałego Final Fantasy IX. Jestem blisko końcówki i jednak więcej napiszę po ukończeniu, bo i tak już sporo tutaj opisałem, a WG jest spóźnione. Zamiast bardziej szczegółowych wrażeń podzielę się tym, iż jestem w fajnym momencie, gdzie przygrywa taka oto muzyka.


FILMY
W sumie tyle na temat gier. Pozostało mi opisać jeden film jakim był High Rise (2015). Świetny obraz, naprawdę. Mocno kojarzył mi się z BioShock (PS3), bo opowiada o utopii i jej ruinie. Tytuł filmu można przetłumaczyć jako wieżowiec. Cały scenariusz polega na ukazaniu zachowań ludzi mieszkających w tytułowym budynku. Miała w nim mieszkać oczywiście elita, każdy miał mieć równouprawnienie, ale oczywiście na samej górze mają najlepiej - w sumie nic dziwnego skoro mieszka tam sam architekt. Na dole zaczynają się problemy z dostawą energii elektrycznej i inne niedogodności. Ludzie zaczynają się buntować i oczywiście zaczyna się rozpierdol. Bardzo urzekł mnie ten nieco surrealistyczny nastrój filmu i całe to szaleństwo w nim zawarte. Chciałbym obejrzeć więcej takich filmów. Wprawdzie mam coraz więcej ochoty na coś surrealistycznego i chyba zabiorę się za Wrong (2012) - film od twórcy Morderczej opony (2010).


MUZYKA
Trochę muzyczki też się przyda. Na początek The Prodigy ze świetnym Charly w wersji drum 'n bass. Nic tylko słuchać. Szkoda, że nie tworzą już takiej muzyki, no ale co poradzić.


Następny utworek spokojniejszy. Gdzieś go już słyszałem, mimo iż serialu w którym się pojawił nie oglądałem. Świetny! Ma też ciekawy teledysk.


No i coś co już było, ale nigdy nie będzie tego za wiele. Plus coś od tego samego wykonawcy. Dwa świetne kawałki. Jeden sprawia, że chcemy odlecieć w kosmos, a pisanie komentarzy zamienia się w poezję. No i nie jest to utwór którego słucha się raz. Drugi przypomina nam o tym, że pragniemy nieśmiertelności.



Możliwe że oba dawałem, ale mniejsza w to. Tyle ode mnie! Znikam, zostawiam Was z tym czymś i sądom.

Tagi:

Oceń notkę
+ +15 -

Oceń profil
+ +20 -
kALWa888
Ranking: 438 Poziom: 51
PD: 18152
REPUTACJA: 3455