Wyleciało mi z głowy

a pozostać w niej powinno.

kalwa kalwa 27.02.2015, 03:50
Weekendowe granie #58
1046V

Weekendowe granie #58

Jeszcze trochę i będziecie mieli zaszczyt przeżyć ostatni weekend lutego. Co w tym nadzwyczajnego? A no nic, poza tym że może to być Wasz ostatni weekend. W takiej sytuacji, jak wiadomo, trzeba zrobić wszystko co się da, by niczego nie żałować przy końcu świata. Czym mogłoby to być, jeśli nie ograniem wielce interesujących i jakże wspaniałych gier?

Jedną taką grę właśnie poznaję. W zasadzie już prawie kończę z nią przygodę, dlatego fakt, że piszę najpierw o „gwieździe weekendu” niczego nie zmienia. Jest to gra, którą ukończyłem, ale wciąż w nią gram. Gdyby nie DLC i trofea, takich paradoksów by nie było. Tak jak widać na okładce, tą grą jest Drakengard 3 (PS3). Dzieło geniusza, które podobnie jak wcześniej NieR (PS3), zmiotło mnie jak miotła drobinki przynoszone z zewnątrz do domu. Oczywiście, pierwsze wrażenie jak najbardziej średnie. Średnia (żeby nie powiedzieć bardzo kiepska) grafika, nieco toporny system walki i lokacje, które swoją konstrukcją mogą przywodzić na myśl najbardziej liniowe gry z PlayStation 2. Sam film otwierający grę nie spodobał mi się tak bardzo jak ten z Niera (słynny monolog Kaine w stronę Weissa niszczy wszystko), ale zaintrygował mnie sporą dawką dramatyzmu. Zwróciłem również uwagę na jeden krótki dialog pomiędzy Zero, a jej smokiem, Mikhailem: „Zero…”  >”Co znowu?”  >”Mogę iść w krzaki? Potrzebuję zrobić siusiu”. Tak, to smok o głosie małego dziecka pyta się, czy może zrobić siusiu. Nie przygotowało mnie to jednak na to, jak wiele bardziej zabawnych scen i dialogów uświadczę później. Nie tylko pomiędzy smokiem, a główną bohaterką, ale pomiędzy nią, a jej sługusami. Ogólnie bohaterowie gry, to banda dosłownie popaprańców. Przede wszystkim mamy 6 sióstr. W założeniu każda z nich ma swojego sługusa, który nie odstępuje jej na krok i zaspokaja WSZYSTKIE potrzeby, czy ma na to ochotę, czy też nie. Każdy ze sługusów jest odzwierciedleniem największych pragnień danej Intonerki (tak o siostrach mówią ludzie, traktujący ich jak boginie), choć z pozoru może to wyglądać nieco sprzecznie. Wyjątek stanowiła siostra One, która nie wiedziała za bardzo czego chce, dlatego była sama.



Five to siostra o rządzach, których NIE SPOSÓB zaspokoić, bo jak tylko coś dostanie w swoje łapy, traci tym zainteresowanie. W sumie jest nieco stereotypowym obrazem typowej blondynki o dużym i krągłym biuście, która jest bardzo „otwarta”, głupiutka i nie wie w co się ubrać – a jeśli się ubierać, to tylko w to, co pokaże tyle ile trzeba – czyli jak najwięcej. Jej sługą jest Dito. Młody chłopak o niewinnej twarzy i bardzo… okrutnych myślach. Jest typowym sadystą, który w dużym skrócie mówiąc, dostaje erekcji, gdy słyszy agonalne krzyki swoich ofiar – powiedzmy, że są to żołnierze których zabijamy w setkach, jeśli nie tysiącach na przestrzeni całej gry. Od siebie dodam, że jest to najgorsza postać z całej gry, dlatego że wydaje mi się nieautentyczna, zbyt przesadzona i pełna elementów, które nie współgrają ze sobą najlepiej. Dalej mamy Four, która ma niezrównaną chęć niesienia dobra, sprawiedliwości. Chce, aby na świecie zapanował niczym niezmącony pokój. Seks traktuje jako dowód miłości dla tego jedynego i najlepsze w tym wszystkim jest to, że jej sługą jest masochista – Decadus, który płonie z pożądania ilekroć Four go odrzuca zniesmaczona jego dewiacją. Three to taka typowa, spaczona postać z anime, która mówi zaspanym głosem, ma zamglone oczy i zabija z niezmąconym spokojem. Co ją odróżnia jednak od tych postaci, z którymi się spotkałem to fakt, iż jest jedną z postaci w Drakengard 3 (PS3). Żartuję oczywiście, chodzi o to, iż bardzo lubi bawić się lalkami. Do tego stopnia, że z czasem lalki zamieniają się w ludzi. Jej sługą jest Octa – człowiek (?) o tak potężnym popędzie seksualnym, że starzeje się w przyspieszonym tempie. Kolejna to Two – niewinna kobieta, która chce nieść pomoc wszystkiemu, co żyje. Co więcej, żyje w miłości ze swoim sługą, Centem. Cent, to czarujący idiota który zgrywa mądrale. Ilekroć chce poczęstować towarzyszy jakąś ciekawostką, wychodzi na jaw, że jest debilem. One to zdaje się najmądrzejsza i najbardziej stonowana ze wszystkich sióstr. Pewnie dlatego jest jakby ich „królową” (choć to określenie jest nieco przesadne).



Zero, nasza protagonistka to porywcza, wredna i wulgarna kobieta, która jak wspominałem wcześniej, pragnie zabić swoje siostry. Początkowo tłumaczy to tym, że chce mieć cały świat i ich moc dla siebie. Z czasem okazuje się jednak, że stoi za tym ZNACZNIE więcej. Towarzyszy jej młody smok imieniem Mikhail, który jest uosobieniem niewinności, naiwności i dziecinności. Jest głupi, często psuje plan Zero poprzez swoją nieuwagę i nienawidzi zabijania. Ciągle próbuje przekonać Zero do tego, by w końcu porozmawiała ze swoimi siostrami, zamiast je zabijać jedną po drugiej. Jeśli chodzi o mnie, zdecydowanie duet Zero i Mikhail, jest moim ulubionym. Sam fakt, że Mikhail jest zaprzeczeniem typowego smoka, dodaje mu sporo uroku. Oczarował mnie od pierwszych scen, a później niejednokrotnie sprawiał, że łapałem się za głowę na widok tego, co wygaduje i wyczynia. Jednak czym dłużej go poznawałem, tym bardziej byłem wzruszony jego losem. To postać z rodzaju tych, z których najpierw się śmiejesz, bo myślisz że ten film co oglądasz to komedia, a na końcu się okazuje, że to jednak dramat. Płaczesz jak koń i zasmarkany pytasz się babci: „ale jak to? Przecież to było śmieszne?!”. Oczywiście, po zabiciu każdej z sióstr jej sługa trafia do Zero. Dochodzi więc do wielu ciekawych dialogów, kiedy to Mikhail stara się pojąć o czym gada masochista z sadystą i dlaczego jemu nie dane jest pobawić się z nimi w nocy, kiedy to Zero tak krzyczy. Te wszystkie dialogi to mistrzostwo świata. Fabuła Drakengard 3 jest skonstruowana w ten sposób, że „zwykłe” zabijanie sióstr zamienia się w historię jedyną w swoim rodzaju (nie wspominając o tym, że jest taka od początku) i zostawia odbiorcę (w tym przypadku mnie) leżącego we własnych wymiocinach, łzach i ślinie na podłodze pokoju, w którym tę historię poznawał. Kiedyś coś podobnego czułem, gdy stopniowo odkrywałem całą historię Patriotów z serii Metal Gear Solid, ale to co dostarczył mi Drakengard wraz z Nier, no to… BRAK MI SŁÓW. Niejednokrotnie byłem zszokowany, a momentami zniesmaczony tym, co się działo na ekranie. Nic mnie jeszcze tak nie zniszczyło. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że bez dogłębnej analizy wielu elementów gier z całej serii, całe tło fabularne jest niepojęte. Dlatego przede mną jeszcze wiele czytania oraz niejedno przejście tej gry, podobnie jak Drakengard (PS2) i NieR (PS3).



Z tego co tutaj napisałem, może wynikać, że Drakengard 3 (PS3) może zaoferować nam jedynie niesamowitą historię. Otóż nie. Jest to naprawdę bardzo grywalna gra, która niemiłosiernie wciąga. Wiadomo, głównym czynnikiem, który pcha nas do przodu jest fabuła, ale ostatecznie, gdy gra się trochę rozkręci, masakrowanie kolejnych żołnierzy jest bardzo przyjemne. Dostajemy nowe bronie, ulepszamy je i podziwiamy jak postać Zero ubrana w biały strój, jest coraz bardziej czerwona od krwi zabitych przeciwników. Gdyby gra była bardziej dopracowana technicznie, byłby to twór idealny. Nie powiedziałbym jednak, że jest to poziom jakiegoś niegrywanego crapa, brzydkiego jak… kupa. Gra może się spodobać, nawet graficznie. Fakt, dużo ma z tym wspólnego design gry, bo lokacje naprawdę fajnie wyglądają. Na plus również ich zróżnicowanie. Trafiamy do gór przykrytych grubą warstwą śniegu, magicznego lasu z trollami (które zjadają jakieś coś w workach – pewnie ludzkie mienso), na pustynię, czy ruin współczesnego miasta.



Bardzo fajnie lata się na smoku, ale wydaje mi się że jest tego mniej niż w pierwszej części. Trochę szkoda. Ulepszanie broni również wygląda nieco inaczej. Tutaj potrzebujemy złota oraz odpowiedniego surowca. W „jedynce” ulepszało się je poprzez zabicie nimi określonej ilości przeciwników – zabijaliśmy 100 i jej poziom wzrastał o jeden stopień. To rozwiązanie jest zdecydowanie lepsze, bo nie każdą bronią walczy się tak fajnie, niestety. Niektóre są bardzo ciężkie i zanim zadamy cios, oberwiemy sami. Inne są bardzo lekkie, ale jednocześnie zadają malutko obrażeń. Oczywiście, dla każdego coś miłego. Trzeba tylko to znaleźć. No i nie zapominajmy o muzyce, która stoi na NAJWYŻSZYM poziomie. Słuchamy przepięknych wokali i kompozycji będących mieszanką wielu gatunków, począwszy od symfonii, a kończąc na gitarowych ,czy elektronicznych (dubstep, ambient) brzmieniach. Są utwory melancholijne, nieco szybsze, brzmiące podczas walk, czy absolutnie mroczne i psychodeliczne. Prawdziwe arcydzieło, ale bardziej do gustu przypadła mi ta z NieR (PS3).


I co? Nie posłuchasz? W takim razie jesteś zwykłym trollem pożerającym ludzkie kolana.

Na koniec dodam, że Taro Yoko dosłownie zniszczył mnie ostatnim pojedynkiem, po którym poznajemy to prawdziwe zakończenie. Zakończeń jest cztery: A, B, C i D. Kolejne odkrywa przed nami nieco alternatywną wersję wydarzeń, ale to z D jest najbliższe temu co można rozumieć poprzez zakończenie tej opowieści. Mam jednak wrażenie, że Taro Yoko to jakiś szaleniec, który stwierdził że prawdziwe zakończenie należy się tylko wybrańcom, lub… muzykom (albo ludziom o lepszym słuchu muzycznym ode mnie)? Otóż, ostatnia walka to gra rytmiczna. Przejmując stery nad smokiem, musimy bronić się przed morderczym śpiewem istoty z którą walczymy. Widzimy więc kiedy fala śpiewu dociera do naszego smoka i w odpowiednim momencie musimy ją odbić poprzez naciśnięcie DOWOLNEGO przycisku. Wszystko na początku wydaje się proste, jednak później dochodzi do tego, że kamera nie pokazuje nam tych fal i musimy polegać na swoim słuchu. Jako człowiek, który jedynie słucha muzyki i nie ma tak dobrego słuchu, miałem spory problem. To jednak nie wszystko. Na koniec tej „walki” ekran ciemnieje i jedyne co słyszymy to dialog Zero i Mikhaila. Okazuje się jednak, że podczas tego dialogu istota atakuje nas ostatnią dawką swego śpiewu. Ani tego nie słychać, ani nie widać, trzeba więc obronić się przed nią całkowicie na ślepo. Oczywiście wymiękłem i skorzystałem z nieco oszukańczej metody, ale i tak miałem spory problem. Cała walka trwa 8 minut, a jedna pomyłka jest równa przegranej. Może to być problem, bo do odbijania jest potem sporo i nawet jeśli za słabo naciśniemy przycisk, możemy przegrać. Tak, Taro Yoko to szaleniec, który z pewnością nienawidzi graczy. Ogólnie coś takiego pojawiło się w pierwszej części. Czytałem ostatnio jedną opinię, że podobno Taro dał komuś w to zagrać. Śmiał się w niebogłosy gdy ta osoba się frustrowała i przeklinała cały świat, ale ostatecznie po kilku próbach pełnych frustracji, podołała. Reżyser nie był zbyt z tego zadowolony, mina mu zrzedła, śmiech zamarł na wrednej twarzy, po czym doszedł do wniosku że to jednak było zbyt proste – a pamiętajmy, że ta walka z pierwszego Drakengard wywołała sporo kontrowersji poprzez przyprawienie wielu graczy o nieskończoną frustrację. Dlatego na rzecz D3 postanowił uczynić to JESZCZE trudniejszym. W zasadzie dla wielu niemożliwym do przejścia, do poznania prawdziwego zakończenia. Nieskończenie wielka pogarda aż wylewa się z tego wszystkiego. Może to przez to, że jego gry zna tak niewielu graczy? Nienawidzi tych wszystkich casuali, którzy decydują że sprzedaje się ścierwo o którym przecież czytamy codziennie WSZĘDZIE, a o ile się nie mylę, on nie ma zbyt dużych szans na stworzenie kolejnej gry. Haha. Ekhm.
Wracając do samego grania, zostało mi jeszcze poznanie reszty DLC (czyli wbicie maksymalnego, 10 poziomu doświadczenia dla każdej z sióstr i poznanie ich backstory). Na podsumowanie napiszę tylko (może się powtórzę), że D3 to gra GENIALNA. Nie mogę pojąć, że coś takiego jest zapomniane i doświadczy tego tak niewielu. Z drugiej jednak strony, wszyscy wiemy co to oznacza.



No dobra, anomalie mamy za sobą. Teraz wracamy do typowego schematu WG, czyli opisywania tego co ostatnio ukończyłem. Nazbierało się tego, ludzie, żaby i konie moje kochane. Pierwsze to Ni no Kuni: Wrath of the White Witch (PS3). Kurcze, ukończyłem to dość dawno temu i nie pamiętam za bardzo co chciałem o tej grze napisać. A było tego sporo. Dlatego w skrócie (tym bardziej, że jesteście już zmęczeni, oczki się Wam zamykają od mojego literkowego ględzenia i pewnie już chcecie dać minusa temu wpisowi): Ni ma kuni to bardzo dobra gra wciągająca, ale ma złe walki. I dobrę grafiki.
Idziemy dalej. Później ukończyłem Asura's Wrath (PS3). Świetna gra, bardzo mocna i dynamiczna. Szybko mi się zainstalowała, co jest plusem. Ma trochę za słabą animację i kiepskie ale szybkie walki, bo trzeba naciskać jak się ekran pojawia. Ocena końcowa: brak, bo to serial anime był, a ja takich nie szanuję, sorry.
na koniec tego Weekednu będę grał w Sanits Row Trzeci. Ta gra zasłynęła przede wszystkim z faktu, że ma szybkie trofea. Wpadają zanim zaczniesz fabułę. Za to duży plus, bo bardzo lubię szybkie trofea. I ta gra ma śmieszne sceny. 10/10. Jezcze nie przeszedłem, właśnie pisze wątek w encyklopedii. Grałem tylko 20 minut, ale warto było. Zapraszam Was i pozdrawiam.



No a teraz na poważnie. Wiem, że chcieliście mnie ukarać za pisanie, iż oceniam gry po 15 minutach. Ale cóż mam poradzić, skoro po Drakengard 3 (PS3) wszystkie inne gry wydają się takie… nieistotne (to samo miałem po NieR (PS3))? No, ale wiem, że takie postępowanie jest bardzo złe i już ten błąd naprawiam. A przecież przychodzicie tu by czytać, prawda? Nie? Och, to nie muszę się przejmować błędami i tym, że te prowokacje do kogoś dotrą. Więc mogę czuć się bezpiecznie. Moc kilofa i Thompsona trzymanego przez pana w długim czarnym płaszczu, ale z fryzurą Goku mnie nie dosięgnie!!! No to jak wspominałem wcześniej, pierwszą grą którą jakiś czas temu ukończyłem jest Ni no Kuni: Wrath of the White Witch (PS3). Jest to naprawdę bardzo udany jRPG, ale cała jego zaleta tkwi w kreacji świata i bohaterów. Tym bardziej jeśli ceni się animacje od studia Ghibli. Sam obejrzałem kilka tych zacnych animacji. Z najważniejszych wymieniłbym Księżniczkę Mononoke, Ruchomy Zamek Hauru, Krainę Bogów, Mój Sąsiad Totoro, czy Narzeczoną dla Kota (już innego reżysera niż Miyazaki). Powiedzmy, że znalazło się w grze kilka nawiązań do animacji. Zauważyłem takie jedno (wow) do filmu Szkarłatny Pilot (Porco Rosso). Jeden z przeciwników w grze nazywa się Porco Grosso. Prawda, że odkrycie? Drugim mogłoby być Din Dong Bell – miasto, w którym żyją (również) koty. Grę z animacjami na pewno łączy jeszcze tematyka. Jest to piękna opowieść o chłopcu pragnącym uratować swoją matkę – mówiąc w dużym skrócie. Jednak to, co tak naprawdę przekazuje ta historia, to niesienie dobroci, leczenie złamanych ludzi, serc. Zły Shadar niszczy ludzkie serca poprzez zabranie z nich jakiejś ważnej emocji, cechy. Poszkodowany w ten sposób człowiek staje się bezużyteczny. Nie ma ambicji, nie kocha, jest niemiły dla innych. Oliver jako dobroczyńca przybywa ze swoją magią, pożycza potrzebną emocję od kogoś kto ma jej nadmiar, i następnie daje ją potrzebującemu. Na tym polega wiele zadań pobocznych (pod koniec gry stały się zbyt powtarzalne) i jakiś ułamek fabularnej części gry. Poznajemy więc wiele często wzruszających historii, leczymy ludzi z ich złamania i przemierzamy piękne krainy. Oliver jest na tyle pozytywną postacią, że w obliczu najbardziej złej postaci, będzie chciał jej pomóc. Co ważne jednak, nie jest to podane w jakiś przesłodzony sposób. Jestem trochę przewrażliwiony na punkcie takich motywów, ale mogę to przełknąć jeśli jest to odpowiednio podane. W Ni no Kuni: Wrath of the White Witch (PS3) jest to zaserwowane wzorowo. Niejednokrotnie się wzruszyłem i sobie pomyślałem, że fajnie by było jakby istniał ktoś o takiej mocy. Pamiętam, że podobnie działały na mnie piękne opowieści ze studia Ghibli jak np. Szept Serca, Podniebna Poczta Kiki, czy wspomniana wcześniej Mononoke (swoją drogą księżniczka przyprawiła mnie o fascynację animacjami japońskimi, niestety do tej pory nie znalazłem niczego podobnego). Wszystko może brzmieć naiwnie (i pewnie ja również teraz tak brzmię), ale to naprawdę piękna opowieść, którą trzeba poznać. Nie do końca jednak przypadły mi do gustu kreacje postaci. Wybaczcie, ale nie mogę powstrzymać się od porównywania tej gry do Dragon Quest VIII: Journey of the Cursed King (PS2), ale obie gry wielokrotnie mi się ze sobą kojarzyły. Nie wiem dlaczego, nie pytajcie. Po prostu! Tak czy siak, DQVIII ma o wiele bardziej barwne i ciekawe postacie główne. Duet króla Trode’a i bandyty Yangusa to istne mistrzostwo świata, szczególnie gdy się sprzeczali. Ma również o wiele lepszy system walki, który w Ni no Kuni niestety leży i kwiczy. Największą jego wadą jest to, że nie mamy pełnej kontroli nad zachowaniem reszty towarzyszy. Możemy wcielić się w jednego i w zasadzie tylko nad nim mamy kontrolę. Reszcie możemy rozkazać żeby się bronili lub atakowali z całych sił. Szkoda tylko, że działa to jakoś wybiórczo, bo często się zdarzało mi się, że mimo rozkazu, ci robili coś innego. Co więcej, wybieranie komendy (jak np. Atak, Użycie przedmioty czy czaru) dzieje się w czasie rzeczywistym. Często przez to obrywałem, nawet jeśli uważnie śledziłem ruchy przeciwnika (bo zawsze jesteśmy ostrzeżeni przed większym atakiem), ponieważ nie byłem w stanie odpowiednio szybko wybrać komendy Defence. Przyprawiało mnie to wszystko o niemałe nerwy. Jest jeszcze jeden taki szczegół: po wybraniu jednej z komend, przez chwilę nie możemy zrobić nic: ani zmienić postaci, ani sobie naszykować innej komendy. Nie rozumiem po co coś takiego. Skoro zrobiłem co trzeba, to teraz dajcie mi zmienić postać, albo zaplanować następną akcję, a nie każecie czekać (to do tych co stworzyli grę, nie do Was). Z jednej strony dają walki toczące się w czasie rzeczywistym, a z drugiej strony nie pozwolili na to, by w podobnym stylu samemu działać. Dodam jeszcze, żeby już tak maksymalnie zgnoić tę mierną grę, że przez cały czas jest banalna, tylko po to, by na sam koniec rzucić nas w walkę niemal całkowicie zależną od szczęścia. Ileż ja miałem nerwów przy niej. Męczyłem się cały dzień, ale w końcu podołałem. Lekko zawiodło mnie zakończenie, nie było wystarczająco wzruszające. Ostatecznie moja ocena waha się pomiędzy 8.5, a 9/10. Gdyby tylko system walki był lepszy. Do Ni no Kuni: Wrath of the White Witch (PS3) niebawem wrócę, aby zacząć zdobywać platynę. Muszę jednak najpierw uporać się z trofeami online we wszystkich grach jakie zacząłem, żeby mi nie przepadły. Enemy Front (PS3) już za mną, teraz biorę się za Max Payne 3 (PS3) i już było to wszystko w ruchu, ale właśnie… przyszedł Drakengard 3 i…



Kolejna gra którą ostatnio ukończyłem, czyli Asura's Wrath (PS3). Naprawdę świetna produkcja. Doszły mnie słuchy, że to interaktywny serial anime. Jeśli taki był zamiar twórców to pozostaje mi tylko rzec: „w takie filmy to ja mogę grać!”. Wciąż jednak, mimo tych wszystkich plugawych głosów docierających do mnie z mrocznych czeluści Internetów, nie potrafię traktować tej gry jak interaktywnego serialu. Tym bardziej jeśli spojrzeć na twory (geniuszy) ze studia Telltale Games (w sensie Mesjasze Games) jak The Walking Dead: Season 2 (PS3) (The Walking Mesjasz 3). Odniósłbym się do tworów z rodzaju Heavy Rain™ (PS3) (Ciężki Mesjasz), czy Beyond: Dwie Dusze™ (PS3) (Beyond: Dwa Mesjasze), ale nie znam, a jeśli Cage (Mesjasz) to tylko Nicolas (Lot Skazańców, Twierdza) (Lot Mesjaszów, Twierdza Mesjasza). No i przede wszystkim, w Asura's Wrath (PS3) się GRA. Normalnie przemierzamy lokacje, walczymy z przeciwnikami i pokonujemy bossów wielkości kosmosu. QTE pojawia się podczas przerywników – wtedy jest to przycisk „trójkąt”, którego możemy nacisnąć idealnie lub tak sobie. Oprócz tego kręcimy drążkami analogowymi i przechylamy je w odpowiednim kierunku. Warto się postarać, bo podlega to ocenie na końcu każdej misji i jeśli chcemy zdobyć platynę, musimy zostać miszczami QTE, bo niektóre mogą nieźle nam w paluchach namieszać (ja teraz paznokcie mam na kostkach, tak mi namieszało i obgryzam pięści). Najbardziej wymęczyły mnie te, podczas których musiałem pomagać bohaterowi w siłowaniu się – coś na wzór God of War (PS2), kiedy to Kratos (Krejtos) podnosił coś ciężkiego. Jeśli miałbym to QTE do czegoś przyrównać, byłoby to te znane z God of War (PS2) właśnie. Tylko że wciąż w Asura's Wrath (PS3) jest tego więcej. Krótkie QTE musimy wykonać również podczas kontrowania ataków przeciwników, lub podczas walki z bossem, ale zwykle jest to jedynie jeden z czterech przycisków, rzadko kiedy jakaś bardziej rozbudowana sekwencja. NIEWAŻNE! Kolejnym poważnym atutem tej gry, jest jej naprawdę świetna fabuła. Motywem przewodnim jest tutaj gniew. Asura to bardzo zdenerwowany wojownik, który niestety został zdradzony i wygnany ze świata żywych. Temu jednak ani widzi się umierać i wraca na świat, aby dokonać zemsty. Gdy tam wraca, okazuje się, że jego zdrajcy są potężniejsi niż kiedykolwiek i doprowadzają świat do ruiny w swoim błędnym przekonaniu. Światowa ruina nie za bardzo obchodzi Asurę. Obchodzi go tylko zemsta i tej stopniowo dokonuje. Miażdży, wyrzuca w kosmos, łamie, rozrywa i wybucha gniewem tak potężnym, że cały świat staje w płomieniach. Jest to tak wielki gniew, że jego własne ciało nie jest w stanie jego znieść. Bierzemy więc udział w pojedynkach Asury, który walczy z przeciwnikami większymi od planety, po to aby wyrzucić ich w odmęty wszechświata. Walczymy z mistrzem, który ma tak długi miecz, że dosięgnie nim Ziemi będąc na Księżycu. Wszystko to podane w tak epickiej formie, że niejednokrotnie szukałem swojej szczęki wśród sterty rozerwanych kapci, które musiałem zniszczyć z wrażenia. No i mimo pozorów nie jest to taka banalna historyjka o rozrywaniu boskich przygłupów. Jej przekaz jest jak najbardziej prosty, ale całość podana w taki sposób, że nie mamy większego problemu z utożsamieniem się z bohaterem (a przecież gniew to bardzo uniwersalna emocja), czy wzruszeniem się jego losami. Wszystkiemu co widzimy przygrywa przepiękna muzyka, która często swoim spokojem i melancholią kontrastuje z gniewem protagonisty i sprawia, że widzimy go jako postać bardzo tragiczną. Jestem bliski stwierdzenia, że to najlepsza i najbardziej wzruszająca fabuła, jaką widziałem w grze tak mocno nastawionej na akcję. Szkoda, że zakończenie tej przygody trzeba sobie dokupić, ale cóż takie czasy, taki Capcom. Ostatni rozdział dodaje naprawdę sporo od siebie i idealnie domyka historię. A pojedynek z ostatnim bossem to esencja mistrzowskiego designu i epickości przekraczającej ludzkie wyobrażenia (nigdy nie zapomnę tego motywu z QTE przeciwnika). Ostatnia kwestia wypowiedziana przez bohatera to najpiękniejsze co mogło tę scenę spotkać. Polecam grę wszystkim i proszę mi tego nie porównywać do tych „filmowych” ścierw! Moja ocena dla tej GRY to 8.5/10. Największą wadą jest mało skomplikowany system walki i zbyt duża ilość QTE.



No i na zakończenie tematu gier… Po skończeniu DLC do Drakengard 3, wracam do zaczętego wcześniej Saints Row: The Third (PS3). Moje pierwsze wrażenie odnośnie tej gry nie było zbyt pozytywne. Ot, czułem się jakbym miał do czynienia ze średniakiem, którego humor nie do końca mi odpowiada. Zmieniło się to trochę później, jak już stworzyłem swojego bohatera i wyruszyłem ku tej pokręconej przygodzie. Wciąż nieco przeszkadza mi dość spora ilość technicznych niedoróbek, czy model strzelania, ale nie są to rzeczy które przeszkadzałyby mi jakoś szczególnie. Jestem jakoś w końcówce trzeciego aktu i aktualnie niewiele pamiętam z tego co się w tej grze wydarzyło. Ot, były jakieś szalone przejażdżki na wybuchających dorożkach, ekscentryk o dziwnym głosie, pełno wybuchów, pokręconego humoru i tym podobnych. Całkiem przyjemnie się gra, ale wydaje mi się, że nie jest to produkcja którą znać trzeba. Co innego jeśli ten typ humoru trafia do kogoś z dużą siłą. Mnie kilka rzeczy rozbawiło, ale jak wspominałem wcześniej, nie pamiętam. Pamiętam za to, że fajnie prezentuje się muzyka, zarówno ta w stacjach radiowych, jak i pochodząca bezpośrednio z gry. Podoba mi się również fakt, że możemy stworzyć sobie takiego bohatera jakiego chcemy, nawet jeśli ma to być umięśniony facet w szpilkach i o delikatnym głosie – co więcej, stworzonego bohatera w pełni słuchamy i oglądamy podczas scenek. Fajnie również prezentują się w możliwości w modyfikowaniu samochodów i mam nadzieję, ze te wszystkie pozytywne cechy sprawią, że powrót do tej gry nie będzie tak bolesny jak sobie to wyobrażam. Trzeba jednak w końcu się z nią uporać i zacząć czwartą część.



Czy będzie coś poza grami? Chciałbym napisać, że nie i chyba to zrobię. Choć kusi mnie, by napisać że w końcu nadrobiłem klasyka jakim jest „Blade Runner”, ale zanim napiszę coś więcej chciałbym obejrzeć go jeszcze raz, by móc bardziej przyjrzeć się temu wszystkiemu. Ogólnie często takie filmy oglądam po kilka razy, dzięki czemu dociera do mnie więcej istotnych szczegółów. Więc jak obejrzę go jeszcze raz, napiszę coś więcej. Z muzyki nie słucham nic, jeno tylko ta z gier leci. Tymczasem sam wracam do grania, bo gry same się nie przejdą, a jeszcze sporo tego przede mną! Czekam na Wasze komentarze, z których dowiem się wszystkiego co chcecie tu napisać (prawda, że genialne?). Pozdrawiam Was serdecznie wszystkich i grajcie aż paznokcie się Wam poprzestawiają! Spam czas zacząć. Na koniec mały bonus i sąda. Nie wiedziałem co napisać o Ni no kuni, więc narysowałem swojego kota. Jak sobie leży.

Tagi:

Oceń notkę
+ +12 -

Oceń profil
+ +23 -
kalwa
Ranking: 430 Poziom: 52
PD: 18853
REPUTACJA: 3502