Chrono Cross - recenzja. Fatalny jRPG uchodzący za legendę

BLOG RECENZJA GRY
974V
Vince Brooks | 10.05, 18:53

W Chrono Crossa nigdy nie grałem. Nawet za czasów świetności PlayStation nie miałem dostępu do tego tytułu – słyszałem o nim jedynie legendy. Najlepszy jRPG, znakomita pozycja dla fanów gatunku, doskonała opowieść we wspaniałym świecie – czytałem w recenzjach i wspomnieniach graczy. W końcu mogłem się przekonać czy warto było czekać 23 lata.

Zawsze lubiłem gatunek jRPG, przede wszystkim ten stary, old schoolowy, bez fajerwerków a ze świetną fabułą i grywalnością nie opartą na zręczności i dynamice, co coraz częściej oferują twórcy. Być może dlatego tak gorąco przyjąłem Personę 5 (moja recenzja tutaj), która była moim pierwszym spotkaniem z serią. Jednak z całą pewnością z tego samego powodu lubię ogrywać stare Final Fantasy (recenzja dziewiątki), ciepło wspominam Suikodena a na kolejną odsłonę Breath of Fire czekam już kolejne dziesięciolecie. Sądziłem, że Chrono Cross – tak szeroko rekomendowany, a w którego nigdy nie grałem – przypomni mi czym były jRPG za najlepszych czasów. Niestety, całkowicie mu to nie wyszło.

FABUŁA
Historia Chrono Crossa to opowieść o Serge’u, młodym chłopaku a Arni Village, który pewnego dnia traci przytomność i odnajduje się w alternatywnym świecie, gdzie nie żyje od 10 lat. Serge, wraz z - z punktu widzenia grywalności - niedorzeczną ilością bohaterów wyrusza w podróż mającą na celu odkrycie prawdy o równoległych rzeczywistościach. Ostatecznym celem wyprawy jest odnalezienie Zamrożonego Płomienia (Frozen Flame), a na drodze ku temu celowi całej drużynie staje Lynx – lwioczłowiek, a raczej duch zdolny to wtargnięcia w inne ciała.
 
Niestety, Lynx okazuje się jedyną ciekawą postacią gry. Reszta – wraz z głównym bohaterem – jest całkowicie nieinteresująca, pozbawiona osobowości, jakiejkolwiek charyzmy, prezencji czy siły charakteru. Nie ma absolutnie nikogo, z kim gracz mógłby się utożsamić. Co gorsza, w całej historii nie ma żadnego emocjonującego zdarzenia, żadnego zwariowanego zwrotu akcji, a czasami wręcz można zatrzymać się naprawdę na długo, ponieważ nie wiadomo, gdzie należy postawić kolejny krok. Przykład? Musisz zabić smoka, zmierzasz do miejsca opisanego jako „Dragon Isle”, ale nic tam nie ma. Ponadto niemal każdy z ponad 40 (!) grywalnych bohaterów dołącza się zupełnie losowo, bez żadnego konkretnego powodu. Myślę, że całą grę przeszedłem grając może ośmioma, maksymalnie dziesięcioma postaciami. Co najgorsze, fabuła posiada niesamowicie wielkie skróty myślowe i fabularne. Wiele rzeczy pozostaje niewyjaśnionych, nie wiem, dlaczego na przykład autorzy scenariusza wspominają, że każda decyzja tworzy nowy alternatywny świat powodujący pączkowanie niezliczonej ilości równoległych rzeczywistości, ale umiejscawiają nas tylko w dwóch z nich. Nie mam pojęcia kim był facet w kapeluszu i ogrodniczkach, który okazał się dla mnie jednym z najtrudniejszych bossów w grze – dopiero dużo, dużo później cel jego istnienia został odrobinę poruszony. Wszystkie te fabularne skoki i niedociągnięcia są potwornie odpychające. Wsparte ślamazarnym rozwojem wydarzeń, spowalnianym dodatkowo brakiem informacji na temat następnych kroków stają się męczące jak jedzenie pizzy na deser. Chrono Cross tak fabularnie, jak i pod względem scenariusza jest klapą.
 

ROZGRYWKA

Ech… jedziemy dalej. Mimo, że Chrono Cross to oryginalnie gra od Squaresoftu nie ma tutaj paska Active Time Battle, który po napełnieniu dawał możliwość ruchu w niektórych starych częściach Final Fantasy wychodzących w podobnym okresie. Zamiast tego każda postać ma w swojej kolejce do wykorzystania kilka punktów na działanie – i ta zmiana mając na uwadze czasy, w których gra powstała, jest całkiem fajna. Każde z działań zabiera pewną ilość punktów z puli. Przykładowo, ataki fizyczne pozbawiają danego bohatera kolejno o jeden, dwa lub trzy punkty – w zależności od siły, a użycie specjalnych technik podobnych do czarów czy użycia przedmiotów zabierają całe 7 punktów, czyli maksymalną ilość jaka może być przydzielona postaci.

Tu ciekawostka – ataki fizyczne mają określoną celność. Najsłabszy atak teoretycznie posiada trafność rzędu 90%, atak średni 85%, a atak najsilniejszy – ten za trzy punkty – powinien wejść średnio na 80%. Problem w tym, że czasami nawet użycie słabych 4 ataków z rzędu kończy się jednym trafieniem – jak dla mnie jest to dalekie od obiecywanej 90% celności, co bywa niesłychanie irytujące.

Ponadto gracz nie jest informowany o wielu rzeczach. Nie wiadomo na przykład, na jakiej zasadzie ulepszane są statystyki naszej postaci – nie ma tutaj żadnych punktów doświadczenia. Po walce z bossem odblokowuje się jakiś kolejny zakres, o który postać może się rozwinąć, ale nie wiadomo, jak bardzo i już. Po prostu w pewnym momencie, aż do pokonania następnego dużego rywala, statystyki postaci są zamrażane. Co zrobisz? Nic nie zrobisz. Implikacją tego dziwnego rozwiązania jest fatalne zbalansowanie rozgrywki. Z jednej strony jesteś w stanie powalić kilkoma ciosami niezdolnych do zadania Ci jakichkolwiek obrażeń przeciwników, z drugiej – gdy dochodzisz do bossa okazuje się, że jest w stanie rozwalić Cię kilkoma ruchami. Gra pod tym względem jest całkowicie nieprzewidywalna – niektórym może się to podobać, ja jednak lubię mniej więcej wiedzieć, na jakim poziomie jestem i na jakiego przeciwnika w danej chwili mogę sobie pozwolić.
 

CO BY TU JESZCZE...

Poza tym Chrono Cross cierpi na masę kiepskich rozwiązań. Gry miałem tak dość, że spojrzałem w pewnym momencie w opis, co mogę zrobić by kogoś tam łatwiej pokonać. Okazało się, że czarów które przywracają do życia powalonego bohatera w całej grze są 4 sztuki (każdego czaru w walce można użyć tylko raz), jednak dwa z nich pominąłem, bo gdzieś nie kliknąłem krzyżyka. Dość powiedzieć, że pewien boss używał czarów zabijających członków mojej drużyny jednym strzałem. Była też jakaś tarcza, której nie ukradłem jednemu z zabitych wrogów, ale już nie mogę jej zdobyć, bo był to jedyny taki przeciwnik z jedyną taką tarczą w grze. Ostatnich kilku bossów przeszedłem z włączonym power upem, ponieważ grę chciałem już ukończyć, odinstalować i zapomnieć.

Graficznie Chrono Cross to… po prostu gra sprzed 23 lat. Muzycznie wypada dosyć przeciętnie, bardzo płasko, wiele utworów brzmi podobnie, nie są zróżnicowane, niektóre wręcz denerwujące. Spadki animacji jakoś specjalnie mi nie przeszkadzały – są widoczne, ale nie psuły mi rozgrywki tak bardzo jak gameplay i fabuła. Czy warto było zagrać w ten tytuł po 23 latach nie grając w niego nigdy wcześniej? Nie – zdecydowanie nie. Jeśli nie jesteś fanem i nie masz związanych z tą grą wspomnień z dzieciństwa (choć pewnie bardziej z dzieciństwa, niż z gry), nie sięgaj po tę pozycję.

 

PS. Nie wiem dlaczego nie podlinkowany się poprawnie moje recenzje. Jak chcesz poznać moją opinię o FFIX lub Personie 5, zajrzyj na mojego bloga.

 

Ocena - recenzja gry Chrono Cross: The Radical Dreamers Edition

Atuty

  • Może to, że wyszła i w końcu zagrałem
  • Antagonista Lynx
  • System walki z jakimś pomysłem

Wady

  • Fatalna, dziurawa, nieciekawa fabuła
  • Całkowicie bezjajeczni bohaterowie
  • Brak jakiegokolwiek wpływu na rozwój postaci
  • Niesamowita nuda
  • Bywa częściej niż czasami, że nie wiadomo co zrobić i gdzie pójść
  • Źle zbalansowany poziom trudności
  • Wiele miejsc trzeba odwiedzić kilka razy
  • Całkowicie nieciekawe dłużyzny
  • Brak JAKICHKOLWIEK głębszych relacji pomiędzy bohaterami.

Vince Brooks

Prawdopodobnie to faktycznie jeden z najlepszych jRPG w historii - wśród najgorszych.
Grałem na: PS5

-6

Komentarze (84)

SORTUJ OD: Najnowszych / Najstarszych / Popularnych