Blog użytkownika REALista

REALista REALista 01.05.2020, 00:06
Piątkowa GROmada #187
336V

Piątkowa GROmada #187

Epidemia nie zwalnia tempa. Mamy akurat przełom kwietnia i maja na który ma przypadać szczyt zachorowań. Lepiej nie zwlekać z przeczytaniem nowej GROmady...

W naszej dzisiejszej GROmadzie udział z nami bierze łowca najzdrowszych sarenek na PPE, który nie raz dzielił się z nami zdjęciami z owych polowań pokazując swój pokot, ale wiadomo, że moderacja PPE to zagorzali obrońcy zwierząt przez co już nie raz zarobił za to bana, ale nie zraża się tym i dalej propaguje łowiectwo. Martrix wiedz, że nie raz jestem pod szczerym wrażeniem efektów twoich polowań i mam nadzieję, że dalej będziesz promował ten świetny sport. LadyDiesel za to stwierdziła, że dziś zagai z innej beczki i o ile jej teksty zawsze są bardzo osobiste o tyle ten jest niemalże intymny. No, a ja skończyłem grę od Remedy Entertainment i podzielę się z wami wrażeniami z niej.

LadyDiesel

Witam Was bardzo serdecznie. Pewnego pięknego dnia, kiedy siedziałam sobie w domu, bo w sumie ostatnio to takie małe hobby, napisał do mnie REAL, poprosił o tekst do GROmady. Przyznam szczerze, że odmówiłam – nie mam nawet o czym pisać, od miesiąca moją czarna kochankę skutecznie zastępuje wygodne łóżko i Netflix. Po jakimś czasie dostałam wiadomość na PPE od jednego użytkownika, który wyraził chęć wystąpienia ze mną w jednym blogu, wysłał kilka nudesów i… namówił! Przyznam szczerze, że i ja tymi zdjęciami byłam zachwycona i moja teściowa i koleżanka teściowej też. Nie wspominając nawet o moich koleżankach z pracy, kuzynkach sąsiadek jak i o siostrze, koleżanki mojej lekarki rodzinnej. Martrix – jesteś wielki! UWAGA, TEN WPIS ZAWIERA LOKOWANIE PRODUKTU…

Przejdźmy do meritum. Nie gram od miesiąca, wszystko co ograłam już kiedyś gdzieś opisałam. Przyszła pora na wyznanie gracza, czyli 10 moich małych grzeszków, do których wstyd się przyznać.

UWAGA, tekst zawiera mnóstwo spoilerów, jeśli w jakąś grę nie grałeś/aś to go nie czytaj. Zaraz się okaże, że zdradzę imię kochanki Wiedźmina i poleje się na mnie fala hejtu wink A zresztą co mi tam. Za chwilę mogę już nie śmigać po tym łez padole.

1. Yennefer. O Wiedźminie napisałam już chyba wszystko, a nadal to dla mnie temat rzeka, nadal zachwycam się tym tytułem i nadal chcę przejść go po raz kolejny. Nawet zaczęłam nową grę plus, z tym, że pamiętam wszystko z najdrobniejszymi szczegółami. Wchodzę do lasu i już wiem, że zaraz zacznie się quest z leśniczym, który posiada swojego „męskiego” przyjaciela. Ale nawet jeśli zaczęłabym grać kolejny raz, jedną rzecz zrobiłabym dokładnie tak samo jak za pierwszym razem. NIGDY nie wybrałabym Yennefer. Był taki jeden moment, gdzie mogliśmy zadecydować o swoim dalszym życiu uczuciowym. Za te wszystkie opryskliwe docinki, za wyrzucenie łóżka w Kaer Morhen, za wyniosłość, za zbyt przesadną pewność siebie, pychę, za pomiatanie moim ukochanym Geraltem… W ŻYCIU! Kolejny raz wybrałabym uczucie do słodkiej i dobrej Triss. Posiadam w swojej kolekcji figurkę Yen, tylko dlatego, że mi jej brakowało, ale stoi daleko od Wieśka, po prawej postawiłam Triss, po lewej Ciri. Yennefer stoi przy Eredinie, nawet do siebie pasują laugh

PS: Narażając się na Waszą krytykę jeszcze bardziej przyznam, że ani najnowszy serial o Geralcie nie zrobił na mnie wrażenia, ani aktorka grająca znielubianą przeze mnie lubą Wieśka, bitwa o wzgórze Sodden wręcz mnie uśpiła. Jakoś to lepiej się prezentowało tak i w grze jak i w mojej wyobraźni podczas czytania książek Sapkowskiego.

2. The Last of Us. Kultowy już tytuł, dla niektórych gra życia. Przygody Ellie i Joela wspominają wszyscy twierdząc, że to najlepsze, co stworzyło Naughty Dog. Ludzie szaleńczo wyczekują dalszych części bohaterów tej historii. Jeśli chodzi o mnie, muszę się przyznać, co pewnie będzie dla mnie ujmą – nie ograłam pierwszej części. Doszłam do ratusza i… nie pykło. Po pierwsze, za dużo momentów skradankowych, niektóre wymagały ode mnie kilku podejść. Kilku klikaczy - jednego potraktować połową cegły, innemu wbić w głowę kawałek zdobytych cudem nożyczek, dla trzeciego zostawić ostatnią kulę, znalezioną godzinę rozgrywki temu. Później, już żadna kulka się nie trafia… Historia do mnie nie trafiła, albo fabuła mnie nie porwała, albo gameplay nie był wystarczająco wciągający… nie wiem. Wiem, że muszę to nadrobić, tylko nie wiem czy jest sens się zmuszać do czegoś, czego zrobić się nie chce. Na kolejną część nie czekam, pewnie ją kiedyś przejdę, ale hypu brak.

PS: Musze przyznać, że od gry skutecznie odstraszały mnie teksty Ellie wypowiadane podczas rozgrywki. Nie jestem jakaś wrażliwa, sama klnę jak szewc, ale jeszcze w żadnej grze nie zdarzyło mi się wysłuchać tylu wulgaryzmów z tak młodych ust. Kwestia historii? Dziewczyna mogła pozwolić sobie na taki wyraz swoich emocji przez to, przez co przechodziła? Możliwe. Mi to przeszkadzało.

3. Assassin’s Creed. „Ludziska, stary dobry Assassin się skończył, nadeszła nowa era – teraz gameplay wygląda już zupełnie inaczej, walki są powtarzalne i nudne, powtarzalność aktywności dobiła, fabuła jest mdła i miałka!”. Otóż dla mnie nie. Kocham całą serię o skrytobójcach, do tego stopnia, że nie tylko gry, a i książki zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Ktoś kiedyś napisał, że literatura z tej dziedziny przypomina swoją formą Harlekiny, z czym absolutnie się nie zgodzę. Wracając do gier – bardzo podpasowała mi nowa forma nowej odsłony tej serii. Zaczęło się od przygód Bayeka, gdzie ponad sto godzin gry minęło, nawet nie wiem kiedy. Do dziś pamiętam jak włożyłam płytkę do napędu, a później już był tylko jeden wielki efekt wow. Przy Odyssey już nie zastanawiałam się ani chwili. Wzięłam na premierę i byłam zachwycona. Pewnie stwierdzicie, że mapa za duża, że pytajników od groma, że miejscówki zostały stworzone metodą „kopiuj – wklej”, ja jestem lamusem – mi się podobało. Do tego na kolejną część leci preorder, wiem, że będzie zajebiaszcza. Zresztą nie tylko ten powielany schemat przypadł mi do gustu. Nowy Far Cry też trafi do mnie w dniu premiery.

PS: Ja, dzixon_pl uważam, że nowa odsłona Assassina jest lepsza niż stara, mechanika jest satysfakcjonująca, ogromna mapka tylko zachęcała mnie do eksploracji, fabuła była ciekawa, a zakup DLC to dobrze wydane pieniądze (teraz następuje moment, w którym możecie śmiało rzucać kamieniami smiley).

4. DualSense. Wpadam na PPE, żeby obczaić nowinki, patrzam, patrzam i oczom nie wierzę. Zaprezentowali nowego pada od Xboxa. Wróć… chwileczkę… to nowy pad od PS5. Nie, żebym była jakąś straszną konserwatystką, ale cholera przyzwyczaiłam się do wyglądu mojego DualShocka. Jego kształty są dla mnie tak perfekcyjne jak twarz Johnego Deepa  jak jeszcze nie spotykał się ze swoją ostatnią „charakterną” koleżanką. Po co zmieniać coś, co jest tak piękne? Rozumiem też, że trzeba iść z duchem czasu, że coś się kończy, ale i też coś nowego się zaczyna. Minie trochę czasu, pewnie pokocham i nowego pada, wtedy będę stała w obronie jego wyglądu. Póki co, przytulam swoje cztery pady od PS4 tłumacząc im, że mamusia ich nie porzuci dla nowego designu wink

PS: Tak szczerze to, weszłam na komentarze pod newsem o nowym padzie, żeby zobaczyć jak ludzie piszą, że są rozczarowani nowym wyglądem, a tam same ochy i achy… czy tylko mi ten nowy pad tak średnio podszedł?!

5. Nie jestem hardcorem. Kolejny mój mały grzeszek gracza. Nigdy nie gram na hardzie. Odpalam grę i od razu włączam normala. Jestem strasznym raptusem, po kolejnej śmierci mojego bohatera, zamiast rozkminiać co zrobić, żeby było dobrze, irytuje się strasznie. Brak skilla? Jasne, że tak, ale też inne priorytety. Dla mnie rozgrywka ma być przyjemna, mam zapomnieć o szarej rzeczywistości – wczuć się w rolę głównego protagonisty i trochę pozabijać z uśmiechem na twarzy. Ewentualnie jako Henryk z Kingdom Come ukraść rzepę farmera i za bardzo obciążona uciekać w tempie 1km/h przez pół wsi przed tłumem z pochodniami i widłami. Jeśli mam np. 2h czasu na granie podczas całego dnia – chcę coś zrobić, widzieć rezultaty. Jeśli podczas godziny gry zginę kilka razy przy jakimś jednym etapie – czuję, że zmarnowałam tylko czas. To już wtedy (dla mnie) nie jest rozrywka a raczej irytujący obowiązek.

PS: Jeden się tutaj już przyznał, że gra tylko na easy, teraz kolej na mój coming out smiley

6. Splatynowałam Bloodborne w coopie. Taaa… To mój najcięższy grzeszek. Słyszałam, że jeśli kobieta ma cesarskie cięcie to nie może w pełni czuć się matką, a jeśli ktoś przejdzie Bloodborne w coopie to nie może nazywać się graczem. Czyli nie jestem ani jednym, ani drugim… trudno. Nigdy nie zabrałabym się za grę dla hardcorów, gdybym miała sama ją przechodzić. Nigdy nie zapomnę pierwszych mobków, które spotkałam na ulicach Yharnam. Siedziałam cichutko w jakiejś bezpiecznej kapliczce, bałam się wtedy nawet glinianych garów stojących w kącie. Czasem wychyliłam lekko główkę, żeby zobaczyć co się dzieje za zewnątrz i widziałam potężnych, brzydkich jegomości z latarniami w rękach. Już wtedy wiedziałam, że jestem zbyt nieśmiała, żeby do nich zagadać. Później swoją pomoc zaoferował REAL. Pierwsze godziny rozgrywki były dla mnie dość emocjonujące – miałam stać i patrzeć jak mój partner rozwala wszystkich jak leci, a wyglądało to dość zjawiskowo, bo jego postać śmigała w śmiesznym futrzanym płaszczu w stylu Jozina z Bazin. Po dojściu do Bestii Kleryka stwierdziłam, że to jest ten moment, że jak ta blondyna z Krainy Lodu „mam tę moc” i stawiłam czoła bossowi. Było mi dane dwa razy lekko musnąć go po kostkach moim toporkiem i muszę przyznać, że emocje sięgnęły zenitu. To była ta iskra, która rozpaliła ognisko w moim serduszku. Jeszcze długo latałam raczej jako Sancho Pansa mojego Don Kichota i często słyszałam „Idziemy do bossa, stój z boku i staraj się nie zginąć”, ale powolutku, powolutku wkręcałam się w walkę, nie tylko z tymi strasznymi glinianymi garami. Nigdy nie zapomnę momentu, gdzie przy najgorszym bossie wezwaliśmy do walki trzecią osobę. Wpada jakiś golas, podobny do Jaskra, w zielonej czapeczce barda i słyszę „To żeśmy se powalczyli…”, tajemniczy jegomość po pierwszym plaskaczu stracił 2/3 życia, a potem stanął do walki. Nie byłam w stanie się ruszyć, tylko patrzyłam, a wszystko trwało dokładnie 5 sekund i bestia poległa. Niby takie nic, ale jakie towarzyszyły temu emocje – bezcenne (ja do dziś nie mam pojęcia co ten kolo zrobił i w jaki sposób… - dop. Real)!

PS: Platyna w Bloodborne była moim najsmutniejszym trofikiem. Kiedy usłyszałam słodki dźwięk, który mnie poinformował, że to już, zrobiło mi się strasznie przykro, że to już koniec mojej przygody w tym brudnym, ohydnym i okrutnym świecie. Nie wiem co ta gra ma takiego w sobie, że ten lepki od skrzepów krwi klimat porywa nawet taką lamę jak ja…

7. Death Stranding mnie nie porwało… Już po pierwszych trailerach wiedziałam, że Kojima nie myślał o mnie tworząc swoje arcydzieło. Pudło nie trafiło w moje ręce w dniu premiery, ale w końcu jako człowiek, który musi wszystko sprawdzić samemu, nadszedł czas, że dyskietka trafiła do napędu mojej konsoli. Graficzne jest oczywiście świetnie co do reszty nie byłam w stanie wyrobić sobie zdania po jakichś 15h gry. Miałam wrażenie, że w grze nie czeka mnie już dalej nic nowego, tylko to noszenie paczek i trzymanie wszystkich R i wszystkich L w celu nie wyoblenia się na byle małym otoczaku. Do tego charakter raptusa wymuszał na mnie zbieranie wszystkiego, co leżało po drodze. Obciążona miałam problemy z przemieszczaniem, więc wyrzucałam to co cięższe, po czym dalej zabierałam jakąś paczkę i tak w kółko. Obłęd. Motocykl, jak już był dostępny, był dużym ułatwieniem, ale dalej na nim nie mogłam dojechać do celu. Zostawiony na środku łąki, nieco zardzewiał od radioaktywnego deszczu… i znów powrót do bazy, bo nie da się go prowadzić. Muzyka, która zachwycała graczy, mnie po prostu usypiała (całkowicie się zgadzam, dla mnie te wszystkie piosenki to było takie rzewne smęcenie, że podejrzewam, że kolo, który to śpiewa po skończeniu piosenki bierze pistolet i strzela sobie w łeb - dop. Real). Dla fanki ciężkich dźwięków wszystko brzmiało jak „godzinki” śpiewane przez jakiś chórek. Podejrzewam, że gdybym pograła dłużej, przyzwyczaiłabym się do całej mechaniki, która na początku gry zdała mi się nadmiernie przekombinowana i skończyłoby się tak jak z RDR2, na początku wielki zawód, pod koniec miłość na zabój.

PS: Wybacz Roland, że Cię zawiodłam. Wiem, że dla Ciebie ta gra to mesjasz. Obiecuję, że jako zadośćuczynienie w Destiny 3 nie włączę polskiego języka wink

8. Nie karmić trolli! Kocham PPE, uwielbiam jego społeczność, chociaż czasami trafi się jakiś jegomość, który targany negatywnymi emocjami wynikającymi z jego marnej egzystencji, próbuje popsuć rozrywkę innym. Nie jestem za wstawianiem minusów na lewo i prawo, jeśli widzę komentarz, który jest ewidentnie poniżej poziomu, omijam go szerokim łukiem i scrolluję sobie dalej. Kojarzę nicki  użytkowników, którzy z trollowania uczynili swoją pasję i hobby, ale dziwi mnie fakt, że jeszcze ktokolwiek z nimi prowadzi dyskusję. A najlepsze są komenty pokroju „Nie będę karmił trolla, ale ci tylko napiszę, że…”. Nie karmić, to nie karmić wink

PS: Nie chodzi mi tutaj o pana E, który ostatnio podratował swoją reputację, kiedyś mi się nawet mignęła zielona reputacja. A co! Kto bogatemu zabroni smiley

9. Mam na imię Aneta i byłam dzbaniarzem… Z dzbaniarstwem jest podobno taka sama sytuacja jak z alkoholizmem. I pijakiem i trophy whore jest się całe życie – tylko nie praktykującym, o ile nam przejdzie szał zbieractwa. Mi już przeszło. Nie zależy mi już na calakowaniu gier, nie sprawdzam listy pucharków przed skończeniem fabuły, nie wracam po niezdobyte trofiki. Ale kiedyś tak było. Czym skorupka za młodu nasiąknie… To, jak podchodzimy do (nie tylko) gier zależy od wielu czynników. Albo jesteśmy ambitni, albo zbieranie pucharów traktujemy jako hobby albo ktoś nas nakręcił na takie, a nie inne poczynania. Jeden z tych powodów tyczy się właśnie mojej osoby. „Jeden trofik wpadł, to teraz trzeba przejść całą grę”. Musze przyznać, że dźwięk wpadającej trofki dalej cieszy moje ucho, fajnie jak mogę go czasem usłyszeć, ale nie ma to w tym momencie dla mnie większego znaczenia.

PS: Cieszę się, że mi przeszło zanim wykupiłam wszystkie indyki z łatwymi platynami z psna smiley

10. Trudny moment w grze zniechęca mnie skutecznie, odpalam inny tytuł i już nie wracam do rozpoczętej wcześniej gry. Komuś kiedyś pożaliłam się na taki obrót sprawy, po chwili ciszy usłyszałam, że po prostu boję się wpier***. Może i racja. Każda gra ma swoją specyficzną mechanikę, potrzebuję chwili, żeby wczuć się w postać, żeby przyzwyczaić się do sterowania. Jeśli nieudana walka z bossem, kiedy już czuję irytację, zmusza mnie do chwili przerwy i do odpalenia czegoś innego, to już wiem, że będzie mi trudno wrócić i ubić gadzinę. W czasach, kiedy jeszcze byłam młoda i piękna, dzieciaki zbierały się przy jednym komputerze i godzinami próbowały przechodzić jakieś trudniejsze etapy w grze. Mi najbardziej zapadł w pamięć Diablo II, walka z bossem trwała długo, wszyscy doradzali i trzymali kciuki za tego, który akurat dzierżył myszkę. Obecnie, na moim koncie jest ponad 300 gier, a ja mogę odpalać w sumie na co mi żywnie przyjdzie ochota, może dla tego pójście na łatwiznę jest takim prostym rozwiązaniem. W moim przypadku, największym straszakiem jest fakt, że zaraz po odpaleniu gry, po np. miesiącu, czy dwóch, zostajemy wrzuceni od razu w wir walki, gdzie potrzeba chwili na przypomnienie sobie chociażby nawet sterowania i nie chodzi mi tutaj tylko o poruszanie naszą postacią… Jest taki jeden nieukończony tytuł, który nie daje mi spać po nocach – Bioshock Infinite i walka, gdzie mamy możliwość wezwania Songbirda, nie pamiętam już dokładnie, gdzie się akcja dzieje, bo to było ze cztery lata jak w to nie grałam, ale coś mi chodzi po głowie jakieś molo albo statek, a my bronimy się przed zmotoryzowanymi patriotami. Podobno do końca gry tak niewiele mi zostało… porzuciłam i już do tego nie wróciłam frown

PS: Dobra, w tym momencie sama sobie wjechałam na ambicję. Wrzucę płytkę do napędu i wieczorem sprawdzę, co takiego mnie tam spotkało, że nie włączyłam tej gry po raz kolejny.

Dzięki za uwagę, idę coś wreszcie odpalić i pograć na normalu smiley

Martrix79

Wybiła moja godzina! Zawsze stawałem okoniem, ale jak wiadomo na każdego przyjdzie pora, gdy mowa o kobietach.
Tak to przez (dzięki/wdzięki) LadyDiesel mam zaszczyt coś naskrobać (a może było na odwrót, ale do tego już nie dojdziemy) do najpoczytniejszego bloga na PPE. Oczywiście dzięki REALiście, który całość ogarnął i przydusił kolanem, gdy trzeba było (mówiłeś, że to cię kręci wink - dop. Real) laugh
No wszystko fajnie, napisać do GROmady - fejm, podsyłane anonimowo staniki i majteczki przez fanki... ale zaraz, zaraz, żeby to wszystko na mnie spłynęło to trzeba by było jeszcze o czymś napisać.
Klops! W głowie sto tematów, ale żaden po kilku wylanych słowach nie przystoi by zagościć na tak szacownych łamach.
No, bo przecież ma być o grach, najlepiej tych ze świecznika i które wszyscy znają i kochają, a najlepiej żeby jeszcze je wychwalać pod niebiosa!

A guzik. Pomysł zrodził się banalnie. Ot, mój kolejny, banalny komentarz do ostatniej GROmady, spotkał się z reakcją lukszu33. Taaa... Ostatni Taniec. Serial o mistrzowskiej drużynie Chicago Bulls. Jednak nie tyle serial, co wspólne wspominki, w tej mini dyskusji wprowadziły mnie w nostalgiczny stan. Oto bowiem zastanowiłem się co było takiego magicznego w tej NBA, że człowiek zarywał noce dla zdawać by się mogło nic nie znaczącego "basketu"?
Zdałem sobie sprawę, że były to marzenia i emocje przez nią wywoływane.
Tak, koszykówka mnie rozpaliła, ale nie tyle sama gra, którą przecież znałem z sali gimnastycznej, ale osoba Jordana, fenomenalnych zagrań i niebywałych przeżyć, które mi oferowała (potrafiłem zarywać noce dla meczy, po podstawówce pójść do pracy w wakacje, zamiatając ulice, żeby tylko kupić kosz, dobrą piłkę i zawiesić go na podwórku...). Grałem niemal każdą wolną chwilę, zawsze przed pójściem do domu obowiązkowe 100 rzutów osobistych, żeby sprawdzić progres w skuteczności cheeky i choć niczego nie osiągnąłem, to nauczyłem się wytrwałości i cierpliwości, czyli... tak to są prawdziwe moje trofea!
To były niezwykłe czasy,o których mógłbym pisać i pisać. Pełne wyrzeczeń, ale też i pasji tyle tylko, że to nie dział sportowy, a ja nie chcę, żeby moją kochaną GROmadę zdjęli za spam, przez jakiegoś lamusa, którego nikt nie chce czytać cheeky

Martrix podzielił się z nami zdjęciem z rodzinnego albumu w którym on we własnej osobie wykonuje rzut osobisty

Dlaczego wspominam koszykówkę i NBA? Dlatego, że lata wcześniej przeżyłem podobną przygodę z grami (z krótkimi przerwami trwa do dnia dzisiejszego). Sztampowo - pierwszy raz zetknąłem się z nimi gdzieś w Zakopanem, w salonie gier, później kuzyn sprawił sobie konsolkę Rambo 2000 czy cuś tam, by na koniec samemu nazbierać hajsu z różnych urodzin, Świąt itp. i w końcu kupić ukochane Commodore 64 z magnetofonem i kartridżem Black Box. Później jeszcze zakupiony za namową sklepikarza, obowiązkowy zestaw gier na kasetach (wyścigi, platformówki, logiczne) instrukcja z użytkowania głowicy i... w końcu po dotarciu do domu F5 i play na magnetofonie... Rety, jaki byłem podniecony, kuzyn obok, do tego sprawy techniczne ogarniali ojciec z wujkiem. To była magia! Jednej rzeczy żałuję - nie pamiętam pierwszego tytułu jaki ogrywałem za swoim czarno-białym telewizorze Unitry (tak, tak, były kiedyś czasy bez kolorów!). Podejrzewam, że to wszystko z przejęcia euforii, która mi wtedy towarzyszyła.
Wtedy się wkręciłem. Nie przeszkadzało mi, że gry na kasetach były pocięte, że często w trakcie, jakiś błąd wieszał kompa. Radość była ogromna, tytułów niezliczona masa (dostępne w sklepie ze zwykłą elektroniką, przed ustawą antypiracką), a godzin spędzonych z grami bez liku. Ogranych tytułów, lub tych chociaż liźniętych setki i to co najważniejsze, ta moja rozrywka dawała mi odskocznię od problemów, które są obecne w życiu każdego, nawet dziecka.

Dzisiaj "basket" oglądam sporadycznie, głównie kadrę i najciekawsze mecze play-off NBA, gdybym dorwał jednak wolnego kosza, to mógłbym rzucać piłką godzinami o czym nieśmiało marzę ostatnimi czasy smiley Miłość do gier również nie wygasła. po drodze była Amiga 500 z masą cudownych gier, PSX z nową jakością graficzną, był i PC i PS3. A w co gram teraz? Hmm... sądząc po tytułach to chyba przewidziałem podświadomie wybuch zarazy, bo walczę z wszelakimi wirusami od kilku miesięcy. Zacząłem nieśmiało od Resident Evil 0 HD, następnie Dead Island, kolejno Resident Evil 2019, obecnie Dead Island Riptide. Mogę śmiało powiedzieć, że może czasem ginę, mam w tych grach słabsze momenty, ale ostatecznie jeszcze żaden z tych wirusów mnie nie pokonał. Czuję się silniejszy smiley Przy okazji mogłem skonfrontować tryb przeszły vs rzeczywistość, na przykładzie ww dwóch "Rezidentów". Bo, nostalgia, nostalgią, ale ogrywając dwa tytuły z serii Resident Evil - podrasowaną wersję Zero HD (2016) i rimejk dwójki (2019), miałem możliwość skonfrontowania obu tytułów na tle teraźniejszości. Pomijając podrasowaną grafikę w "Zero" to ten sam tytuł wydany niemal piętnaście lat wcześniej. Rażą głupotki w stylu - 18-letnia Rebecca zostaje członkinią elitarnej formacji S.T.A.R.S. W samej grze mierzi toporna praca kamery, męcząca animacja otwieranych drzwi, mimo odświeżenia wersji sama animacja również nie zachwyca. Jedno co nie uległo zmianie, to klimat samej gry, niepokój towarzyszący otwieraniu każdego nowego pomieszczenia i czyhających tam niebezpieczeństw, elementy współpracy Billy/Rebecca oraz typowe "residentowe" łamigłówki i satysfakcjonujące, finałowe starcie z Bossem... Gra się całkiem przyjemnie, jednak ząb czasu nadgryzł to co kiedyś zachwycało...

Co innego Resident Evil (2019). Pierwszy raz zagrałem i się zesr... znaczy zakochałem!
Pomijając świetną grafikę, przystosowane do XXI wieku sterowanie i samą rozgrywkę, to jest to przede wszystkim klimat, emocje i strach. Nie jestem specem od gier, ale tak właśnie powinno się je robić, a już na pewno znakomite tytuły sprzed lat, bo na to zasługują! Bo nostalgia niech zostanie w naszych głowach, ale jednak mamy prawo wymagać, by po X-latach od debiutu pierwowzoru, dostając dany tytuł, otrzymać soft zrobiony, nie z nastawieniem "skoku na kasę", lecz z szacunku dla Graczy i oddaniu w ich ręce, tego o czym marzyli latami.

Dzisiaj w dobie pandemii (nie znoszę tego słowa), każdy z nas przeżywa jakieś smutki, wspomina to co sprawiało mu radość, a czego zupełnie nie doceniał. Dla jednych będzie to uśmiech bliskiej osoby, dla innej zerwanie czereśni w przydomowym ogródku. Każdy z nas ma marzenia i róbmy wszystko żeby je zrealizować! Choć z drugiej strony, zastanówmy się o czym marzymy, bo te marzenia czasem się jednak spełniają!

Pozdrawiam!

PS1. Buziaki dla LadyDiesel za bycie tak sympatyczną i pozytywną Kobietą! kiss

PS2. Podziękowania dla REAListy za zaproszenie do GROmady!

PS3. Dla tych, którzy przeczytali mój powyższy chaos myślowy - WYBACZCIE!

REALista

O tym żeby zaopatrzyć się w Control myślałem już od dawna tyle, że krytycy doceniali i dawali różne nagrody podczas, gdy gracze narzekali, a wiadomo, że kierowanie się zdaniem krytyków jest dużym błędem. Czasem zastanawiam się czy oni tak naprawdę grają w tę pozycje czy wygląda to tak, że wszyscy są zapraszani przez wydawcę na imprezę na której alkohol leje się strumieniami po czym, gdy już wszyscy są nawaleni, dopiero wprowadzają ich na pokaz jakiegoś wycinka gry, a następnego dnia krytyk budzi się w łóżku z gigantycznym kacem, nic nie pamiętając, ale dzięki udanej imprezie dany tytuł kojarzy mu się pozytywnie także i taką recenzje wystawi. To musi w ten sposób wyglądać, bo po przejściu Control jestem pewien, że oni tej gry w całości na bank nie widzieli.

Gra niby dzieje się w otwartym Świecie, ale ten otwarty Świat jest jednocześnie gigantycznym korporacyjnym biurowcem także mimo, że jest to sandbox to wszystkie dzieję się w pomieszczeniach które są smutne, szare i depresyjne, nie wiem czy takie było zamierzenie twórców, ale cały czas miałem wrażenie, że tej grze zwyczajnie brakuje duszy. Nie było kompletnie niczego co bym mnie przyciągało do włączenia konsoli przechodziłem to bez żadnych emocji (chociaż jedna emocja była – nuda).

Jakie są założenia gry? Zostajemy wezwani do biurowca w którym przeprowadzane są badania nad przedmiotami, które mają paranormalne właściwości, gdy wchodzimy do pokoju dyrektora zastajemy go martwego na dywanie z dziurą w głowie, której powodem była dziwna broń leżąca na stole w jego biurze. Po wzięciu jej do ręki od razu stajemy się dyrektorem całego tego kompleksu. Wydaje się to ciekawe, ale w rzeczywistości takie nie jest.

Broń którą wzięliśmy będzie nam towarzyszyć do końca gry. Będziemy mogli dodawać do niej różne modyfikatory na które (po ulepszeniu gnata) mamy maksymalnie trzy miejsca oraz będziemy mogli wykupować różne „formy” broni (pistolet będzie zmieniał się w shotguna lub w karabin maszynowy). Głupie działanie tej broni polega na tym, że nie przeładowujemy jej w ogóle tylko czekamy aż sama się przeładuje, do tego do każdej formy broni jest wspólny magazynek czyli jak ci się skończą naboje to dopóki broń się nie przeładuje sama to sobie nie postrzelasz z niczego (a jak wyczerpiesz cały magazynek przed przeładowaniem to chyba w formie kary musisz czekać aż broń przeładuje się do pełna). Czy jesteśmy bezbronni w momencie gdy skończą nam się naboje? Nie ponieważ Jesse (tak nazywa się główna bohaterka) dzięki funkcji dyrektora potrafi przejmować możliwości paranormalnych przedmiotów. Pierwszą i najbardziej podstawową umiejętnością, której używałem przez całą grę była telekineza – nasza protagonistka chwyta za pomocą siły woli pierwszy wolny przedmiot w zasięgu mocy jej umysłu (a jak nie było niczego w pobliżu to po prostu wyrywała kawał betonu z ziemi czy ze ściany) i nim rzuca z ogromną siłą. Oprócz tego możemy przejmować zranionych przeciwników, aby zaczęli walczyć dla nas, dostajemy możliwość szybkiego uniku w formie kilkumetrowego ślizgu, osłony którą tworzymy z kawałków betonu wyrwanych z ziemi i na końcu dają nam możliwość lewitacji. Każdą umiejętność możemy rozwijać i od razu powiem, że oprócz telekinezy i lewitacji nie ma sensu inwestować punktów ulepszeń w inne umiejętności. Przejmowania wrogów użyłem ledwie kilka razy, a tworzenie osłony nie było przeze mnie w ogóle używane.

W tej grze dziwne było dla mnie to, że mimo zwiększania paska zdrowia miałem wrażenie, że moja postać jest cały czas niezwykle słaba. Nie czuć progresu i stwierdziłem, że gra prawdopodobnie oszukuje gracza, bo jakoś w połowie gry mając niewielki pasek zdrowia spotkałem przeciwnika, który jednym atakiem zabrał mi prawie całe życie zostawiając mi tylko jego pixel, a w późniejszej fazie gry, gdy pasek zdrowia miałem rozwinięty na fulla ten sam typ przeciwnika tym samym atakiem znów zostawił mi pixel życia – jeśli tak ma wyglądać progres postaci to po co go robić? Z resztą przez całą grę zwykły najbardziej podstawowy mobek był niesamowitym zagrożeniem, bo jeśli udało mu się podejść dość blisko to w sekundę robił z nas sito. Ogólnie kilka razy miałem coś takiego, że nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak podczas walki w moim pobliżu wybuchało tak z pięć… w sumie to nie wiem co wybuchało... Wiem, że stałem wtedy w epicentrum eksplozji i odsyłało mnie to błyskawicznie do ostatniego checkpointa (błyskawicznie to przesada, ekrany wczytywania w tej grze sporo trwają). Raczej to nie były granty, bo one są zaznaczone na ekranie, wybuchowe beczki też raczej nie, bo nie byłem w ich pobliżu. Podejrzewam, że gra po prostu za karę postanowiła mnie wysadzić.

Przez całą grę co jakiś czas jesteśmy raczeni wspominkami poprzedniego dyrektora. Wygląda to tak, że mamy zapętlony do jakiś pięciu sekund niewyraźny filmik na którym dyrektor odpala fajka i kompletnie beznamiętny głosem tłumaczy jak ważne jest bycie szefem i szczerze mówiąc żeby nim zostać to trzeba być chyba jakimś superbohaterem, bo jak tłumaczył o swojej odpowiedzialności za niemal całą ludzkość i o tym jak ważne jest jego stanowisko to stwierdziłem, że on chyba został nim za kare. Oprócz dyrektora co jakiś czas dostajemy wiadomości od zarządu (chyba jacyś kosmici – niewytłumaczone kto to), zazwyczaj trwają one jakieś 30 sekund, dzieję się to w czasie filmiku w którym na białym tle widoczna jest czarna odwrócona piramida, a zarząd w tym czasie gada jakieś głupoty w których i tak nie wiadomo o co chodzi.

Gra jest rozwleczona na siłę i dwie ostatnie misje to była prawdziwa katorga. W pierwszej dostałem dość długiego killrooma w którym klatki potrafiły spaść do jakiś pięciu na sekundę, ale wtedy miałem odnaleźć projektor do slajdów. Może gra chciała zaoferować mi głęboką immersje i dlatego zaczęła wyświetlać pokaz slajdów? Gdy już wreszcie skończyłem tego killrooma gra zaproponowała mi długie i nudne bieganie po biurze w którym przez kilka minut robiłem to samo (dostarcz pocztę, umyj kubki po kawie - serio), aby po skończeniu tego dowalić mi naprawdę solidnym killroomem. Atakowało mnie wszystko co tej pory spotkałem w grze, przeciwnicy spawnowali się wszędzie, za plecami włącznie (przypominam, że podstawowy mobek może nas bez problemu zabić). Całość dzieję się w czymś co wygląda jak ciemnia fotograficzna w której jest okropne, przyduszone czerwone światło, jest ciemno, a dodatkowo czerwień płynąca z ekranu sprawia, że tak naprawdę nic nie widać, ze cztery razy miałem już pixel życia i wiedziałem, że jeśli nie wyjdzie mi za pierwszym razem wybicie wszystkich to wywalę tę grę z dysku, bo byłem już nią tak zmęczony, że miałem jej zwyczajnie dość.

Łącznie cała walka trwa jakieś 20 minut podczas, których trzeba być w ciągłym ruchu, a śmierć sprawiłaby, że musiałbym zaczynać od początku. Ostatecznie próba decydująca o przyszłości tej gry na dysku twardym mojej konsoli okazała się udana i po raz pierwszy podczas grania w to uśmiechnąłem się, bo zobaczyłem napisy końcowe. Po czym zarząd się do mnie odezwał i przekazał mi, że „skontaktują się ze mną w najbliższej przyszłości/rozszerzeniu” mogli konkretnie napisać po prostu, że dorzucą płatną zawartość, którą wcześniej wycieli z tej produkcji, aby dwa razy zarobić na tym samym, ale może to i lepiej, że wycieli to z gry, bo tylko by przedłużało rozwleczoną do granic możliwości historie.

W każdym bądź razie DLC już wyszło. Nie wiem co się w nim dzieję i w sumie mnie to nie obchodzi. Kosztuje 63 zł i na pewno w niego nie zainwestuje.

Tagi: Control GROmada LadyDiesel martrix79 piąteczek piątek piątunio REALista resident evil seria

Oceń notkę
+ +42 -

Palec Kenichiro wskazuje mi drogę
Oceń profil
+ +209 -
REALista
Ranking: 6 Poziom: 89
PD: 87785
REPUTACJA: 80576