kwadratowy blog

squaresofter

squaresofter squaresofter 09.10.2014, 13:33
Nasze TOP50 Gier Ostatnich Lat [Miejsca 22-15]
799V

Nasze TOP50 Gier Ostatnich Lat [Miejsca 22-15]

  Długo nie było kolejnej odsłony naszej listy, więc bez owijania w bawełnę, zapraszam na kolejne miejsca z naszego zestawienia.

Zanim przejdę do właściwej treści bloga przypomnę tylko gry z niższych lokat.

50.Kirby's Adventure (94 punkty, 2 głosy).
49.Xenoblade Chronicles (96,2).
48.Mafia II (96,3).
47.Spec Ops:The Line (100,4).
46.Metroid Prime 3:Corruption (103,3).
45.Max Payne 3 (105,3).
44.Dragon Age:Origins (109,4).

Opis:

http://www.ppe.p(...)44_.html


43.Loco Roco (109,5).
42.Saint's Row:The Third (112,4).
41.Infamous (118,3).
40.Borderlands (119,4).
39.Battlefield:Bad Company 2 (124,5).
38.Hitman:Absolution (130,4).
37.Call of Duty 4:Modern Warfare (132,5).

Opis:

http://www.ppe.p(...)37_.html


36.The World Ends With You (134,3).
35.God of War 3 (138,5).
34.Super Street Fighter IV Arcade Editon (140,4).
33.Catherine (144,5).
32.The Elder Scrolls IV: Oblivion (145,4).
31.Super Mario Galaxy (146,3).
30.Resident Evil 5 (149,6).

Opis:

http://www.ppe.p(...)30_.html

 

29.Dead Space (155,5).
28.XCOM Enemy Unknown (159,4).
27.Bayonetta (163,4).
26.Alan Wake (168,6).
25.Far Cry 3 (171,4).
24.Killzone 2 (175,6).
23.Assassin's Creed 2 (184,7).

Opis:

http://www.ppe.p(...)#c705519

 

Czas na kolejne miejsca na liście.

 

22.Mortal Kombat (185,5).

   Mortal wyszedł na PS3, X360, PC i PS Vitę. Odpowiedzialne za tą bijatykę jest NetherRealm Studios.

  Podobnie jak to było ze Street Fighterem, jest to moje pierwsze spotkanie z tą serią. Do tej pory słyszałem jedynie o legendarnej trylogii, widziałem ją w akcji, oglądałem nawet film wzorowany na serii, z doskonałą ścieżką dźwiękową, ale nie miałem przyjemności obcowania z tą bijatyką.

  Skoro głosowaliście na Mortala, to muszę powiedzieć, że razem ze SFIV, są to bezapelacyjnie dwie najlepsze bijatyki ostatnich lat. O serii Capcomu już było, więc teraz napiszę, czemu bijatyka  z Raidenem, Johnym Cage'm, Sonyą, Jaxem, Liu Kangiem, Scorpionem, Sub-Zerem, Kano, Shang Tsungiem i innymi jest taka dobra.

  Oprócz trybu online, w którym możemy zmierzyć się z innymi graczami, twórcy oddali nam w ręce rewelacyjny i mocno rozbudowany tryb dla pojedynczego gracza.

  Mamy tu tryb fabularny, gdzie walczymy praktycznie każdym wojownikiem, obojętnie, czy reprezentuje on Ziemię, czy podłego Imperatora Shao Khana z Zaświatów. Przyznam się szczerze, że fabuła, w której każdy ma swoje miejsce pasuje mi o wiele bardziej niż zbitek niepowiązanych ze sobą historyjek, znany z innych bijatyk, które zrobiono po to, żeby gracz zbierał szczękę z ziemi po jakimś renderze.

  Poza wątkiem fabularnym, mamy również do dyspozycji różnego rodzaje sprawdziany (szczęścia, siły, wzroku), gdzie zawalczymy przy zmiennych zasadach walki. Walka bez rąk, bez głowy, bonusy ze zdrowiem, niemożność używania kombosów, krótkotrwała ciemność, niewidoczny pasek zdrowia itp. To miła odskocznia, a czasem dobry sposób na zmianę taktyki podczas starcia z oponentami, gdyż niemożność używania rąk zmusi nas do używania kopnięć. Dla mnie rewelacja.

  W MK jest również znana z poprzednich części Drabinka, na końcu której czeka na na nas potężny Shao Khan. Drabinka jest jedno lub dwuosobowa. Podczas gry dwuosobowej mamy dostęp do nowych ciosów, które są możliwe do wykonania podczas zmiany zawodników. Przejście drabinki kimkolwiek odblokuje zakończenie dla tej postaci, i choć wiedziałem już sporo o poszczególnych postaciach z filmu, to chyba nic nie zmieni faktu, że moim ulubieńcem z miejsca stał się Scorpion.

  Innym trybem rozgrywki jest Wieża Wyzwań, które musimy kończyć, jeśli chcemy mieć dostęp do wszystkich sprawdzianów. Horda zombie, wykonywanie podstawowych umiejętności (xray, fatality, ataki specjalne) itd. Jeśli sobie z nimi nie radzimy, to zawsze można spróbować ukończyć trening, zaserwowany nam przez Eda Boona i spółkę.

  Za wszystkie walki otrzymujemy monety, które służą do kupowania zawartości w Krypcie. Tego jest cała masa: dodatkowe fatality, muzyka, szkice koncepcyjne postaci i aren, dodatkowe stroje dla wojowników itd. Łącznie jest tego ok. 300 sztuk. Aż mi się przypomniał świetny w tej materii Soul Calibur II. Cieszy mnie, że są jeszcze producenci gier, którzy myślą: Chcesz poznać naszą grę od podszewki? To graj, graj i graj. Dzięki temu, z MK przyjemność może czerpać każdy samotny gracz. Nudzi Wam się a przelalibyście trochę wirtualnej krwi, powyrywali komuś kończyny i organy wewnętrzne? Ta bijatyka spełni Wasze pragnienia.

  Nie czuję przyjemności grając w ten tytuł. To dzika i niewysłowiona rozkosz. Pierwszy raz w Mortala można zagrać tylko raz w życiu, podobnie jak zrobić swoje pierwsze fatality. To moje własne kamienie milowe jako gracza. Dzięki Wam poznałem kolejną świetna produkcję i poszerzyłem swoje horyzonty dotyczące gier.

Trailer:

 


21.LittleBigPlanet (187,6).

  LBP to platformówka od Anglików z Media Molecule i jest dostępna na PS3. Choć twórcy przygotowali zaledwie 32 poziomy w trybie opowieści, to stworzyli świetny edytor, w którym gracze zrobili już kilka milionów poziomów. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę nazwę ulubionej gry i po chwili gramy w Mario, Silent Hilla, Mirror's Edge, CoDa, Final Fantasy, MGSa, czy w coś innego. Niektóre plansze od społeczności w znacznej mierze przewyższają to, co oddali w ręce graczy sami twórcy. Osoby z talentem muzycznym niejednokrotnie robiły plansze muzyczne z jakimś charakterystycznym kawałkiem muzycznym z ich ulubionej produkcji. Szkoda tylko, że trzeba znać taki utwór nuta po nucie a nie da się dodawać własnej muzyki, choć sprawę rekompensuje w pewnej mierze możliwość odsłuchiwania własnej muzyki w kapsule, czy podczas tworzenia własnych plansz. Na szczęście MM stanęło na wysokości zadania i również kawałki zaprezentowane przez nich w LBP mają w sobie coś magicznego, coś co świetnie oddaje klimat tej gry i sprawia, że Anglicy mają w końcu developera, którego grę bez wstydu można postawić przy największych osiągnięciach RareWare.

  Jak kogoś interesuje gameplay LBP okraszony jedną z najlepszych piosenek w grze, to zapraszam poniżej.

  Skoro o udźwiękowieniu mowa, to nie sposób nie wspomnieć, że w polskiej wersji językowej LBP głosu narratorowi, który opowiada nam co z czym się je, udzielił Peweł Szczesny, człowiek, którego znam dzięki jego doskonale podłożonemu głosowi Łasicy z Jam Łasicy.

  Jeśli to kojarzycie, to mieliście zajebiste dzieciństwo, albo nawet dwa.

  Czym jest wspomniana już kapsuła? To dom każdego sackboya, czyli postaci, którą gramy w LBP. Możemy ją dowolnie udekorować albo zaprosić do niej innych graczy, żeby wpadli do nas z odwiedzinami. Jest to także baza wypadowa, w której okreśalamy jaką planszę następnie odwiedzimy, czy też porobimy własne na swoim księżycu.

  Nie wszystkie plansze społeczności są udane. Niektóre zostały stworzone w celu szybkiego nabicia trofeów, inne są krótkie albo monotonne. Dlatego też w LBP powstał system oceniania pracy innych graczy. Po przejściu planszy zawsze możemy ją ocenić, przyznając autorowi od jednej do pięciu gwiazdek, wedle uznania oraz dodać ją do ulubionych. To najlepszy sposób, żeby inni wiedzieli jeszcze przed zagraniem, czy będą się z taką planszą dobrze bawić, czy nie. Cudze plansze można odpowiednio oznaczyć, stwierdzając, czy są trudne, monotonne, długie, krótkie, zróżnicowane itd. Oczywiście to wszystko w przypadku, jeśli sami nie potrafimy zrobić własnej a chcemy się dobrze bawić z grą.

  Kolejnym ważnym elementem gry jest świetnie przemyślana kooperacja. bez współpracy dwóch albo i nawet czterech graczy nie da się znaleźć wszystkich znajdziek w grze, gdyż poziomy fabularne zostały tak skonstruowane, że często posiadają odnogi przeznaczone specjalnie dla kilku graczy. Multiplayer jest lokalny oraz sieciowy i nie polega jedynie na współpracy, gdyż zawsze możemy zmierzyć się z kimś w jakimś wyścigu itp.

  Głównymi bohaterami LBP są szmaciane sackboye, których wygląd możemy dowolnie edytować w oparciu o znalezione w grze stroje. Sackboye są różne, i to od nas zależy czy się nimi radujemy, smucimy, złościmy po przegranej planszy z kumplem, czy bijemy inne szmacianki, bo mamy chaotyczną naturę.

  Do rzeczy, których w LBP nie lubię, zaliczyłbym kiepską fizykę, potrafiącą płatać figle. Rozgrywka kończy się czasem przeniknięciem w jakiś element otocznia i niechcianym zgonem. Jest to bardzo deprymujące, szczególnie w sytuacji, gdy walczymy o to, aby przejść poziom bez zginięcia, a zapewniam Was, ze zawsze łatwe to nie jest.

 


20.The Last of Us (191,4).

  TLoU jest dostępne na PS3 i PS4 a wyprodukowała je legenda Sony, Naughty Dog. Czym jest ta gra? Niektórzy twierdzą, że to mesjasz, ze nigdy nie było takiej gry i będą szkalować każdego, kto twierdzi coś innego, kto twierdzi, że granie nie zaczyna i nie kończy się na grach jednego studia. Jestem w tej drugiej grupie.

  Choć z jednej strony uważam TLoU za najładniejszą konsolową grę ostatnich lat, która ma głęboki, poruszający scenariusz, świetny system rozwoju postaci i broni, masę znajdziek, których znalezienie jest nawet komentowane od czasu do czasu przez bohaterów, to z drugiej strony, jest też jedną z najbardziej przereklamowanych gier ostatnich lat, ze stopniem hajpu rozdmuchanego do tak niebotycznych rozmiarów, że musiałem chować się przed wszelkimi spoilerami fabularnymi przez prawie rok.

  W momencie, kiedy TLoU miało premierę, myślałem, że się porzygam. Newsy o byle pierdnięciu pracowników ND, sztucznie wywołana kontrowersja z podobieństwem Ellie do Ellen Page (świetna kampania marketingowa tak przy okazji), a wszystko to, żeby wcisnąć na siłę każdemu przygody Joela i Ellie. Już za sama próbę przekonania graczy do tego, że to tylko historia o dwójce bohaterów ND należą się cięgi. Gdzie Tess, dwaj bracia, brat Joela? TLoU ma tak świetnie nakreślonych bohaterów a jego twórcy udawali, że to historia dwóch osób. Wiadomo, że Joel to bezwzględny szmugler, którego 20 lat życia w strachu przed niepewnym jutrem zamieniło w bezlitosne zwierze, walczące o przetrwanie, że to kozak, któremu nie warto wchodzić w drogę, że traktuje gówniarę jak piąte koło od wozu, ale to nie oznacza, że inni bohaterowie powinni być permanentnie pomijani.

  Rozgrywka w TLoU to nic innego jak zmodyfikowane Uncharted, z tą różnicą, że nie mamy tu automatycznej regeneracji zdrowia a Joel musi tworzyć różne przedmioty, aby przetrwać w świecie, który przegrał z zarazą, a szabrownicy czekają tylko na dogodną chwilę, aby wbić drugiemu człowiekowi nóż w plecy. Wcale lepsze nie jest wojsko, które rządzi za pomocą luf karabinów, wykonując publiczne egzekucje na każdym, kto nie chce się im podporządkować. Bardzo przypomina mi to książkę Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, autora Innego Świata, który opisując życie w radzieckim obozie koncentracyjnym, kreślił ponurą wizję ludzi, gdzie każdy, nawet najmniejszy przejaw człowieczeństwa, kończył się tragicznie.

  Dosyć ciekawym pomysłem jest to, że Ellie nie umie pływać i jej opiekun musi od czasu do czasu pomagać młodej dziewczynie w przedostaniu się z jednego miejsca na drugie, za pomocą prowizorycznych tratw.

  W TLoU można się skradać lub walić na pałę, szkoda tylko, że wzorem Dishonored nie mogę  grać w jeden z tych sposobów przez całą grę, bo autorzy tej produkcji woleli związać mi ręce w tej kwestii, ograniczając mnie jakimiś skryptami.

  Muliplayer? Przerobię go bardzo szybko. Postacie w TLoU poruszają się tak wolno, ·że po zagraniu jednego meczu w tym trybie, wolę sobie odpalić drugi raz tryb opowieści, zamiast użerać się z kamperami, pochowanymi po kątach. I tak został dodany na siłę, żeby Sony zarobiło trochę dodatkowej kasy na sprzedaży PSN passów do używek.

  Tyle się nasłuchałem opowieści na temat niezwykłości tej gry, że śmiać mi się chce, że niektórzy fani Sony, piszący, że PlayStation to ich religia nie wiedzą, że wyszukiwanie dźwiękiem było już Metroid Prime 2: Echoes na GameCubie...dziesięć lat temu.

  System rozwoju broni to nic innego jak kalka Resident Evil 4 z Gamecube'a...gry sprzed dekady, a przeciwnicy zabijający od razu po zbliżeniu się byli już Forbidden Siren na PS2...dekadę temu, i co najlepsze, przed nimi też można było się skradać po cichu. No ja nie wiem, czy gracze zapominają o tym, w co grali podczas przechodzenia najnowszych produkcji? Pewnie odkrywania nowych strojów dla bohaterów też nie pamiętają z Resident Evil, czy Dino Crisis, ani obrotu o 180 stopni z pierwszego Silent Hilla. Lepiej pisać, że nie było takiej gry, bo zrobiło ją ND i ma świetną oprawę audiowizualną. Niestety, ja pamiętam i nie robi na mnie wrażenia, że ND raczyło zaimplementować jakieś mechanizmy rozgrywki sprzed wielu lat wstecz w swojej produkcji. To wcale nie świadczy o niepowtarzalności ich gier, ale dla kogo ja to piszę, skoro po dzisiejszym notowaniu wjedzie tu zgraja fanbojów i napisze, że lista jest do bani, bo ich ulubiona gra nie wygrała.

  Mam to gdzieś. Idę grać, zobaczę jakie jeszcze stroje są do odblokowania, który głos postaci bardziej podoba mi się w jakiej wersji (Joel ang., Tess pl, Ellie obie itd.), poszukam znów tych samych znajdziek, bo większość tych, które znalazłem za pierwszym razem skasowały się w nowej grze plus i muszę szukać ich od nowa, dalej będę łapał się za głowę, czemu po skończeniu gry nie mogę podnieść poziomu trudności w ng+, dlaczego na filmikach nie widać zmian strojów (bo to rendery?).

  TLoU jest świetną grą, ale nie nazwę jej ani grą wszechczasów, ani nawet najlepszą marką od ND. Nazywajcie mnie hejterem ich ostatniej gry. Wolę być fanbojem Crasha. A jak chcecie laurek o TLoU, to kupcie sobie jakieś czasopismo o grach, które jest na sznurku u Sony, albo najlepiej sami zagrajcie, żeby się przekonać, czym jest ta ponura wizja świata, którą niedawno stworzono.

  Na koniec polecam posłuchać pewnej chwytającej za serce kompozycji muzycznej z gry.

Nie lubię TLoU, ale muszę je przejść jeszcze raz, albo nawet więcej.

 


19.Dark Souls:Prepare To Die Edition (193,4).

  Obiecywałem jakiś parytet tekstowy przy opisywaniu poszczególnych gier z zestawienia? Nie? To dobrze.

  Rpg dla masochistów od From Software dostępny jest na PS3, X360 i PC, choć na tą ostatnią platformę gra trafiła dopiero po petycji graczy.

  Jest to duchowy spadkobierca Demon's Souls (PS3). Wcześniej wydawcą gry było Sony, ale te nie wydaje gier na konkurencyjne sprzęty, więc postanowiono zmienić wydawcę na Namco Bandai oraz sam tytuł gry, gdyż bezprawne użycie nazwy, do której prawo ma tylko Sony, skończyłoby się pewnie procesem. FS zwąchało pieniądze od graczy przy ich pierwszym tytule, więc tym razem postanowiło wypuścić do DS dodatek Artorias of the Abyss. Doprowadziło to do konieczności czekania przeze mnie na wydanie pełnej gry ponad rok po premierze.

  Bałem się zagrać w Dark Souls, bo po Demon's Souls pewne było, że przepadnę na kilkaset godzin bez żadnych wieści. Jakoś tak się zdarzyło, że sąsiad kupił tą grę, aby ją przetestować. Po tym jak ukończył DS, pożyczyłem go od niego, ale zanim sam ją ukończyłem, miałem już własną kopię. Jakiś czas potem zobaczyłem zawartość edycji kolekcjonerskiej (arbook, płytę z muzyką z gry oraz dvd ukazujące proces produkcji DS) dodawaną do wersji premierowej i kupiłem to wszystko. Jestem więc jedną z niewielu osób, która posiada kolekcjonerkę razem z wersją gry ze wszystkimi dodatkami na płycie.

  Musiałem mieć ścieżkę dźwiękową na płycie na własność, gdyż uwielbiam muzykę Motoia Sakuraby. Weźmy na przykład muzykę z walki z Ornsteinem i Smoughiem. Nie dość, że samą walkę możemy rozegrać na dwa sposoby, w zależności od tego, którego z bossów chcemy ubić najpierw, to tą kompozycję uwielbiam tak bardzo, że po tym, jak ich pokonałem, pomogłem innym graczom w tym starciu tylko po to, żeby posłuchać tej muzyki... dziesięć razy w ciągu dwóch dni. Im dłużej trwała walka, tym lepiej dla mnie i moich uszów. Sprawdźcie zresztą sami, jeśli chcecie. Nie umiem jeszcze tak walczyć, ale kto wie, może kiedyś? 

  System rozgrywki uległ kilku zmianom względem swojego poprzednika. W DS dodano skok po rozbiegu, cios z góry, kopnięcie, naskok z bronią z większej odległości, czy pomaganie innym graczom nawet gdy nasza postać ma ciało. W DS nie ma tez punktów magii, które zostały zastąpione liczbą określającą, ile razy możemy użyć danej zdolności. Co ciekawe, niektóre zdolności można kupić kilkukrotnie, zwiększając liczbę ich użycia. Przyśpieszono również proces wchodzenia i schodzenia po drabinie oraz dodano możliwość szybkiego zjeżdżania po nich. Z gry wyrzucono tendencję świata, więc to, czy giniemy nie sprawi, że przeciwnicy w Dark Souls będą trudniejsi, ani łatwiejsi, jeśli bez przeszkód będziemy pokonywać jednego bossa za drugim. Nie ma już Nexusa, więc sporo tu zasuwamy. Twórcy kompletnie nie przemyśleli poruszania się pomiędzy wszystkimi ogniskami, więc nawet po odkryciu skrótów, backtracking jest koszmarny. Irytuje to szczególnie, jeśli gramy, używającym łuku łowcą lub strzelamy z kuszy, gdyż strzały i pociski do broni dystansowych są dostępne jedynie w kilku miejscach w Lordran. Jest to bezsens. Czary, cuda, piromancja i flaszki regenerują się przy każdorazowym odpoczynku przy ognisku a jak gramy łowcą i chcemy strzał do łuku przykładowo w Blighttown, to musimy stamtąd wyjść, znaleźć handlarza i znów wrócić tam, skąd przyszliśmy. Sprawę częściowo rozwiązuje możliwość poruszania się pomiędzy ogniskami, dostępna w dalszym etapie gry, ale nawet w takiej sytuacji Japończycy wymyślili dwa miejsca, w których nie ma żadnego handlarza i nie kupimy nic, dopóki nie pokonamy tam bossów. Pod tym względem nie widzę balansu między poszczególnymi klasami postaci w DS.

  Gra jest też sporo łatwiejsza od poprzednika. Po śmierci nie tracimy już połowy zdrowia a przy walkach z niektórymi potężnymi oponentami są znaki npców do przyzwania, aby nam pomogli. Dziwi natomiast fakt, że gdy pomagają nam żywi gracze, to możemy ich leczyć flaszkami, natomiast na npców to już nie działa.

  Nowością w Dark Souls są przymierza, do których możemy dołączyć w trakcie gry. To do jakiego dołączymy zależy od naszych preferencji. Możemy pomagać innym graczom, napadać na nich, mścić się za grzechy sługusów mroku, którzy nie cenią ludzkiego życia, chronić lasu przed świętokradcami albo nawet zamienić się w smoka. Uczestnictwo w tych frakcjach łączy się z konkretnymi profitami. Nowe cuda, piromancje, ekwipunki i inne podarki. Wszystko to dla nas, jeśli tylko dobrze się spiszemy i udowodnimy swoją przydatność.

  Kolejną nowością jest człowieczeństwo, służące do szybkiego leczenia się (szczególnie w świecie innego gracza), do rozpalania ognisk, abyśmy mogli używać więcej flaszek uzdrawiających oraz jako waluta w niektórych przymierzach.

  Dark Souls jest dla wielu osób pomostem oddzielającym graczy, którzy łatwo się poddają od tych, którzy uparcie dążą do celu i niepowodzenia traktują jako sposób do mobilizacji. Są tacy, którym DS kojarzy się z lagami i kiepskim kodem sieciowym, grą, która często gubi klatki i działa tak, jak gdyby była w zwolnionym tempie. Innym DS kojarzy się z grą, w której twórcy wprowadzili niedoskonały system podpowiedzi, jednocześnie blokując komunikację głosową (wyj. prywatne rozmowy w wersji na X360), czyli tak bardzo prostą rzecz. Sam system łączenia się z innymi graczami nie został wystarczająco dobrze przedstawiony. Inne rzeczy, takie jak konieczność wracania się do plamy krwi, która została w miejscu naszej ostatniej śmierci zostały całkowicie przemilczane, gdyż FS widocznie założyło, że wszyscy już grali w Demon's Souls i po prostu o tym wiedzą. Denerwujące są również sytuacje, gdy robimy coś w nie takiej kolejności, w jakiej chcieli tego Japończycy np. zabijamy jakąś postać lub jej nie zabijemy w odpowiednim momencie i musimy robić nowy profil do gry, albo przejść grę, żeby znów spotkać tą postać. Jest to zwykłe marnowanie czasu graczy. Jak dodam do tego, że FS nic nie robi z hakerami, że mają problemy z poprawkami do gry (jedna z nich sprawiła, że ogień na pochodniach poznikał a przeciwnicy ziejący ogniem wydawali z siebie jedynie odgłosy towarzyszące takim umiejętnościom, podczas gdy samej animacji ataku nie było widać), że nie potrafili wprowadzić rozdzielczości Full HD w wersji pecetowej gry i zrobił to za nich jakiś modder, to mamy to czynienia z produkcją, która potrafi napsuć sporo krwi.

  I właśnie wtedy, gdy człowiek jest załamany, gdy nie widzi sensu w tej całej wojnie starych władców z prastarymi smokami, wtedy właśnie pojawiają się tacy ludzie jak Tsurugi, ManoWar, Daaku, Dark i parę albo paręnaście innych przypadkowo spotkanych ludzi przez sieć, którzy pomogą w wyjaśnieniu wielu nurtujących Nas spraw, pomogą znaleźć przymierza, unikatowe bronie, pancerze i inne rzeczy, albo po prostu pomogą w jakiejś walce, to wtedy aż serce rośnie, że jest się tego częścią.

  Wtedy niewiele wystarczy do szczęścia. Samo zejście w dół po piekielnie niebezpiecznym drzewie, gdzie każdy źle postawiony krok kończy się śmiercią i koniecznością powtarzania wszystkiego od nowa, zejście w zupełnej ciszy, tylko po to, aby przeżyć ten moment, gdy na własne oczy widzimy zgliszcza po prastarej wojnie, która ukształtowała świat. Wtedy już wiadomo, że warto było czekać te przeszło dwieście godzin, aby zobaczyć coś, co już na zawsze w Nas pozostanie.

  W Dark Souls nikt nie daje niczego za darmo, no chyba, że mówimy o ludziach dobrej woli, których udało mi się spotkać w Lordran.

 


18.Metal Gear Solid 4:Guns of the Patriots (196,4).

  MGS4, autorstwa Konami, ukazał się na PS3. O czym jest i na czym polega? Jest to gra w bezprecedensowy sposób rozprawiająca się z dzisiejszą wojną, jej bezsensem, z firmami, które dorabiają się na krzywdzie ludzkiej, no i z próbą ratowania świata pogrążonego w chaosie. Nic niezwykłego.

  Napis przy tytule gry sugeruje, że to taktyczna gra szpiegowska, i rzeczywiście jest tu trochę skradania, ale nie da się zaprzeczyć, że odbywa się ono w trakcie regularnych działań wojennych i samo tekturowe pudełko, czy metalowa beczka nie wystarczą nam do sprawnego unikania wrogich sił. Potrzeba nam mózgu, albo wysyłać wszędzie kurczakopodobnego Metal Geara MkII na zwiady.

  Oczywiście dla wielu osób będzie to przegadana gra niespełnionego reżysera filmowego, gra o bekającej małpie w gaciach, która pali papierosy, gra o żołnierzu pomykającym po polu walki z gołą dupą i w obsranych spodniach, gra o wróżeniu z jajecznicy, z wampirami, brake dance'm, o podglądaniu seksownej pani naukowiec, o sesjach zdjęciowych z gorącymi i mniej gorącymi ślicznotkami, o słuchaniu muzyki z poprzednich gier z serii itd. Hideo Kojima i wszystko jasne.

  Pod płaszczykiem czerstwych żartów, totalnego kiczu i całkowitej dysproporcji między filmikami w grze a samą rozgrywką, kryje się jednak tytuł, który jak chyba żaden inny w ostatnich latach przygląda się zmianom, które towarzyszyły graczom na przestrzeni lat i zupełnie je wyśmiewa. Japońska produkcja sprawdzi też, ile pamiętamy z poprzednich trzech MGSów. Jest to także skradanka, która niejednokrotnie poruszy tą sentymentalną strunę naszej duszy, o której nigdy nie mówimy publicznie i udajemy, że jej nie ma.
  Nie da się zprzeczyć, że jej reżyser to dziwny człowiek. Potrafi jedną grą odmienić losy elektronicznej rozgrywki, pokazać emocje i świetnie nakreślonych bohaterów milion lat przed ND, a później robi jakieś niewiadomo co. Następnie robi podobno grę wszechczasów. A ja się wtedy pytam: Gdzie kolejny MGS o Solid Snake'u? No i w końcu się go doczekałem.

  Dziesięć lat czekania. Po uruchomieniu MGS4 zastanawiałem się co zbieranie broni z pola walki i robienie zakupów u pewnego handlarza (najlepsze okazje zawsze w środę i niedzielę!) ma wspólnego z serią? Czemu Wąż jest tak stary? Czemu od Akiby śmierdzi? Jakiś Wielki Szef i Wielka Mamuśka. Co jeszcze? Wielki Ptak? Kto wymyśla te debilne nazwy? Cieszyłem się, że podobnie jak MGS3 jest to tylko pozyczona gra. Przejść, zapomnieć i wrzucić do worka z częściami, których nie lubię. Taki miałem plan. W miarę jedank jak dłużej grałem, spotakłem osoby, za którymi tęskniłem i których nie cierpiałem wiele lat temu, gdy widziałem coraz więcej obrazów z przeszłości bohaterów tej opowieści, to coś się poryszyło w mojej duszy.

[spoiler]

Gdy usłyszałem rozmowę:

M:Dla mnie zawsze będziesz bohaterem.

OS:Nie jestem bohaterem. Nigdy nim nie byłem. Jestem starym mordercą, wynajętym do wykonania brudnej roboty.

Mniej więcej wtedy postanowiłem, że nie skończę MGSa4, jako pożyczonej gry. Nie mogłem, bo w końcu wrócił jeden z najlepszych bohaterów w historii gier i musiałem mieć grę o jego losach na własność. Poszedłem więc do Media Marktu, kupiłem grę a później  grałem i grałem. Odwiedziłem w końcu pewne miejsce, za którym tak bardzo tęskniłem, i usłyszałem coś, czego już nigdy nie miałem nadziei usłyszeć.

Całkowicie się rozkleiłem. Wspomnienia, które na zawsze odmieniły mnie jako gracza ożyły na nowo. Wtedy już wiedziałem, jaka będzie moja ocena gry, po której niczego dobrego się nie spodziewałem.

[spoiler]

  Smaczków zawartych w MGS4 nie zrozumie każdy. Nie każdemu przypadnie do gustu naciągany w niektórych miejscach scenariusz, walki z bossami, bohaterowie, rozmowy przez codec oraz podkładanie Playboyów na drodze marszu strażników, ale nie zmienicie tego, że to wciąż będzie jeden z najlepszych eksów na PS3, który nie udałby się tak dobrze, gdyby był mutiplatformą. Dziś, gdy widzę Sunny bawiącą się PSP, obok PS3 FAT (cześć jej pamięci), to wiem, że to mogło się udać jedynie na konsoli Sony.

  O dziwo, po czwórce, nawet niedopowiedziane wątki z poprzednich części nabrały sensu. W czwórkę warto zagrać choćby po to, aby zobaczyć taniec Raidena z muczącymi jak krowa mechami. Guns of the Patriots wciąż można przejść nie zabijając nikogo, nie używając racji żywnościowych itp. Choć  możemy tu być uzbrojonym po zęby Rambo, to czasem o wiele ciekawiej jest pomóc okolicznej milicji, żeby bardziej swobodnie poruszać się pośród zgiełku bitewnego.

  Choć ostatnia część numeryczna MGSa jest wciąż liniowa, to żeby zobaczyć w niej choć połowę sekretów,  trzeba poświęcić jej sporo czasu. Nie żałuję ani jednej chwili z tą japońską produkcją.

  Naughty Dog nie zrobi Wam już Crasha 4, Insomniac kolejnego Spyro, Rare nie zrobi już żadnej gry wszechczasów, nawet Rockstar nie potrafi zrobić gry dla fanów lat osiemdziesiątych, a jeden Kojima, uważany za groteskowego grafomana i zwykłego branżowego trolla, zrobił grę, która jest podróżą w przeszłość do czasów, gdy wielu graczy stało się graczami. Nie powiem Wam, że należy mu się szacunek, w końcu to człowiek jednej serii, który produkuje płatne dema, ale nawet on ma jeszcze parę asów w rękawie, z których od czasu do czasu korzysta. I warto czekać na takie momenty nawet całą dekadę.

 

 

17.Grand Theft Auto V (207,5).


  W GTAV można zagrać na PS3/X360. Niedługo gra pojawi się również na PS4, Xbox One i PC.

  To Rockstar wyprodukował najdroższą grę w historii, której koszt produkcji przekroczył grubo 200 milionów dolarów. Na co poszły te pieniądze? M.in. na wykupienie licencji na muzykę, lecącą w radiu. Znanych artystów jest tu do groma. Britney Spears, Rihanna, All Saints, Pet Shop Boys, Robert Plant, Queen, Deff Lepard, Phil Collins, Fergie, Corona (niestety tylko w remiksie), Modjo, Eddie Murphy, N.W.A., Dr. Dre, Snoop Doog, Ice Cube, 2Pac i inni. Niektórych z nich nie słyszałem kilkanaście lat. Czyżbym się starzał? Zaraz, Waszym zdaniem jestem stary? Że co kurwa? RZEŹNIA!!!!

  Nie cierpię GTAIV za drętwy klimat, który tam panował. Grafika grafiką, ale ja po GTA oczekuję zupełnie czegoś innego niż historii o jakimś dorobkiewiczu-smutasie, który ani nie pije, ani nie ćpa. Wygląda na to, że nie jestem sam, gdyż każdy kto grał w czwórkę zobaczy w piątce pewien symbol, który daje jasno do zrozumienia, że nawet ojcowie GTAIV postanowili zapomnieć o tym, co było kiedyś.

  Nad piątką pracowali naćpani i wiecznie pijani wariaci, pierdolący co chwila Wasze matki, rodziny, zwierzęta, rodziny tych zwierząt, krewnych tych zwierząt itd.

  To jedna z najlepszych satyr na Amerykę, wyśmiewająca styl życia jej mieszkańców, wojsko krzewiące demokrację za pomocą śmiercionośnej broni, gry i graczy, kreskówki o superbohaterach, socjalizm, liberalizm, impotentów seksualnych, cwaniaczków wykorzystujących zakładanie fundacji do obchodzenia amerykańskiego systemu podatkowego, głównych bohaterów i ludzi z nimi powiązanych itd. W skrócie:GTAV kpi ze wszystkiego. Jeśli lubicie żarty o podtekstach seksualnych, z ekskrementami w tle, to jest to tytuł dla Was.

  Nowością w serii jest trzech głównych bohaterów.

Michael to podstarzały gangster na emeryturze, który musi użerać się na co dzień ze swoją stukniętą rodzinką.

Franklin to czarnoskóry cwaniaczek, który ma dość przekrętów na swoim kwadracie. Potrzebuje od życia czegoś więcej.

Trevor. Wsiok, za nic mający ludzkie życie, który może zabić każdego, kto źle na niego spojrzy albo zwróci mu uwagę.

  Zostali oni wymyśleni przez R*, aby łatwiej ukazać rozwarstwienie społeczne dzisiejszej Ameryki. Jedyne co ich łączy to to, że każdy z nich jest socjopatą, jak zwykle zresztą w tej serii. Każdy z nich ma inny charakter i bagaż doświadczeń oraz zdolność specjalną. Zazwyczaj to od Nas zależy kim z nich pogramy. Możemy nawet swobodnie przełączać się pomiędzy nimi.

  Misje fabularne zostały przyporządkowane do poszczególnych postaci, podobnie jak misje wykonywane dla dziwaków. Każda z trzech postaci ma swoje słabe i mocne strony, ale wykonując różne misje dodatkowe takie jak: gra w tenisa, gra w golfa, przemyt, trójbój, strzelanie na strzelnicy, bieg, pływanie, czy prowadzenie samochodów i samolotów możemy podnieść ich statystyki.

  Jeśli nie podoba nam się wygląd lub ubiór kogoś z tej trojki, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby kupić dla nich jakieś wyjściowe ciuchy, udać się do fryzjera, czy do tatuażysty.

  Los Santos i tereny wokół miejskie są olbrzymie, zróżnicowane i zapierają dech w piersiach. Tama, mosty, jeziora, nabrzeże z parkiem rozrywki, tor golfowy, olbrzymie talerze satelitarne, wiatraki przyjazne dla środowiska (ale nie dla gołębi), tartaki, góry, miasto, pustynia, lotnisko, pięknie oddane tereny pod wodą, czy sama droga z wieloma typami nawierzchni za każdym razem pokazują, ile pracy, wysiłku i serca włożyli w tą grę programiści. Jest tu na czym oko zawiesić. Gram już 50 godzin, jestem daleko końca gry i nawet nie chcę jej kończyć, gdyż za dobrze się bawię. Muszę się naprawdę postarać, aby zobaczyć wady tej produkcji, bo teraz wystarczy mi, że zrobię jakąś misję fabularną, pooglądam telewizję, czy zwyczajnie w świecie pojeżdżę sobie samochodem po tym ogromnym obszarze, żeby zbierać szczękę z ziemi. A jak mi się znudzi jeżdżenie bez celu, to zawsze mogę poszukać jakichś znajdziek, miejsc do wykonania skoków kaskaderskich, na coś zapolować, przejechać się kolejką linową, przelecieć pod jakimś mostem lub pomóc jakiejś przypadkowej osobie. Kto wie, może ktoś odwdzięczy się za mój altruizm?

  W GTAV można kupować nieruchomości i zamawiać pojazdy przez internet (lądowe, wodne i latające), ale droga do tego jest bardzo wyboista. Jak zaczyna się grę kimś kto nie ma nawet dziesięciu tysięcy dolców na koncie a cena za tor golfowy to jedynie pięćdziesiąt milionów zielonych, to człowiek dostrzega jak długa droga jeszcze przed nim.

  Z ostateczną oceną gry wstrzymam się do jej ukończenia i poznania trybu Online, który jest podobno mikrotransakcyjnym rajem. Tymczasem proponuję zobaczyć trailer z chyba pierwszej piaskownicy od czasu Shenmue, która grafiką i sposobem wykonania rzuciła mnie na kolana. 

 

 

16-15.Castlevania:Lords of Shadow (209,6).

  Za reboot jednej z najdłuższej serii gier w branży odpowiada hiszpańskie Mercury Steam i japońskie Kojima Productions. Jeden z najlepszych slasherów ostatnich lat ukazał się na X360, PS3 i PC.

  Castlevanie zawsze kojarzyły mi się z 2d, z zamkami, mapą, sekretami, nowymi umiejętnościami, z zabijaniem tych samych przeciwników, aby przekonać się o tym, jakie przedmioty zostawiają, no i oczywiście z Kojim Igarashi, którego nazwisko wiąże z najwspanialszym okresem w historii tej serii. 

  Dlatego po włączeniu Lords of Shadow nie wiedziałem o co chodzi. Co jakiś klon God of Wara ma wspólnego z tym uniwersum? Seria, która pozwalała na swobodne eksplorowanie świata gry zamieniła się w liniową siekankę. To nawet nie było podobne do Lament of Innocence, chyba jedynej gry z serii w 3d, która polubiłem. Czułem się zażenowany, zrozpaczony i oszukany. Nie interesowały mnie powody działania Gabriela, jego nowe umiejętności, miejsca, które odwiedzał, osoby z którymi rozmawiał, ani potwory, które ginęły z jego ręki. Konami zabiło wszystko to, co kochałem w tym cyklu. Strasznie męczyłem się tym rebootem. Doszło do tego, że prawie pół gry przechodziłem trzy tygodnie a każdą sekundę spędzoną z członkiem Bractwa Światła uważałem za straconą.

  I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki moje negatywne nastawienie zmieniło się potem tak bardzo, że resztę LoS skończyłem w dwa dni, nie myśląc nawet o uruchomieniu jakiejkolwiek innej gry. Tak bardzo wciągnęła mnie narracja narratora, który w doskonały sposób opisywał wszystkie emocje Gabriela. To m.in. z niej pojawił się w mojej głowie obraz człowieka pogrążonego w rozpaczy, pozbawionego wiary w cokolwiek, okradzionego z tego, co było dla niego najbliższe. To był obraz człowieka samotnego, który nosi w sercu jedynie pragnienie zemsty.

  Spotkane na jego drodze osoby jawiły się później jako niezwykłe persony. Animacja jednego z ataków wzorowana na animacji przywołania Animy z Final Fantasy X, czy walki z olbrzymimi tytanami, wzorowane na niezapomnianych starciach z Shadow of the Colossuss, nie potrafiły przysłonić tego, że gram w produkcję, która stanowi rozprawę o wierze w Boga, o tym, co staje się z kimś, kto się go wyrzekł i dlaczego tak postąpił. Tak głębokiej historii nie dało mi ani Circle of the Moon, ani Portrait of Ruin, ani moje ukochane Symphony of the Night.

  Postanowiłem w końcu, że muszę ocenić LoS na podstawie tego, co ma do zaoferowania, a nie na podstawie tego, czym nie było, nie jest i nigdy nie będzie. Tylko Hiszpanie mogli stworzyć grę, która pokazała jedną z europejskich legend ludowych o Babie Jadze i jej domku na Kurzej Łapie. Gdy zobaczyłem na własne oczy to, co było kiedyś jedynie matczyną opowieścią snutą dla małego Kwadrata nie mogłem wyjść z podziwu dla tych ludzi. Gdy zobaczyłem, że LoS ma tak dużo wspólnego z Wywiadem z Wampirem i z Drakulą Francisa Forda Coppoli z 1992r., to jasnym stało się, że od tej pory ta gra będzie dla mnie najlepszą grą o wampirach od czasu niezapomnianego Soul Reavera. Ciężko mi się do tego przyznać, ale tak właśnie było.

  Po skończeniu gry zamarłem w bezruchu. Później złorzeczyłem twórcom, że kazali sobie dodatkowo zapłacić za wyjaśnienie jednego z najważniejszych momentów  w całej tej historii. Nie zmienia to jednak faktu, że nawet ta, jakże inna od poprzednich, Castlevania, ma dokładnie opisanych bohaterów oraz spotykane potwory z dokładnym objaśnieniem ich słabych i mocnych stron, że Gabriel używa i sztyletów, i wody święconej, i bicza, i krzyża, że gra posiada sekrety a nawet wyzwania, które możemy spróbować przejść oraz smaczki w postaci solid eye'a z MGS4, czy bandamę Snake'a.

 Samemu można dojść do tego wszystkiego. Nie wolno jednak być zaślepionym jednym schematem serii. Trzeba dać szansę innym programistom, bo wtedy możliwe jest powstanie kolejnej nietuzinkowej produkcji, a za taką właśnie mam hiszpańską inkwizycję, znaczy się, Castlevanię.

To co? Trailer na koniec?

 

 

16-15.Rayman Origins (209,6).

  Piękna dwuwymiarowa platformówka od Francuzów z Ubisoftu ukazała się na X360, PS3, PC, Wii, PS Vicie i na 3DSie.

  Mam ogromny problem z tą grą. Wiem, że jest uwielbiana przez wielu i niektórzy traktują ją jak wielkie objawienie pośród powtarzalnych szaroburych strzelanin i wcale im się nie dziwię, ale nie potrafię do końca docenić tej produkcji. Nie wiem, czy to przez to, że peesjedynkowy pierwowzór, na którym jest oparty Origins jest trudniejszy, bo nie ma nieskończonej ilości żyć, czy to przez to, że Ray miał potworną wprost konkurencję ze strony obu części Mario Galaxy, Donkey Kong Country Returns, czy Kirbiego? Może chciałbym, żeby Michel Ancel zrobił trójwymiarowego Raymana na poziomie dwójki z Dreamcasta, a może po prostu uważam za jego najlepszą grę Beyond Good & Evil i oddałbym każdą, nawet najwybitniejszą grę tego uzdolnionego artysty, żeby tylko zagrać w kontynuację przygód Jade? Nie wiem, po prostu nie wiem.

  Nie czas jednak na moje wątpliwości. RO to tytuł dla jednego lub czterech graczy i przyznam się, że z wyjątkiem czasówek, pogoni za skrzynkami i paru momentów, gdy gracze uderzający się nawzajem zrzucają się w przepaść, jest to bardzo dobry tytuł do współpracy. Nie dość, że dwóm graczom jest łatwiej pokonywać przeciwników i zebrać wszystkie lumy  w planszach, to jeszcze jeden może stanowić wyskocznię dla drugiego, aby dostać się gdzieś wysoko.

  Uwielbiam takie akcje. Podobnie jak uwielbiam jakość animacji w tej platformówce, poczynając od Globoxa, chwytającego się szczęką końca jakiejś platformy, czy dosiadającego malutkiego komarka, ktory wygląda tak, jakby miał zaraz wyzionąć ducha, zgnieciony jego wielkim cielskiem, a kończąc na strażnikach bijących pięścią przestraszone lumy.

  Przejście Origins nie należy do najtrudniejszych, ale już zrobienie wszystkiego na 100% zmusi niejedną osobę do wysiłku, gdyż doprowadzi to do konieczności żmudnego powtarzania plansz, w których nie wolno popełnić ani jednego błędu. Plansze są różne. Jest las z gejzerami i z burzą w tle, podwodne morze pełne potworów, kraina skuta lodem, w której skaczemy po arbuzach i przeciskamy się przez puszki z potworami jako jedzeniem. Jest tez kuchnia pełna wściekłych kucharzy, w której za platformy robią widelce albo olbrzymie baniaki pełne pary..

  W Origins ratujemy także zamknięte w skrzyniach stworki, odblokowujemy nowe kolory dla naszych bohaterów, wyswobadzamy seksowne wróżki, które w podzięce za nasze bohaterskie czyny nauczą nas nowych zdolności. Od czasu do czasu walczymy też z jakimś bossem a nawet zbieramy zęby.

Trailer:

 

  Tym krótkim opisem postanowiłem zakończyć mój dzisiejszy wpis, do powstania którego przyczyniły się setki kłótni na shoucie, ze dwa wiadra szamba wylane na innych użytkowników, zmowa spamowa, wyrzucenie z ppe jednego gimbusa, rezygnacja z prowadzenia "w co gracie", ale czego to się nie robi, żeby człowiekowi wróciła chęć pisania. Dziękuję za uwagę. Do następnego razu.

Tagi:

Oceń notkę
+ +30 -

W co gracie w weekend?
Oceń profil
+ +219 -
squaresofter
Ranking: 23 Poziom: 82
PD: 69778
REPUTACJA: 64853