ReDaaktorskie Odchyły

Pisane w kokpicie mecha

Daaku Daaku 26.08.2016, 03:06
W co gracie w weekend? #164
1764V

W co gracie w weekend? #164

Pytamy po raz sto sześćdziesiąty czwarty. A Wy nam po raz sto sześćdziesiąty czwarty odpowiadacie.

Kogoś tu chyba pogięło. Jeszcze w weekend plan na tę odsłonę "W co gracie..." był jasny: ja miałem poprowadzić wpis, dokoptować sobie trójkę współprowadzących i puścić całość przed kolejną sobotą. Po drodze jednak dały o sobie znać różnice charakteru, doszło do                      i po istnych kolejach losu, w poniższym blogu, po raz pierwszy w cyklu, znajdziecie teksty od aż OŚMIU autorów jeden po drugim. Do kupy zebrali się stali współpracownicy, dawno niewidziani znajomi, sam założyciel... nawet miejsce na świeżą krew się znalazło. W związku z tym 164. odcinek może okazać się zbyt dużym molochem do przeczytania jednym tchem, ale nie bójcie się, do niedzieli się wyrobicie.

Żebyście moje blablanie prędzej mieli z głowy - idę na pierwszy ogień!

 

THEATRHYTHM FINAL FANTASY: CURTAIN CALL [3DS, Indies zero Co., 2014]

 

W tym miejscu muszę przyznać - cienki jestem w gry rytmiczne. Pod względem koordynacji ręka-oko oraz wyczucia rytmu daleko mi do wariatów, którzy masterują najtrudniejsze możliwe kawałki bez żadnej skuchy, kosząc do tego prawie same PERFECTy przy nutkach. Pomimo tych przeciwności losu wciąż kupę radości sprawiają mi tytuły w stylu serii Taiko no Tatsujin (u nas znane jako Taiko Drum Master), gdzie mogę się bez skrępowania "wybębnić" w rytm japońskich kawałków - a że zwykle na drugim z pięciu stopniu trudności, to nikomu mnie osądzać. Jeżeli jednak mogę przy okazji zafundować sobie nostalgiczną wycieczkę po niesłyszanych od lat motywach z jednej z moich ulubionych serii gier, to nie ma chyba bardziej sprawdzonej recepty na sukces.

O, wypisz wymaluj Theatrhythm.

Im bardziej zaznajomiony jesteś z serią Final Fantasy, tym więcej przyjemności Curtain Call ci sprawi. Wybór dostępnych kawałków nie jest bowiem ograniczony wyłącznie do numerowanych odsłon, o nie! Repertuar obejmuje także uznanego FF Tacticsa, film kinowy Final Fantasy VII: Advent Children, gamecubowe FF Crystal Chronicles, PSPkowego Crisis Core'a, Dissidię, TYPE-0... Jest tego mnóstwo, a przecież i tak nie wymieniłem tutaj wszystkich spin-offów! Kawałki podzielone są na trzy, różniące się gameplayem, kategorie. Najliczniejsze są Battle Music Sequence, czyli motywy bitewne, gdzie naszym postępom towarzyszą bitwy całej naszej drużyny z kolejnymi przeciwnikami. Field Music Sequence to zwykle spokojniejsze kawałki towarzyszące mapie świata lub miastom i innym lokacjom, a w przechadzce bierze udział jedna postać. Event Music Sequence najbliższe jest z kolei serii Elite Beat Agents: w tle w czasie rzeczywistym rozgrywają się sekwencje otwierające grę, a naszym zadaniem jest rysowanie kół, zygzaków i innych bazgrołów w rytm muzyki. Każdy ukończony utwór oceniany jest w zależności od naszych postępów odpowiednią rangą, zastrzykiem doświadczenia dla członków naszej drużyny, a także Rhythm Points (RP). Rhythmia jest swego rodzaju walutą "rozświetlającą" pewien kryształ, a kumulowanie jej do kolejnych progów (dosłownie co 500) nagradza nas nową zawartością w Muzeum, odłamkami pozwalającymi odkryć nowe postacie czy takimi miłymi akcentami, jak efekty dźwiękowe towarzyszące uderzaniu w nuty. 

Od góry Battle, Field oraz Event Music Sequence. Każde na własne tempo

Ponieważ jednak Final Fantasy od zawsze było serią japońskich RPG, również Curtain Call nie jest taką sobie zwyczajną grą rytmiczną. Wspominałem wcześniej o członkach drużyny oraz zdobywaniu doświadczenia, prawda? erpegowa mechanika biegnie tu znacznie głebiej: każda z postaci zadaje w walkach obrażenia zależne od tego, jak celnie trafiliśmy w nutkę i czy ułożyliśmy bezbłędną ich kombinację (chybienie oznacza utratę HP), każda z nich posiada także własne umiejętności: od priorytetowego ataku kiedy na scenę wkroczy boss, przez silny czar magiczny ilekroć celniemy 30 nutek pod rząd czy szansę na kradzież przedmiotu od właśnie pokonanego wroga. Dochodzą do tego zużywalne przedmioty lecznicze oraz akcesoria, odnawiające utracone HP w danych odstępach, redukujące obrażenia, mnożące zdobyte po walce doświadczenie czy decydujące, jakiego summona przyzwiemy w segmentach Feature Zone. A jeśli mało Wam erpega w tym rytmicznym erpegu, to wstąpcie do trybu Quest Medley, gdzie zmierzymy się z całymi seriami niepowiązanych ze sobą utworów, których zaliczanie torować nam będzie drogę do komnaty bossa. To przede wszystkim tutaj odblokujemy nowe postacie do drużyny, a raczej całe garście odłamków pozwalających na ich uwolnienie. Lubicie DLC? To tutaj polubicie, bo za 4 złocisze od kawałka poszerzycie dostępną kolekcję utworów nie tylko o wasze ukochane kompozycje, które nie załapały się do reprezentacji, ale także o aranżacje z innych gier i serii Square-Enix, w tym Chrono Trigger, Romancing SaGa, The World Ends With You, a nawet Nier. Ja sam skusiłem się m.in. na remiks One-Winged Angel z Advent Children, Chase z "siódemki", Liberi Fatali z "ósemki", "Ultima pt. 2" z "czternastki" czy Calling z TWEWY-- coco? Nie wspierać chorych korporacyjnych praktyk? Przepraszam, nie słyszę cię, te chóry brzmią bosko na słuchawkach!

Bywalcy Shibuyi skojarzą to miejsce. Shiki w komplecie niestety brak...

 

Jako, że gra z gatunku takiego a nie innego - poniżej zamieszczam kilka ciekawych kawałków, przy których bawiłem się podczas stukania w nutki. Nie będą to jednak wypróbowane szlagiery, jakie słyszeliśmy już po tysiąckroć (sorry J.E.N.O.V.A, Eyes On Me, Suteki da Ne itd.), ale niespodzianki, z którymi styczność miałem dopiero dzięki Theatrhythm.

 

Final Fantasy XI: Wings of the Goddess - Ragnarok

"Jedenastka" pozostaje jedyną numerowaną odsłoną serii, w którą nie było mi dane zagrać, a po niedawnym wyłączeniu serwerów (od 2002 r.!) chęć nadrobienia zaległości pozostanie już na zawsze w strefie marzeń. Po usłyszeniu tego kawałka - żal podwójny.

 

Final Fantasy Mystic Quest - Battle 1

Gra uchodząca za "czarną owcę" kanonu FF (choć wciąż nie tak bardzo jak np. Dirge of Cerberus) zaskakuje naprawdę dynamicznym jak na japońskiego erpega głównym motywem bitewnym. Tak bardzo 90's!

 

Final Fantasy Fables: Chocobo's Dungeon - Raffaello Battle

Przeróbka znanego z Final Fantasy V "Clash on the Big Bridge" obecna w repertuarze mało popularnej u nas zarówno gry, jak i całej serii spin-offów. Ciekawostką jest to, że większość z obecnych w soundtracku utworów to także aranżacje, np. "Battle with the Four Fiends" czy "A Man with the Machine Gun"!

 

 

ISHI-SENGOKU-DEN ''SADAME'' [3DS, Mebius 2016]

W znajomości historii feudalnej Japonii daleko mi do statusu eksperta, ale co nieco na jej temat kojarzę. Kluczowe postaci, wydarzenia, miejsca... Wszystko to przewija się przez dzisiejsze spektrum kultury popularnej (anime Ruroni Kenshin czy Gintama, seria gier Sengoku Basara, Samurai Warriors/Warriors Orochi od Koei-Tecmo), więc nawet poboczny obserwator co i rusz natyka się na historyczną spuściznę ojczyzny samurajów, więc oczywistym jest, że w pewnym momencie ciekawość zwycięży, a w ruch pójdzie odpowiednia bibliografia, kolejne seriale anime czy nawet wypróbowana Wikipedia. Mnie dotknęło to w ten sam sposób i choć wciąż w wielu aspektach daleko mi do historyka Kraju Kwitnącej Wiśni, to pewne elementy z niej wyjęte wciąż reprezentowane są w dzisiejszych mediach. I do takich mediów zalicza się ''Sadame''.

Tak w dużym skrócie - przyjmijcie do wiadomości, że wspomniana w tytule gry era Sengoku przypada na okres, kiedy władza zarządzającego krajem Shogunatu ustawicznie maleje, a pomniejsi możnowładcy wielu regionów Japonii (daimy ) walczą między sobą o panowanie nad samym krajem. Na potrzeby opisu przymijcie też do wiadomości, że Nobunaga Oda - genialny strateg i zjednoczyciel kraju, który na szeroką skalę wykorzystywał m.in. kompletnie obce na kontynencie muszkiety - pod wpływem Karmy, negatywnej energii opętującej ludzi, przyjmuje postać wielogłowego smoka (fizyczny dowód na to, że władza psuje) i kontynuuje swój plan unifikacji Japonii, przy okazji przemieniając zarówno swoich generałów, jak i pokonanych przeciwników w demoniczne monstra. W takiej oto scenerii pojawia się więc czwórka wojowników - samuraj, ninja, mich oraz bandytka - zdolna do zwalczania Karmy, a każde z nich wyrusza w drogę ku przerwaniu triumfalnego pochodu Nobunagi, pozbyciu się Karmy i przywróceniu toczonego wojną kraju do normalności.

Część bitewna - przeciwnicy ginący w kałużach gry i niezmiennie olbrzymi bossowie

Sama gra to najczystszy hack'nslash, którego akcję obserwujemy z lotu ptaka a który jednocześnie pod względem mechaniki przypomina blizzardowską serię Diablo. Wybraną przez nas na początku klasą postaci przemierzamy więc kolejne historyczne lokacje, kładąc pokotem zastępy nieumarłych, demonów i skrytobójców pod wodzą Ody, jednocześnie zbierając coraz to lepsze elementy ekwipunku oraz rozwijając statystyki naszego herosa. W większości przypadków wystarczającym argumentem będzie standardowe combo wykonywane bronią główną oraz poboczną, ale w razie potrzeby wspomóc możemy się także dwoma rodzajami magicznych zaklęć. Pierwszą grupą zarządza Ki, oferując nam - w  zależności od postaci - czary elementarne, uroki lub pułapki o różnym poziomie wtajemniczenia. Korzystamy z nich, zakładając na siebie element uzbrojenia z przypisaną do niej umiejętnością. Za drugą grupę odpowiada Karma, pozwalająca nam na leczenie, podniesienie efektywności ataków, zwiększone szanse na nałożenie np. trucizny, paraliżu czy podpalenia. Kolejne z nich zdobywamy po ubiciu stających na naszej drodze bossów, oczywiście wzorowanych na feudalnych lordach tamtych czasów. Dwugłowy tygrys Shingen, wyglądający niczym centaur pół-człowiek, pół-jeleń Tadakatsu czy otoczony bogactwami Toshiie w większości nawiązują do swoich historycznych odpowiedników - i niestety w większości nie stanowią zbyt dużego wyzwania. Całe szczęście duże zróżnicowanie dostępnych postaci wymusza znaczne nieraz różnice w rozgrywce, przez co np. szyjąca z łuku bandytka może prowadzić walkę z bezpiecznego dystansu, a przenoszący obrażenia na pasek Ki samuraj nie musi martwić się, że w bezpośrednim starciu oberwie za mocno. Żeby jeszcze uprzyjemnić grę, wiele plansz posiada ukryte pomieszczenia ze skarbami, fabularne scenki aktywowane tylko dla konkretnego wojownika oraz rozgałęziające się ścieżki prowadzące do innych miejsc. Dodajmy do tego cztery odblokowywane sukcesywnie poziomy trudności, na przestrzeni których wbić możemy nawet 99. poziom, a otrzymamy obraz gry, która za małe pieniądze zapewni nam godziny satysfakcjonującej zabawy.

Część erpegowa - ogół zebranego podczas misji lootu oraz ekran rozwoju postaci

W menu założone mam cztery profile (każdy dla innej klasy), ale to samurajem oraz ninją poczyniłem największe postępy i rozbijam się teraz nimi na drugim poziomie trudności - Dusk. Ninja ma póki co największego fuksa, bo zdobyła z całej czwórki najsilniejsze bronie i większość wrogów kładzie jednym shurikenem, zadając chore obrażenia. Samurajowi z kolei trafia się dużo sprzętu z cechą [EQ] Phys Defense Up, przez co obok sandałów z obroną +2 wypadają mu także buciory z +50, nie mam więc powodów do narzekań.

 

 

FINAL FANTASY: RECORD KEEPER [mobile, DeNa 2015]

 

O "ewidencjonaliście" (bo tak pokrętnie można na polski przetłumaczyć "record keepera") pisałem dawno temu jeszcze na łamach portalowego ś.p. eRPeGowego Przeglądu Tygodnia w czasach, kiedy Square-Enix dopiero rozpoczynało swoją ofensywę na sprzęty mobilne. Dzisiaj w sklepiku Google można zagubić się w stosie tych wszystkich Fajnali: portów, All the Bravestów, Mobiusów, Brave Exviusów... W sumie nie pamiętam już, co zmusiło mnie do odwiedzin sklepiku, który przeglądałem raptem kilka razy, i pobrania z tego grona gier, w które zwykle nie gram (choć Rage of Bahamut i Marvel Puzzle Quest zajmowały mnie kiedyś na długo) akurat Record Keepera. To chyba po graniu w  wyżej opisywane Theatrhythm naszła mnie jakaś nostalgia... Mniejsza o powód, bo pewnie zastanawiacie się, czy warto to w ogóle ściągać i liczycie na odpowiedź poniżej.

Pod względem interfejsu gra zdecydowanie przystosowana jest do smartfonowego stylu gry: do wszystkich głównych atrakcji ma się błyskawiczny dostęp z menu gry, zarządzanie drużyną oraz ekwipunkiem to dwa czytelne ekrany, a dozbroić się na bossa możemy choćby przed samą walką. Również wprowadzenie nie należy do szczególnie żmudnych: nieznana siła sprawia, że zachowane w wielkiej bibliotece zapisy dotyczące heroicznych walk bohaterów poprzednich tytułów Final Fantasy stają się zamazane. Jedynym panaceum na ten stan rzeczy jest wejście w ich strony i przeżycie wcześniej zapisanych wydarzeń osobiście. Tak ważną misję profesor Mog (taki nasz tutejszy Q z Bonda) powierza Tyro, swojemu najlepszemu ewidencjonaliście (pisałem o tym wyżej) i jednocześnie postaci, w którą przyjdzie się nam wcielić. Dwie przebieżki po tutorialowych lochach dalej poznajemy już podstawy systemowe i wkraczamy w to, czym gra jest naprawdę.

Do każdego miejsca dostaniemy się jednym kliknięciem

A jest jednym wielkim labiryntem fanserwisu. Wraz z pokonywaniem kolejnych lochów (ot, serii walk z właściwym każdej odsłonie mięsem armatnim, które możemy rozegrać też automatycznie) przyłączamy do naszej drużyny kolejne znane nam już sławy: Clouda, Wakkę, Rydię, Kaina... Każda postać może korzystać z szeregu właściwych jej broni oraz skillsetów (czarna magia, biała magia, przyzywanie walka wręcz, wspomaganie, ninjutsu itd.), ważne z czasem staje się więc odpowiednie ustawienie naszych bohaterów w taki sposób, aby stanowiły one optymalną całość. Poza nakładanym orężem oraz umiejętnościami każde z nich do dyspozycji ma kilka Soul Breaków, czyli tutejszych odpowiedników limitów. Na każdy loch wybrać możemy także towarzyszącego nam Wandering Warriora, czyli postać innego gracza, który przyzwany maks. 2 razy nie tylko zamiata pole walki swoim potężnym Burstem, ale często też aktywuje w przyzywającym dodatkowe bonusy czy specjalne komendy. Fenrir Overdrive Clouda zadający 8 potężnych razów losowym celom? Początkowo - overkill, ale potem już tylko i wyłącznie sposób na nieznacznie przyspieszenie walki z prawdziwymi twardzielami. Dlatego wiele Burstów oferuje także inne efekty - Banishing Blade Aurona obniży jednemu celowi wszystkie statystyki, Advance Lunetha niebotycznie podniesie całej drużynie Atak kosztem Obrony, Stardust Ray Reda XIII oprócz zadanych obrażeń nałoży na wszystkich Shell... Im trudniejszych zadań się podejmujemy, tym mniejsze znaczenie ma po prostu spuszczenie bossowi dodatkowego łomotu, a coraz bardziej liczy się redukcja obrażeń, dodatkowe pomocne statusy czy awaryjne leczenie. 

Jak długo można w to grać? Ja tam napinam już trzeci tydzień i przez ten czas udało mi się osiągnąć całkiem niezłe wyniki: drużyna (Tyro, Cloud, Basch, Zidane i Lenna) ma w większości pozdejmowane pierwsze ograniczniki i wskakuje na 60. poziom doświadczenia, każde z nich nosi po najrzadszej, 5-gwiazdkowej broni i potężnej technice (Power/Armor Breakdown, elementarny Strike, statusowy Buster, Curaja, Diaga), a w lochy o poziomie trudności (difficulty) 90 zapuszczam się bez większych nerwów. I chyba na tym polega chyba urok gry - na podejmowaniu coraz to trudniejszych wyzwań i patrzeniu, jak ludziki, które wcześniej wynoszono "na tarczy" w połowie lochu parę dni później rozsmarowują na auto-battle ich przeciwników na ścianach, a końcowego bossa sadzą na dwa uderzenia. I jest to uczucie na tyle satysfakcjonujące, że sobie w tego Keepera jeszcze trochę pogram...

Po lewej aktualna ekipa, po prawej - wycinek już dostępnych herosów

Nawaliłem Wam wcześniej muzyki pod tekstem o Theatrhythm, ale muszę się z Wami podzielić jeszcze jednym kawałkiem. Chodzi o "Massive Explosion" - główny motyw przewodni nadchodzącej Dissidii: Final Fantasy, który to przygrywa na ekranie eventu Discord & Harmony (Chaos). To właśnie w nim siedzę ostatnio, aby po skopaniu tyłka Exdeathowi (difficulty 80) i Kuji (difficulty 99) dopełnić hat-tricka Sephirothem (difficulty 120). Nagrodą za pokonanie go jest Rosetta Stone oraz kryształ zdejmujący drugi ogranicznik poziomu dowolnej postaci, gra warta jest więc świeczki, ale muszę się na niego jeszcze trochę przygotować. Czas mam do soboty, także życzcie mi szczęścia!

 

Żeby było zabawniej, nie jestem jedynym, któremu gra się spodobała. Bakcyla chwycił także @Musiel, którego właściwy tekst przeczytacie za chwilę, a który postanowił dodać do mojego opisu własne 3 grosze:

O tym czym jest Record Keeper napisał Daaku powyżej. Choć początkowo ja miałem tego dokonać, ale dogadaliśmy się i doszło do tego, że ja daje tylko swoje przysłowiowe „3 grosze”, ponieważ jestem na wczesnym etapie grania. 
Tak wiem niby to popierdółka moblikowa, ale wciąga jak cholera! Record Keeper zachwycił mnie już w menu głównym gdzie mogłem usłyszeć klasyczne już dla serii Prelude. Potem to już nostalgia uderzyła we mnie gdy zacząłem odwiedzać światy, które znam doskonale. A usłyszenie po raz kolejny klasycznych nutek powodowało uśmiech na twarzy. To samo projekt postaci, który przypomina choćby ten z Final Fantasy VI. Owszem postacie od FF I-VI w grze nie wyróżniają się jakoś, ale zobaczyć choćby Clouda, Zidane'a czy nawet Wakke w takiej wersji? To dopiero jest widok. System walki ATB pasuje tutaj idealnie. Jest dynamicznie, ale trzeba też planować swoje ataki tak by nie stracić jakiejś ważnej postaci podczas walki, bo wystarczy jeden głupi ruch i możemy stracić kogoś ważnego na polu bitwy. Ok, trochę dramatyzuje, ale od poziomu Normal czy Hard już zaczyna się jazda i trzeba na serio ruszyć móżgownicą. Nie tylko to co wymieniłem jest znajome, ale także przedmioty, soul breaki czy też oponenci z którymi przyjdzie nam się mierzyć. Klasyka pełną gębą! Co najlepsze, to prócz ratowania Realmów (o których wspomniał Daaku) możemy także wykonywać dzienne wydarzenia, które codziennie się zmieniają, co daje szansę na np. nowe bronie, kryształy czy też inne ciekawe rzeczy, dzięki którym możemy np. ulepszyć swój ekwipunek. Moja ekipa składa się z Tyro (główny bohater, którego nazwałem Musiel hehe :D), Garnet, Wakka, Cloud i Zidane. Wszyscy mają po 27 lvl, maksymalnie mogą mieć 50 lvl, ale ponoć można zdjąć im ogranicznik dzięki czemu można zwiększyć maksymalny poziom dla postaci. Taka ekipa jak na razie dla mnie wystarcza. Aktualnie znajduję się w realmie z Finala VI i powolutku zaczynają się robić schody. Jednak ja się nie poddaje i idę naprzód. To co trochę wkurza, to oczekiwanie na odnawianie się staminy, bez której nigdzie nie pójdziemy. W końcu to tytuł f2p, więc takie rozwiązanie wcale mnie nie dziwi.

O, właśnie przyszło powiadomienie o nowym evencie na dziś. Ekipo szykuj się, ruszamy na przygodę :D 

 

Tagi: 3ds affek Blizzard Daaku Dario123 diablo II dodane o trzeciej nad ranem rany boskie kiedy ten facet śpi final fantasy gomlin musiel princess nue REALista squaresofter vita w co gracie w weekend

Przejdź do strony
Oceń notkę
+ +44 -

SW-7888-0046-7787
Oceń profil
+ +243 -
Daaku
Ranking: 2 Poziom: 95
PD: 106052
REPUTACJA: 85788